06.10.2024, 20:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.09.2025, 00:15 przez Lorraine Malfoy.)
Wciąż trzymając się ściany, odłożyła świece na komodę, zajmującą pół wąskiego korytarza.
Lorraine nie spuszczała oczu z oczu Baldwina, będących lustrzanym odbiciem jej własnych. Przyglądała się z uwagą jego gestom, kiedy sunął w jej stronę zakutany w białe prześcieradło niby duch, poddając ocenie chłodnego krytycyzmu każde, najmniejsze choćby poruszenie jego ciała – chciwie wwiercała się spojrzeniem w twarz chłopaka, starając się wychwycić wszystkie drobne zmiany ekspresji – jak wtedy, gdy występował przed nią na scenie. Ale na scenie zawsze był trzeźwy, a jej łzy wzruszenia przysłaniały czasem widok – choć ocierała je szybko, ukradkiem, tak, żeby nie widział. “Moje serce otwiera się na dźwięk twego głosu jak kwiat, którego płatki całuje światło jutrzenki”, śpiewała Delilah z opery Camille’a Saint-Saënsa, oddając tym samym uczucia Lorraine, kiedy ta widziała Baldwina na scenie. Samson i Delilah – pierwsza opera, jaką kiedykolwiek obejrzała – pierwsza opera, jaką obejrzeli razem, a choć widziała ją jeszcze potem dwa razy na przestrzeni lat, nic nie mogło równać się z magią dziecinnych wspomnień. Wciąż pamiętała, jak poznaczyła partyturę krwią, zaznaczając popełnione na sztuce zbrodnie, kiedy tenor odgrywający rolę Samsona – podczas trzeciej odsłony produkcji, na którą rodzina zabrała ją, gdy miała może z siedemnaście lat – okazał się dramatycznie fałszować, psując wydarzenie, które biedna, zakochana w muzyce dziewczyna traktowała jako coś na kształt religijnego misterium. Nigdy nie zapomniała, kto otarł wtedy jej łzy. “Ja będę twoim Samsonem”. Teraz jednak oczy Lorraine były suche i nic, poza półmrokiem zakładu, nie przeszkadzało jej w obserwacji twarzy Baldwina.
Cuchnął tanią gorzałą i trupem, a gdy owionął jej twarz swoim oddechem poczuła słodkawą woń wymiocin.
Nie cofnęła się.
Nie cofnęła się, gdy złożył dłoń na jej dłoni, powstrzymując przed otwarciem drzwi na korytarz. Nie cofnęła się – bo i dlaczego miałaby się cofać przed jego dotykiem? Ramiona Baldwina były bezpieczne i otaczały ją czasem niby wspomnienie rodzinnego domu – równie bliski, myślała, równie odległy – ale nie było w tym nic zdrożnego, bo nie żywił w stosunku do niej tych samych niezdrowych przywiązań, co w stosunku do własnej siostry.
Zesztywniała, kiedy jej dotknął. Nie cofnęła się, chociaż teraz chciała się cofnąć: zastygła w pełnym niezdecydowania półkroku. Ledwo zauważalne drgnięcie policzka, rozchylone lekko usta – nagłe błyśnięcie bieli obnażonych zębów, twarz wykrzywiona w grymasie krótszym niż spazm, a potem – obojętność. Powiodła zimnym spojrzeniem po twarzy Baldwina. Nie powinien jej dotykać w ten sposób. Pomyliłeś mnie z kurwą, pomyślała chłodno, czy z siostrą?
Zadrżała, gdy ręka chłopaka przesunęła się wzdłuż jej szyi, ale twarde postanowienie trzymało ją w miejscu, więc stała – sztywna, z dumnie wyprostowanymi plecami i oczami skutymi lodem. Kiedy dotknął jednak jej twarzy, spojrzenie Lorraine na krótką chwilę złagodniało, choć nie straciło na intensywności.
