06.10.2024, 22:40 ✶
- Nic o mnie nie wiesz - wysyczałem do Ambroise’a, nieco się szarpiąc w więzach. Wyglądało to tak, jak gdybym chciał się uwolnić żeby znowu mu przypierdolić. Ha-ha! Gdyby nie Geraldine, byłoby po nim. Już drugi raz. Zasyczałem więc tylko z niezadowoleniem. Ten syk, czysty syk dziwnie mnie wybijał z rytmu, jakby był nie ma miejscu. Bo był. Dziwny, nienaturalny, zwierzęcy.
Byłem potworem, tak. Ambroise z kolei był w porządku... w pokrętny sposób, bo zapewnił mi krew i zgodnie z obietnicą wyjął to drewno z moich trzewi, które wcześniej sam tam wbił. Skrzywiłem się. Cóż, fajnie, że pomógł, ale to nie zmieniało jednak tego, że gardził mną, a moja wampiryczna natura była całkiem dumna, ale nie tak dumna by zew krwi mógł zostać zepchnięty na drugie miejsce.
Nie podobało mi się to, ale sam się prosiłem o te więzy. Mógłbym dodać, że nie potrzebowałem również jego jałmużny, ale niestety nie mogłem się doczekać aż wleję w siebie krew. Właściwie, to ostatecznie tylko jej chciałem. W dupie miałem, czy mu przypierdolę, czy też nie.
Mój wzrok znowu padł na woreczek. Powoli wypływała, a ja... Chyba serio bym się rzucił do parteru, zaczął lizać podłogę, gdyby nie Geraldine. Złapałem za torbę, już tracąc rezon. Tak, liczyła się tylko ona - krew. Drżałem cały, ale to nie z zimna ani rozpaczy. Już nie. Drżałem z podniecenia, oddając się konsumpcji. Ssałem worek, póki nie wypiłem go do końca, a nawet wtedy ssałem dalej by wysączyć nawet ostatnią krew.
Uśmiechałem się. Nie chciałem ukrywać, że było mi lepiej, tak dobrze... Życie powracało do mnie. Może krew nie była ciepła i nie ogrzewała mojego wnętrza tak jak świeża, ale i tak robiła robotę. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, że rana wkrótce się zagoi. Będę musiał jedynie dokończyć późną kolację i trochę się zdrzemnąć, ale będzie dobrze. Wyliżę się z tego.
Worek opustoszał. Dorwałem się za drugi. Nigdy nie było wystarczająco, zawsze było za mało. Przebiłem go własnymi zębami i jęknąłem z ulgą, kiedy poczułem wilgoć na wargach. Ulga, tak. To był smak ulgi, to była krew, słodka ciecz gasząca moje pożary. Już nic mnie nie bolało. Otulała mnie niczym matka. Tak, tuliła, kiedy świat był taki podły. Rozciągała wokół mnie macki ochrony i dodawała mi sił.
Może nawet zacząłem mruczeć...?
Chore? Bardzo chore. Nawet nie zauważyłem, że Ambroise wyszedł. Geraldine również jakby nie widziałem, chociaż zapewne miałem ją dostrzec niezwykle wyraźnie, kiedy krew w worku się skończy...?
Cóż, to się okaże...
Czy będę głodny większych doznań związanych z piciem krwi?
Byłem potworem, tak. Ambroise z kolei był w porządku... w pokrętny sposób, bo zapewnił mi krew i zgodnie z obietnicą wyjął to drewno z moich trzewi, które wcześniej sam tam wbił. Skrzywiłem się. Cóż, fajnie, że pomógł, ale to nie zmieniało jednak tego, że gardził mną, a moja wampiryczna natura była całkiem dumna, ale nie tak dumna by zew krwi mógł zostać zepchnięty na drugie miejsce.
Nie podobało mi się to, ale sam się prosiłem o te więzy. Mógłbym dodać, że nie potrzebowałem również jego jałmużny, ale niestety nie mogłem się doczekać aż wleję w siebie krew. Właściwie, to ostatecznie tylko jej chciałem. W dupie miałem, czy mu przypierdolę, czy też nie.
Mój wzrok znowu padł na woreczek. Powoli wypływała, a ja... Chyba serio bym się rzucił do parteru, zaczął lizać podłogę, gdyby nie Geraldine. Złapałem za torbę, już tracąc rezon. Tak, liczyła się tylko ona - krew. Drżałem cały, ale to nie z zimna ani rozpaczy. Już nie. Drżałem z podniecenia, oddając się konsumpcji. Ssałem worek, póki nie wypiłem go do końca, a nawet wtedy ssałem dalej by wysączyć nawet ostatnią krew.
Uśmiechałem się. Nie chciałem ukrywać, że było mi lepiej, tak dobrze... Życie powracało do mnie. Może krew nie była ciepła i nie ogrzewała mojego wnętrza tak jak świeża, ale i tak robiła robotę. Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, że rana wkrótce się zagoi. Będę musiał jedynie dokończyć późną kolację i trochę się zdrzemnąć, ale będzie dobrze. Wyliżę się z tego.
Worek opustoszał. Dorwałem się za drugi. Nigdy nie było wystarczająco, zawsze było za mało. Przebiłem go własnymi zębami i jęknąłem z ulgą, kiedy poczułem wilgoć na wargach. Ulga, tak. To był smak ulgi, to była krew, słodka ciecz gasząca moje pożary. Już nic mnie nie bolało. Otulała mnie niczym matka. Tak, tuliła, kiedy świat był taki podły. Rozciągała wokół mnie macki ochrony i dodawała mi sił.
Może nawet zacząłem mruczeć...?
Chore? Bardzo chore. Nawet nie zauważyłem, że Ambroise wyszedł. Geraldine również jakby nie widziałem, chociaż zapewne miałem ją dostrzec niezwykle wyraźnie, kiedy krew w worku się skończy...?
Cóż, to się okaże...
Czy będę głodny większych doznań związanych z piciem krwi?
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak