07.10.2024, 19:28 ✶
Z ciężkim westchnieniem wyjął papierosa spomiędzy zębów i zaczął obracać go w palcach. Z jednej strony, oczekiwał buntowniczej defiacji i eksplozywnych pretensji aroganckiej buty młodości. Oczekiwał, że zastanie gówniarza w burdelu, gdzie ten będzie żonglował świeczkami w kształcie kutasów, żeby ubić interes z jakimś zdezelowanym sutenerem na złość wszystkim. Z drugiej strony, był przekonany, że syn Richarda Mulcibera okaże się tak samo kurewsko nudny jak jego ojciec, tak samo wyzuty z jakichkolwiek przejawów charakteru, który skopiował przecież od brata – jak pracę domową przepisaną na kolanie.
Teraz jednak, gdy Charles stał przed nim, Alexander Mulciber nie czuł złości, którą wylał wcześniej w liście do Lorien. Nie, Charles był w jego oczach Głupcem, pierwszą kartą w talii – nie dlatego, że sam miał się za głupca, po tym jak zraził do siebie ojca i stryja – Charles był nowym początkiem. Czysty, nieskażony obcym wpływem umysł, który desperacko pragnął znaleźć coś, kogoś, kto pomógłby mu ukierunkować swe myśli. Odtrącony nogą szczeniak, najsłabszy z miotu, suka, która go powiła, zbyt szybko odumarła, by nauczył się gryźć, ale Alexander zawsze miał tkliwe serce dla tych skamlących przybłęd.
Nie rozumiał, jak Richard mógł tego nie rozumieć – tego, że tak jak pies potrzebuje zawsze pana, chłopak potrzebował ojca. Ale on nie był Richardem, tak jak Richard nie był Alexandrem. Może być sobie jego ojcem, jest taki sam jak wszyscy jebani ojcowie, zawsze myślą, że wiedzą wszystko o swoich dzieciach, zawyrokował cierpko, zanim nachylił się bliżej Charlesa z nagłym błyskiem w oku, ale jebany Richard Mulciber nie jest jasnowidzem.
Ja nim jestem. Tylko ja.
– Kim jestem? – Pozwolił wybrzmieć tym słowom: obrócił je powoli na języku, próbując zidentyfikować słodkogorzki posmak, jaki zostawiły po sobie w jego ustach. Słowa same wydostawały się spomiędzy warg jasnowidza, okadzane dymem papierosa. – Sam tego nie wiem, jeżeli mam być szczery – odparł w zamyśleniu. Wiedział już, co musi powiedzieć. Wiedział, po co tutaj dzisiaj przyszedł. – Byłem synem mojego ojca, ale to było tak dawno temu. Wydaje się, że wieczność minęła, odkąd rozmawialiśmy po raz ostatni. Byłem synem mojej matki. Mogę mieć tylko nadzieję, że wciąż o mnie pamięta, gdziekolwiek błąka się teraz jej dusza. Byłem... – Potrząsnął głową. – Jestem bratem. Ale starszy brat zawsze patrzył na mnie z góry, teraz zaś tkwi zamknięty za murami szpitala, a siostra – myślał o Dianie, o jej nieprzytomnym uśmiechu i błędnych oczach – wiem, że jest tak samo zagubiona, jak ja, ale jest zbyt daleko, żebym mógł jej pomóc.
Trudno było wytrzymać spojrzenie Alexandra, który patrzył na chłopaka z przenikliwością pozbawioną mrugnięć, ale jego głos tchnął szczerością.
– Przez jakiś czas chciałem być aurorem, ale rzuciłem to, ledwie liście na drzewach zdążyły zmienić kolor. Starałem się spełnić oczekiwania ojca, ale on zawsze miał inny plan na moje życie niż ja. Myślałem, że znalazłem swoje miejsce, ale nie mam wiary we własne wizje. Próbowałem szukać odpowiedzi na twoje pytania we wszystkich zakątach świata, po którym rozbijałem się, targany wiatrem. Próbowałem uciekać: przed odpowiedzialnością, przed ludźmi, których zraniłem, i którzy zranili mnie, przed bólem, przed wieloma rzeczami – ale najbardziej chyba przed sobą samym. Próbowałem – ale wciąż tylko wracam w te same miejsca, nie będąc ani trochę mądrzejszym. Znów powiało jesienią. Znów jestem tutaj. – Wzruszył ramionami. – Znów zaczynam od nowa.