Czuła, jak jego palce natarczywie wpijają się w jej brzuch, jak roszczą sobie prawo do talii skrytej pod szorstkim materiałem nocnej koszuli, chciwie przesuwając się wzdłuż ciała. Wstyd nie rozlewał się gorącem po policzkach Lorraine, nie palił nieużytków sumienia – wstyd był chłodem rodzinnego sygnetu, który poczuła na skórze, ledwie Baldwin dotknął jej twarzy. W pewnym sensie powinna się cieszyć, że trzymał ją tak mocno, bo zrobiło jej się słabo. Nic z tego nie było właściwe. Wystarczało, że własny ojciec widział w jej twarzy twarz wiły, która zawładnęła kiedyś jego sercem.
Zemdliło ją.
Wszystko to tylko gra, nic więcej, przekonywała się, czując, jak narasta w niej gniew – jak śmiesz, jak śmiesz mnie dotykać w ten sposób, jak śmiesz sprawiać, żebym czuła się brudna? – to tylko kolejna z jego licznych ról, kolejna gra, w którą grać nauczył się u stóp jej ojca, zapominając, że ona także znała zasady.
Nieśmiało przytrzymała dłoń, którą oparł na jej talii, najpierw ledwie muskając wyniosłości chłopięcych knykci, opuszkami palców kreśląc niepewne wzory na powierzchni skóry artysty, aby potem – z pewnym zawahaniem – czule powieść ręką wyżej. Miała ochotę zwymiotować. Palce Lorraine, niby węże, żmijowo sunęły wzdłuż ramienia Baldwina, które czekało by wyswobodzić się spod zwojów prześcieradła. Czuła wciąż na sobie jego dłonie, zimne od długiego przebywania w kostnicy – kolorem musiały przypominać jej policzki, z których teraz odpłynęła krew – ich dotyk parzył gorącą skórę półwiły, nieprzyjemny chłód sprawił, że dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa. Lorraine czuła, jak kilka zimnych kropel potu spływa jej po plecach, jedna – po jej nodze. Oby gra była warta świeczki.
Już chciała otworzyć usta, ale zamarła, kiedy dotarło niej pytanie chłopaka.
Nie. Niemożliwe. Nie Baldwin.
Zawsze martwiła się o Desmonda w tej materii, wzdragając się przed myślą, że ktoś mógłby wciągnąć go w szeregi ugrupowania Czarnego Pana, kusząc wzniosłymi ideami, które dawały złudne poczucie przynależności i sensu. Lorraine uważała, że Voldemort niesie ze sobą tylko śmierć. W kostnicy wciąż leżało ciało Roberta Mulcibera, które było tego najlepszym dowodem. Czy to z niego Baldwin ściągnął to prześcieradło? Czy widział...? Milczała.
“Czy śmierciuchy po śmierci też idą na łono Matki?”
– Mówią, że Dziewica utuli każdego do swego białego łona – odpowiedziała powoli, z rozmysłem, starannie obracając na języku każde z wypowiedzianych słów, jak wtedy, gdy deklamowała poezję: w swej manierze tak podobna do Armanda, a jednocześnie tak od niego różna – że uśmiech Matki zaprawny jest mlekiem dobroci, a dotyk powykręcanych przez czas dłoni Staruchy uzdrawia. Mówią, że w naturze Matki leży wybaczać. – Powinien o tym pamiętać, zanim z roli matki – czy też siostry, zaczynała się już gubić – zdegradował ją do pozycji kurwy tylko dlatego, że miała odpowiedni kolor włosów. – Ale my wiemy lepiej, prawda, Baldwinie? – wyszeptała. – Matka uosabia naturę, a natura jest okrutna – natura nigdy nie wybacza. Więc kiedy Śmierciożercy rozrywają splamione krwią suknie zgwałconej Dziewicy – gwałtownie naparła na wspartą na jej talii dłoń Baldwina swoim łonem – wyrywają dzieci z ramion Matki – jej palce zacisnęły się na jego przedramieniu z dziwną rozpaczliwością – i bezczeszczą ołtarze Staruchy mordem – czy to bluźnierstwo – pogłaskała chłopaka po policzku, pozwalając wybrzmieć zaległej między nimi ciszy – czy apoteoza?
