18.01.2023, 15:22 ✶
Patrick zmarszczył czoło, słysząc kąśliwą odpowiedź Alanny. Pokręcił głową. Trochę bawiła go ta niechęć zupełnie przypadkowej, młodej kobiety. Nie rozumiał z czego mogła wynikać. Owszem, nie zachował się szczególnie racjonalnie tamtego dnia na cmentarzu, ale też – gdy o tym potem myślał – nie zrobił niczego, czym mógłby sobie zasłużyć na jakąś głębszą niechęć. Nie pamiętał innego spotkania z rudowłosą. Nie kojarzył jej z żadnego porannego biegania lub pubu, w którym mogliby przebywać razem, i w którym siłą rzeczy mógłby zrobić coś, co by ją uraziło. Nawet w Ministerstwie Magii nie zwracał na nią zbytniej uwagi. Tak, mijali się czasem na korytarzu albo widział ją stojącą w jakimś gabinecie, ale tylko tyle. Nie narzucał się jej. Nie próbował jej na siłę podrywać. Nawet nie zaoferował jej koleżeństwa. Nie zrobił nic, by go znielubiła.
A kucając teraz obok Alanny, miał wrażenie, że wyraźnie go nie lubiła. Jakby irytował ją samym faktem, że był i że teraz znajdował się tuż obok niej.
Patrzył na Mary wyrozumiale. Zdawał sobie sprawę, że mugolka zapomni o jego istnieniu za kilka chwil, ale nie chciał by choćby przez ten czas, w którym istniał w jej pamięci, zagnieździł się tam jako ten okropny facet, który na nią krzyczał i przepytywał.
- Nie, ale i tak bardzo mi pomogłaś – zapewnił ją, podnosząc się z kucek.
Jakby na to nie patrzeć, mimo iż wezwano ją tutaj tylko po to, by posprzątała, Alanna była o wiele kompetentniejszym źródłem wiedzy niż naoczny świadek zdarzenia.
- Pokażesz mi, gdzie leżą te… pozostałości? – zapytał rudowłosą. – Dobrze zrobiliście, że ich nie dotykaliście. Chociaż pewnie są już na nic, może uda się odkryć, co było nałożone na tę figurkę.
Gotów był przejść się z Clare a potem – za pomocą magii – zabezpieczyć fragmenty figurki w taki sposób, by potem bezpiecznie przetransportować je do Biura Aurorów. Kiedy szli, odruchowo rozglądał się po okolicy.
Zastanawiał się czy Mark naprawdę będzie potrafił im pomóc. Być może jego przyjaciółka, dziewczyna, narzeczona, kochanka, znajoma, kimkolwiek była Mary, nieopatrznie wskazała jego motywacje, gdy mówiła o Ponuraku. Może nic nie wiedział, tylko był tym przesądnym magiem, który dostawał piany na usta, ilekroć w grę zaczynały wchodzić zabobony.
- A potem do Marka. Obiecuję, że nie zajmę ci więcej czasu niż to absolutnie koniecznie – dodał jeszcze, trochę usprawiedliwiająco, jakby niespecjalnie chciał po raz kolejny wsłuchiwać się w jej złośliwy ton. Tamtego dnia na cmentarzu to tylko przez te perfumy, przez to że nimi pachniała, że pojawiła się na cmentarzu tego szczególnego dnia, tylko dlatego zdecydował się ją zaczepić. Nie był ani jej wrogiem, ani natrętnym absztyfikantem.
A kucając teraz obok Alanny, miał wrażenie, że wyraźnie go nie lubiła. Jakby irytował ją samym faktem, że był i że teraz znajdował się tuż obok niej.
Patrzył na Mary wyrozumiale. Zdawał sobie sprawę, że mugolka zapomni o jego istnieniu za kilka chwil, ale nie chciał by choćby przez ten czas, w którym istniał w jej pamięci, zagnieździł się tam jako ten okropny facet, który na nią krzyczał i przepytywał.
- Nie, ale i tak bardzo mi pomogłaś – zapewnił ją, podnosząc się z kucek.
Jakby na to nie patrzeć, mimo iż wezwano ją tutaj tylko po to, by posprzątała, Alanna była o wiele kompetentniejszym źródłem wiedzy niż naoczny świadek zdarzenia.
- Pokażesz mi, gdzie leżą te… pozostałości? – zapytał rudowłosą. – Dobrze zrobiliście, że ich nie dotykaliście. Chociaż pewnie są już na nic, może uda się odkryć, co było nałożone na tę figurkę.
Gotów był przejść się z Clare a potem – za pomocą magii – zabezpieczyć fragmenty figurki w taki sposób, by potem bezpiecznie przetransportować je do Biura Aurorów. Kiedy szli, odruchowo rozglądał się po okolicy.
Zastanawiał się czy Mark naprawdę będzie potrafił im pomóc. Być może jego przyjaciółka, dziewczyna, narzeczona, kochanka, znajoma, kimkolwiek była Mary, nieopatrznie wskazała jego motywacje, gdy mówiła o Ponuraku. Może nic nie wiedział, tylko był tym przesądnym magiem, który dostawał piany na usta, ilekroć w grę zaczynały wchodzić zabobony.
- A potem do Marka. Obiecuję, że nie zajmę ci więcej czasu niż to absolutnie koniecznie – dodał jeszcze, trochę usprawiedliwiająco, jakby niespecjalnie chciał po raz kolejny wsłuchiwać się w jej złośliwy ton. Tamtego dnia na cmentarzu to tylko przez te perfumy, przez to że nimi pachniała, że pojawiła się na cmentarzu tego szczególnego dnia, tylko dlatego zdecydował się ją zaczepić. Nie był ani jej wrogiem, ani natrętnym absztyfikantem.