Opadnięte serca, czerniejsze niż zwykle szaty, smętne spojrzenia rojące się wokół jakby wcale nie był wśród ludzi, lecz w pomieszczeniu pełnym luster. Jeszcze sam tak niedawno obleczony był wieczną żałobą. Utrata brata nie pozwoliła na wylewanie łez po śmierci małżonki.
Śmierć małżonki.
Podobne okazje, a jednak tak inne okoliczności. Elliot był centralną postacią tego pogrzebu. Osobiste słowa spowiły się wokół szczątków ukochanej przez niego osoby. Na pogrzebie Kordelii Martin praktycznie nie istniał. Związek był zbyt świeży, nikt nie kojarzył ich jako małżeństwa. Kondolencje spływały niemal wyłącznie do jej rodziny.
Martin wraz z rodzicami i rodzeństwem stali przy rodzinie. Pani Crouch była bliską kuzynką matki Elliotta, a teraz połączyły ich zbliżone tragedie synów. Młodzi mężczyźni, w sile wieku. Ozdobieni najlepszymi niewiastami, którymi nie dane im było cieszyć się długo. Martin nie podzielał tych podobieństw. Kordelia była mu całkiem obca, Simone i Elliotta zdawało się łączyć coś rzeczywistego.
Crouch wpatrywał się w urnę. Nasłuchiwał śpiewu kapłanów. Przesycone smutkiem otoczenie nie udzielało mu się jednak nastrojem. To wszystko wydawało mu się wręcz... estetycznie piękne. To nie był pierwszy pogrzeb w jego życiu, lecz tym razem okoliczność była mu na tyle obojętna, że zamiast przygniatać się bagażem emocjonalnym, mógł się po prostu rozejrzeć. Simone znał z widzenia, nigdy chyba nawet nie zamienili słowa. Żałobę kuzyna szanował, lecz w sobie nie miał grama szczerego smutku.