Gwałtownie szarpnęła się w jego ramionach. Włożyła całą swoją siłę w to, by wykręcić lewą rękę Baldwina, balansując ciężarem ciała tak, by przyprzeć go do drzwi i przyszpilić ramię do ściany obok. Wiedziała, że zaboli. Chciała, żeby bolało. “Kiedy krzywdzimy tych, których kochamy, krzywdzimy samych siebie”, mawiała Miranda – głupia suka, pomyślała nienawistnie Lorraine, zaskoczona własną nienawiścią – szkoda, że nigdy nie przeszkodziło to jej krzywdzić przybranej córki, która dalej nie widziała różnicy między miłością a wykorzystaniem. Chciała żeby go bolało, chciała, żeby poczuł to samo, co ona czuła, kiedy dotykał ją jak jedną z tych nokturńskich kurewek, które hipnotyzował podług swoich fantazji. “Nienawidząc własnej rodziny, nienawidzimy samych siebie”, grzmiał w jej głowie głos macochy. Wbiła desperacko paznokcie w przedramię Baldwina, na oślep, tak samo, jak wbijała je w rękę Mirandy, kiedy ta sięgała zbyt głęboko w jej umysł – chciała zedrzeć z niego skórę, dotrzeć do krwistego wnętrza – jak drapieżny ptak dzielący mięso na sztuki. Żałowała, że zostawiła różdżkę na biurku na górze. To było łatwiejsze, kiedy byli jeszcze dziećmi, kiedy nie górował nad nią wzrostem i siłą, której Lorraine nigdy nie miała w sobie zbyt wiele.
Musiała upewnić się, że Baldwin nie nosi strasznego znamienia, które odkryła na ciele spoczywającego w kostnicy trupa, musiała, by pomóc mu wyrwać spod wpływu gorszego od wpływu, jaki miał na niego jej ojciec, musiała – bo czuła, że oszaleje, jeżeli on także osunie się w ciemność.
– Zepsuty – wycedziła prosto do ucha Baldwina, próbując pociągnąć go za włosy – zdeprawowany – podły – niewdzięczny – ani na chwilę nie przestała się z nim szarpać, tak jak bezkrwiste usta nie przestały szeptać obietnic czulszych od tych, które składali sobie kochankowie – zdemoralizowany – zuchwały – rozwydrzony – okrutny.
Nie potrafiła powściągnąć wściekłości na tyle, by móc poprawnie uformować zdanie. Kolejne słowa litanii przekleństw padały z jej ust, odległe echo krzyków macochy zamknięte w zdławionym szepcie.
Lorraine nie spuszczała oczu z oczu Baldwina, będących lustrzanym odbiciem jej własnych. Przyglądała się z uwagą jego gestom, kiedy sunął w jej stronę zakutany w białe prześcieradło niby duch, poddając ocenie chłodnego krytycyzmu każde, najmniejsze choćby poruszenie jego ciała – chciwie wwiercała się spojrzeniem w twarz chłopaka, starając się wychwycić wszystkie drobne zmiany ekspresji – jak wtedy, gdy występował przed nią na scenie. Ale na scenie zawsze był trzeźwy, a jej łzy wzruszenia przysłaniały czasem widok – choć ocierała je szybko, ukradkiem, tak, żeby nie widział. “Moje serce otwiera się na dźwięk twego głosu jak kwiat, którego płatki całuje światło jutrzenki”, śpiewała Delilah z opery Camille’a Saint-Saënsa, oddając tym samym uczucia Lorraine, kiedy ta widziała Baldwina na scenie. Samson i Delilah – pierwsza opera, jaką kiedykolwiek obejrzała – pierwsza opera, jaką obejrzeli razem, a choć widziała ją jeszcze potem dwa razy na przestrzeni lat, nic nie mogło równać się z magią dziecinnych wspomnień. Wciąż pamiętała, jak poznaczyła partyturę krwią, zaznaczając popełnione na sztuce zbrodnie, kiedy tenor odgrywający rolę Samsona – podczas trzeciej odsłony produkcji, na którą rodzina zabrała ją, gdy miała może z siedemnaście lat – okazał się dramatycznie fałszować, psując wydarzenie, które biedna, zakochana w muzyce dziewczyna traktowała jako coś na kształt religijnego misterium. Nigdy nie zapomniała, kto otarł wtedy jej łzy. “Ja będę twoim Samsonem”. Teraz jednak oczy Lorraine były suche i nic, poza półmrokiem zakładu, nie przeszkadzało jej w obserwacji twarzy Baldwina.
