06.10.2024, 21:38 ✶
Biorąc pod uwagę, że Brenna w tej chwili uparcie patrzyła w dół, a jej oczy mógłby zobaczyć co najwyżej na początku rozmowy – nie mówiąc już o tym, że były brązowe, przez co właściwie żadne kamienie nie pasowały do nich bardziej albo mniej niż kolejne – wątpiła, by faktycznie dobierał cokolwiek pod tym kątem. Raczej sięgnął po ten przeklęty.
I dobrze.
– To bardzo miło z pańskiej strony – zapewniła jeszcze, nim wraz z Thomasem oddaliła się od stoiska, obiecując sobie, że ten człowiek za to zapłaci: choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi. Niewiele mogła poradzić na Voldemorta i śmierciożerców, była tylko jedną, zwykłą czarodziejką, ale mogła sprawić, że ten drań zniknie z ulic.
I o tym, że Brenna wcale nie była tak sympatyczna, za jaką niektórzy ją brali, świadczyło najlepiej, że poza gniewem i nienawiścią czuła też satysfakcję. Satysfakcję na samą myśl, że ten czarnoksiężnik trafi do Azkabanu – że ci wyssą z niego radość, i pozostaną tylko złe wspomnienia.
Że w koszmarach raz za razem będzie widział jej twarz, bo miała być zamiar tą, która go tam pośle.
– Też mi się podoba – przyznała Brenna na słowa Thomasa, uśmiechając się lekko. Nie chciała jej narzucać, bo była trochę ryzykowna, ale w tej chwili mogli albo iść na chama, albo zaryzykować, że czarnoksiężnik się wymknie. Po raz kolejny przeklęła samą siebie, że chociaż próbowała nauczyć się fal, wciąż nie zrobiła tego w zadawalającym stopniu – mogłaby po prostu wezwać aurorów, skoro namierzyli cel i potwierdzili, że plotki nie są tylko plotkami.
– Nie przejmuj się, słowo, że nie spudłuję – mruknęła, i pociągnęła go jeszcze tak między stoiska, żeby przypadkiem jakiś mugol nie podszedł jej pod ręce w krytycznym momencie. Ustawiła się tak, by Thomas możliwie ją zasłaniał (kolejny brak: naprawdę dobrze byłoby być tak dobrą w teorii magii jak Dora, aby opanować magię bezróżdżkową, własne ograniczenia, które zawsze traktowała jako naturalne, wkurwiały ją od początków wojny niemożebnie). Zresztą na wszelki wypadek – i by kogoś nie skrzywdzić, i by nie zwrócić uwagi – wybrała najmniej szkodliwe zaklęcie, jakie mogła, czyli zdecydowała się na przetransmutowanie małego fragmentu jednej nogi stoiska, w materiał, który nie miał szans utrzymać ciężaru. Jedno z najprostszych zaklęć, jakich uczyli się jeszcze na czwartym roku w Hogwarcie.
Pośpiesznie schowała różdżkę i ujęła znowu Thomasa pod ramię, spoglądając w stronę stoiska, które zaczęło się niebezpiecznie chwiać, aż przedmioty bliskie były zsunięcia się na ziemię. Miała nadzieję, że to skłoni czarnoksiężnika do ich szybkiego spakowania, zwłaszcza że pewnie nie chciał być zapamiętany – a takie wydarzenia ściągały spojrzenia…
I była gotowa ruszać za nim. Bo jeżeli będą mieli szczęście, uda się gdzieś, gdzie będzie mógł deportować się z dala od oczu mugoli.
I dobrze.
– To bardzo miło z pańskiej strony – zapewniła jeszcze, nim wraz z Thomasem oddaliła się od stoiska, obiecując sobie, że ten człowiek za to zapłaci: choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi. Niewiele mogła poradzić na Voldemorta i śmierciożerców, była tylko jedną, zwykłą czarodziejką, ale mogła sprawić, że ten drań zniknie z ulic.
I o tym, że Brenna wcale nie była tak sympatyczna, za jaką niektórzy ją brali, świadczyło najlepiej, że poza gniewem i nienawiścią czuła też satysfakcję. Satysfakcję na samą myśl, że ten czarnoksiężnik trafi do Azkabanu – że ci wyssą z niego radość, i pozostaną tylko złe wspomnienia.
Że w koszmarach raz za razem będzie widział jej twarz, bo miała być zamiar tą, która go tam pośle.
– Też mi się podoba – przyznała Brenna na słowa Thomasa, uśmiechając się lekko. Nie chciała jej narzucać, bo była trochę ryzykowna, ale w tej chwili mogli albo iść na chama, albo zaryzykować, że czarnoksiężnik się wymknie. Po raz kolejny przeklęła samą siebie, że chociaż próbowała nauczyć się fal, wciąż nie zrobiła tego w zadawalającym stopniu – mogłaby po prostu wezwać aurorów, skoro namierzyli cel i potwierdzili, że plotki nie są tylko plotkami.
– Nie przejmuj się, słowo, że nie spudłuję – mruknęła, i pociągnęła go jeszcze tak między stoiska, żeby przypadkiem jakiś mugol nie podszedł jej pod ręce w krytycznym momencie. Ustawiła się tak, by Thomas możliwie ją zasłaniał (kolejny brak: naprawdę dobrze byłoby być tak dobrą w teorii magii jak Dora, aby opanować magię bezróżdżkową, własne ograniczenia, które zawsze traktowała jako naturalne, wkurwiały ją od początków wojny niemożebnie). Zresztą na wszelki wypadek – i by kogoś nie skrzywdzić, i by nie zwrócić uwagi – wybrała najmniej szkodliwe zaklęcie, jakie mogła, czyli zdecydowała się na przetransmutowanie małego fragmentu jednej nogi stoiska, w materiał, który nie miał szans utrzymać ciężaru. Jedno z najprostszych zaklęć, jakich uczyli się jeszcze na czwartym roku w Hogwarcie.
Pośpiesznie schowała różdżkę i ujęła znowu Thomasa pod ramię, spoglądając w stronę stoiska, które zaczęło się niebezpiecznie chwiać, aż przedmioty bliskie były zsunięcia się na ziemię. Miała nadzieję, że to skłoni czarnoksiężnika do ich szybkiego spakowania, zwłaszcza że pewnie nie chciał być zapamiętany – a takie wydarzenia ściągały spojrzenia…
I była gotowa ruszać za nim. Bo jeżeli będą mieli szczęście, uda się gdzieś, gdzie będzie mógł deportować się z dala od oczu mugoli.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.