Nie skomentował wyznań chłopaka. Pozwolił mu wylać z siebie frustrację, samemu ćmiąc z wolna papierosa, marszcząc jednak z lekka brwi, gdy w dyskusji padły znajome imiona. "Gwarantuję ci, że zaistniałym problemem zdążyliśmy już odpowiednio się zająć" – czy nie tak pisał mu Robert, kiedy Alexander skreślił do kuzyna parę ostrych słów po całej tej śmiesznej aferze na kiermaszu z okazji Lammas? A więc tak "załatwiłeś sprawę", Robercie, pomyślał ironicznie Alexander, patrząc na chudego młokosa, który obracał w dłoniach talię kart, wywalając dzieciaka na bruk. Strzepnął popiół z papierosa.
– Ty też jesteś tutaj – w tym dokładnie miejscu, w tej konkretnej chwili – to, co widzisz w kartach, to nie jest przyszłość, tylko teraźniejszość. Jeżeli chcesz, by pokazały ci przyszłość, musisz zapytać je o przyszłość. Musisz oczyścić swój umysł z doczesnych przywiązań – to tylko aberracje w percepcji – musisz spojrzeć przez siebie i poza siebie. Czujesz się porzucony, zdradzony – przez rodzinę? – dobre, kurwa, sobie – oczy Alexandra zabłysły groźnie – ja jestem rodziną Mulciber – wycedził z wyraźnym wstrętem, prostując plecy. – Cała reszta, łącznie z twoim starym, może mnie co najwyżej w dupę pocałować, bo nie zamierzam dać nikogo wydziedziczyć. Jesteście wszyscy skazani na mnie, do mojej usranej śmierci, czy tego chcecie czy nie. Wiesz, co jest w tym najlepsze, Charles? Wystarczy że obrócisz kartę – machnął nagląco ręką, w której trzymał szluga – tak, niech będzie odwrócona – i jesteś wolny. Spróbuj jeszcze raz. Tak jak ci mówiłem. Patrz głębiej.
Teraz jednak, gdy Charles stał przed nim, Alexander Mulciber nie czuł złości, którą wylał wcześniej w liście do Lorien. Nie, Charles był w jego oczach Głupcem, pierwszą kartą w talii – nie dlatego, że sam miał się za głupca, po tym jak zraził do siebie ojca i stryja – Charles był nowym początkiem. Czysty, nieskażony obcym wpływem umysł, który desperacko pragnął znaleźć coś, kogoś, kto pomógłby mu ukierunkować swe myśli. Odtrącony nogą szczeniak, najsłabszy z miotu, suka, która go powiła, zbyt szybko odumarła, by nauczył się gryźć, ale Alexander zawsze miał tkliwe serce dla tych skamlących przybłęd.
Nie rozumiał, jak Richard mógł tego nie rozumieć – tego, że tak jak pies potrzebuje zawsze pana, chłopak potrzebował ojca. Ale on nie był Richardem, tak jak Richard nie był Alexandrem. Może być sobie jego ojcem, jest taki sam jak wszyscy jebani ojcowie, zawsze myślą, że wiedzą wszystko o swoich dzieciach, zawyrokował cierpko, zanim nachylił się bliżej Charlesa z nagłym błyskiem w oku, ale jebany Richard Mulciber nie jest jasnowidzem.
Ja nim jestem. Tylko ja.