Cuchnął tanią gorzałą i trupem, a gdy owionął jej twarz swoim oddechem poczuła słodkawą woń wymiocin.
Nie cofnęła się.
Nie cofnęła się, gdy złożył dłoń na jej dłoni, powstrzymując przed otwarciem drzwi na korytarz. Nie cofnęła się – bo i dlaczego miałaby się cofać przed jego dotykiem? Ramiona Baldwina były bezpieczne i otaczały ją czasem niby wspomnienie rodzinnego domu – równie bliski, myślała, równie odległy – ale nie było w tym nic zdrożnego, bo nie żywił w stosunku do niej tych samych niezdrowych przywiązań, co w stosunku do własnej siostry.
Zesztywniała, kiedy jej dotknął. Nie cofnęła się, chociaż teraz chciała się cofnąć: zastygła w pełnym niezdecydowania półkroku. Ledwo zauważalne drgnięcie policzka, rozchylone lekko usta – nagłe błyśnięcie bieli obnażonych zębów, twarz wykrzywiona w grymasie krótszym niż spazm, a potem – obojętność. Powiodła zimnym spojrzeniem po twarzy Baldwina. Nie powinien jej dotykać w ten sposób. Pomyliłeś mnie z kurwą, pomyślała chłodno, czy z siostrą?
Zadrżała, gdy ręka chłopaka przesunęła się wzdłuż jej szyi, ale twarde postanowienie trzymało ją w miejscu, więc stała – sztywna, z dumnie wyprostowanymi plecami i oczami skutymi lodem. Kiedy dotknął jednak jej twarzy, spojrzenie Lorraine na krótką chwilę złagodniało, choć nie straciło na intensywności.
Czuła, jak jego palce natarczywie wpijają się w jej brzuch, jak roszczą sobie prawo do talii skrytej pod szorstkim materiałem nocnej koszuli, chciwie przesuwając się wzdłuż ciała. Wstyd nie rozlewał się gorącem po policzkach Lorraine, nie palił nieużytków sumienia – wstyd był chłodem rodzinnego sygnetu, który poczuła na skórze, ledwie Baldwin dotknął jej twarzy. W pewnym sensie powinna się cieszyć, że trzymał ją tak mocno, bo zrobiło jej się słabo. Nic z tego nie było właściwe. Wystarczało, że własny ojciec widział w jej twarzy twarz wiły, która zawładnęła kiedyś jego sercem.
Zemdliło ją.
Wszystko to tylko gra, nic więcej, przekonywała się, czując, jak narasta w niej gniew – jak śmiesz, jak śmiesz mnie dotykać w ten sposób, jak śmiesz sprawiać, żebym czuła się brudna? – to tylko kolejna z jego licznych ról, kolejna gra, w którą grać nauczył się u stóp jej ojca, zapominając, że ona także znała zasady.
Nieśmiało przytrzymała dłoń, którą oparł na jej talii, najpierw ledwie muskając wyniosłości chłopięcych knykci, opuszkami palców kreśląc niepewne wzory na powierzchni skóry artysty, aby potem – z pewnym zawahaniem – czule powieść ręką wyżej. Miała ochotę zwymiotować. Palce Lorraine, niby węże, żmijowo sunęły wzdłuż ramienia Baldwina, które czekało by wyswobodzić się spod zwojów prześcieradła. Czuła wciąż na sobie jego dłonie, zimne od długiego przebywania w kostnicy – kolorem musiały przypominać jej policzki, z których teraz odpłynęła krew – ich dotyk parzył gorącą skórę półwiły, nieprzyjemny chłód sprawił, że dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa. Lorraine czuła, jak kilka zimnych kropel potu spływa jej po plecach, jedna – po jej nodze. Oby gra była warta świeczki.
Już chciała otworzyć usta, ale zamarła, kiedy dotarło niej pytanie chłopaka.
Nie. Niemożliwe. Nie Baldwin.
Zawsze martwiła się o Desmonda w tej materii, wzdragając się przed myślą, że ktoś mógłby wciągnąć go w szeregi ugrupowania Czarnego Pana, kusząc wzniosłymi ideami, które dawały złudne poczucie przynależności i sensu. Lorraine uważała, że Voldemort niesie ze sobą tylko śmierć. W kostnicy wciąż leżało ciało Roberta Mulcibera, które było tego najlepszym dowodem. Czy to z niego Baldwin ściągnął to prześcieradło? Czy widział...? Milczała.
“Czy śmierciuchy po śmierci też idą na łono Matki?”
– Mówią, że Dziewica utuli każdego do swego białego łona – odpowiedziała powoli, z rozmysłem, starannie obracając na języku każde z wypowiedzianych słów, jak wtedy, gdy deklamowała poezję: w swej manierze tak podobna do Armanda, a jednocześnie tak od niego różna – że uśmiech Matki zaprawny jest mlekiem dobroci, a dotyk powykręcanych przez czas dłoni Staruchy uzdrawia. Mówią, że w naturze Matki leży wybaczać. – Powinien o tym pamiętać, zanim z roli matki – czy też siostry, zaczynała się już gubić – zdegradował ją do pozycji kurwy tylko dlatego, że miała odpowiedni kolor włosów. – Ale my wiemy lepiej, prawda, Baldwinie? – wyszeptała. – Matka uosabia naturę, a natura jest okrutna – natura nigdy nie wybacza. Więc kiedy Śmierciożercy rozrywają splamione krwią suknie zgwałconej Dziewicy – gwałtownie naparła na wspartą na jej talii dłoń Baldwina swoim łonem – wyrywają dzieci z ramion Matki – jej palce zacisnęły się na jego przedramieniu z dziwną rozpaczliwością – i bezczeszczą ołtarze Staruchy mordem – czy to bluźnierstwo – pogłaskała chłopaka po policzku, pozwalając wybrzmieć zaległej między nimi ciszy – czy apoteoza?
Gwałtownie szarpnęła się w jego ramionach. Włożyła całą swoją siłę w to, by wykręcić lewą rękę Baldwina, balansując ciężarem ciała tak, by przyprzeć go do drzwi i przyszpilić ramię do ściany obok. Wiedziała, że zaboli. Chciała, żeby bolało. “Kiedy krzywdzimy tych, których kochamy, krzywdzimy samych siebie”, mawiała Miranda – głupia suka, pomyślała nienawistnie Lorraine, zaskoczona własną nienawiścią – szkoda, że nigdy nie przeszkodziło to jej krzywdzić przybranej córki, która dalej nie widziała różnicy między miłością a wykorzystaniem. Chciała żeby go bolało, chciała, żeby poczuł to samo, co ona czuła, kiedy dotykał ją jak jedną z tych nokturńskich kurewek, które hipnotyzował podług swoich fantazji. “Nienawidząc własnej rodziny, nienawidzimy samych siebie”, grzmiał w jej głowie głos macochy. Wbiła desperacko paznokcie w przedramię Baldwina, na oślep, tak samo, jak wbijała je w rękę Mirandy, kiedy ta sięgała zbyt głęboko w jej umysł – chciała zedrzeć z niego skórę, dotrzeć do krwistego wnętrza – jak drapieżny ptak dzielący mięso na sztuki. Żałowała, że zostawiła różdżkę na biurku na górze. To było łatwiejsze, kiedy byli jeszcze dziećmi, kiedy nie górował nad nią wzrostem i siłą, której Lorraine nigdy nie miała w sobie zbyt wiele.
Musiała upewnić się, że Baldwin nie nosi strasznego znamienia, które odkryła na ciele spoczywającego w kostnicy trupa, musiała, by pomóc mu wyrwać spod wpływu gorszego od wpływu, jaki miał na niego jej ojciec, musiała – bo czuła, że oszaleje, jeżeli on także osunie się w ciemność.
– Zepsuty – wycedziła prosto do ucha Baldwina, próbując pociągnąć go za włosy – zdeprawowany – podły – niewdzięczny – ani na chwilę nie przestała się z nim szarpać, tak jak bezkrwiste usta nie przestały szeptać obietnic czulszych od tych, które składali sobie kochankowie – zdemoralizowany – zuchwały – rozwydrzony – okrutny.
Nie potrafiła powściągnąć wściekłości na tyle, by móc poprawnie uformować zdanie. Kolejne słowa litanii przekleństw padały z jej ust, odległe echo krzyków macochy zamknięte w zdławionym szepcie.