– Kim jestem? – Pozwolił wybrzmieć tym słowom: obrócił je powoli na języku, próbując zidentyfikować słodkogorzki posmak, jaki zostawiły po sobie w jego ustach. Słowa same wydostawały się spomiędzy warg jasnowidza, okadzane dymem papierosa. – Sam tego nie wiem, jeżeli mam być szczery – odparł w zamyśleniu. Wiedział już, co musi powiedzieć. Wiedział, po co tutaj dzisiaj przyszedł. – Byłem synem mojego ojca, ale to było tak dawno temu. Wydaje się, że wieczność minęła, odkąd rozmawialiśmy po raz ostatni. Byłem synem mojej matki. Mogę mieć tylko nadzieję, że wciąż o mnie pamięta, gdziekolwiek błąka się teraz jej dusza. Byłem... – Potrząsnął głową. – Jestem bratem. Ale starszy brat zawsze patrzył na mnie z góry, teraz zaś tkwi zamknięty za murami szpitala, a siostra – myślał o Dianie, o jej nieprzytomnym uśmiechu i błędnych oczach – wiem, że jest tak samo zagubiona, jak ja, ale jest zbyt daleko, żebym mógł jej pomóc.
Trudno było wytrzymać spojrzenie Alexandra, który patrzył na chłopaka z przenikliwością pozbawioną mrugnięć, ale jego głos tchnął szczerością.
– Przez jakiś czas chciałem być aurorem, ale rzuciłem to, ledwie liście na drzewach zdążyły zmienić kolor. Starałem się spełnić oczekiwania ojca, ale on zawsze miał inny plan na moje życie niż ja. Myślałem, że znalazłem swoje miejsce, ale nie mam wiary we własne wizje. Próbowałem szukać odpowiedzi na twoje pytania we wszystkich zakątach świata, po którym rozbijałem się, targany wiatrem. Próbowałem uciekać: przed odpowiedzialnością, przed ludźmi, których zraniłem, i którzy zranili mnie, przed bólem, przed wieloma rzeczami – ale najbardziej chyba przed sobą samym. Próbowałem – ale wciąż tylko wracam w te same miejsca, nie będąc ani trochę mądrzejszym. Znów powiało jesienią. Znów jestem tutaj. – Wzruszył ramionami. – Znów zaczynam od nowa.
Nie skomentował wyznań chłopaka. Pozwolił mu wylać z siebie frustrację, samemu ćmiąc z wolna papierosa, marszcząc jednak z lekka brwi, gdy w dyskusji padły znajome imiona. "Gwarantuję ci, że zaistniałym problemem zdążyliśmy już odpowiednio się zająć" – czy nie tak pisał mu Robert, kiedy Alexander skreślił do kuzyna parę ostrych słów po całej tej śmiesznej aferze na kiermaszu z okazji Lammas? A więc tak "załatwiłeś sprawę", Robercie, pomyślał ironicznie Alexander, patrząc na chudego młokosa, który obracał w dłoniach talię kart, wywalając dzieciaka na bruk. Strzepnął popiół z papierosa.
– Ty też jesteś tutaj – w tym dokładnie miejscu, w tej konkretnej chwili – to, co widzisz w kartach, to nie jest przyszłość, tylko teraźniejszość. Jeżeli chcesz, by pokazały ci przyszłość, musisz zapytać je o przyszłość. Musisz oczyścić swój umysł z doczesnych przywiązań – to tylko aberracje w percepcji – musisz spojrzeć przez siebie i poza siebie. Czujesz się porzucony, zdradzony – przez rodzinę? – dobre, kurwa, sobie – oczy Alexandra zabłysły groźnie – ja jestem rodziną Mulciber – wycedził z wyraźnym wstrętem, prostując plecy. – Cała reszta, łącznie z twoim starym, może mnie co najwyżej w dupę pocałować, bo nie zamierzam dać nikogo wydziedziczyć. Jesteście wszyscy skazani na mnie, do mojej usranej śmierci, czy tego chcecie czy nie. Wiesz, co jest w tym najlepsze, Charles? Wystarczy że obrócisz kartę – machnął nagląco ręką, w której trzymał szluga – tak, niech będzie odwrócona – i jesteś wolny. Spróbuj jeszcze raz. Tak jak ci mówiłem. Patrz głębiej.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat