08.10.2024, 17:40 ✶
Dym papierosowy gryzł go w nos, a z każdym oddechem również w gardło, jakby przypominając, że mijające chwile są pożyczone, że wczoraj powinien skończyć w odmętach morza i to, co przeżywa teraz, nie powinno do niego należeć. Nie mógł mieć pojęcia, co myśli o nim Alexander, ale czy rzeczywiście był kopią swojego ojca? Chciał być, widział Richarda jako najwspanialszą istotę, lecz spodziewał się, że nie dorastał mu do pięt, nie po tym, co zrobił. Czuł ból, wstyd i cokolwiek się działo, nie chciał dłużej się z nim mierzyć. Cierpienie nie miało miary i nie sposób było ocenić, jak jego odczucia miały się do tych, które przeżywali inni. Niechęć do świata i siebie samego rezonowała z jego młodej, naiwnej osoby.
Odchylił się nieznacznie, gdy Alexander postanowił wejść w jego strefę komfortu. Mierzył go spojrzeniem, gdy jasnowidz wyrzucał z siebie słowa, zbyt wiele, zbyt skomplikowanie. Charles chciał prostą, jasną odpowiedź, lecz zręcznie nawigował w meandrach metafor kuzyna. Malował się w jego głowie obraz, a wraz z nim, na twarz wpływał podziw, ekscytacja, a nawet trochę onieśmielenia. W jego oczach zabłysły gwiazdy.
- Alexander? - Dopytał niepewnie. Nie mógł spodziewać się, że przyjdzie do niego właśnie on: głowa rodu, rodzina Mulciber w krwi i kości. - Ja... - Wahał się, nie mogąc znaleźć słów. Poprzednie zniechęcenie zdawało się odejść w niebyt. - Ja też chciałem być aurorem. - Duknął wreszcie, nie mogąc znaleźć bardziej odpowiednich słów. Czy to nie wspaniale, że obaj mieli takie cele, choć w obu przypadkach niespełnione? Byli do siebie podobni mimo dzielących ich gałęzi rodzinnego drzewa. - Jesteś Alexander Mulciber. - Pomógł mu w końcu znaleźć odpowiedź na jego wahania. - Ten Alexander Mulciber.
Ni mniej, ni więcej. Alexander nie musiał być niczym więcej. Był istotą z opowiadań, cieniem, który zapisał się we wspomnieniach z dzieciństwa. Był przywódcą, który dotąd go nie prowadził, aż do teraz.
Serce szybko uderzało w klatce piersiowej młodego Charlesa, gdy na nowo opuścił spojrzenie na karty, teraz widząc je w zupełnie innym świetle. Karty nie były już tylko głupią talią pełną obrazków, bo miały znaczenie, które mógł nadać im kuzyn. Charlie odetchnął głębiej, zabierając się do tasowania, tym bardziej ponownie tak, jak było mu wygodniej, jak naturalnie układały się jego dłonie, choć być może dla innych wydawało się to na odwrót. Być może była to nie jedyna rzecz, którą robił na opak ku niezadowoleniu innych. Odwrócił Trójkę Mieczy, schował ją między inne wróżby, był wolny.
Przyszłość.
- Nie wiem, czy umiem skupić się na przyszłości. - Wyjaśnił się, tasując talię powoli, metodycznie, lecz skutecznie. - Nie wiem, co mnie czeka, a skoro ja tego nie wiem, co mogą wiedzieć karty? To... to trudne, wuju. - Poskarżył się, skupiając zupełnie na wróżbach w dłoniach. - Czeka mnie przyszłość w rodzinie, skoro nie chcesz mnie wyrzucić? Pomożesz mi, wuju, jeśli będę tego potrzebował? - Pytał kart, nie Alexandra. - Liczyłem na pomoc rodziny, ale nie potrafiłem z tego korzystać. Będę musiał... poradzić sobie samodzielnie. Muszę dorosnąć.
Z tymi słowami, zaprzestał tasowania i odwrócił kartę, która była u góry talii.
Odchylił się nieznacznie, gdy Alexander postanowił wejść w jego strefę komfortu. Mierzył go spojrzeniem, gdy jasnowidz wyrzucał z siebie słowa, zbyt wiele, zbyt skomplikowanie. Charles chciał prostą, jasną odpowiedź, lecz zręcznie nawigował w meandrach metafor kuzyna. Malował się w jego głowie obraz, a wraz z nim, na twarz wpływał podziw, ekscytacja, a nawet trochę onieśmielenia. W jego oczach zabłysły gwiazdy.
- Alexander? - Dopytał niepewnie. Nie mógł spodziewać się, że przyjdzie do niego właśnie on: głowa rodu, rodzina Mulciber w krwi i kości. - Ja... - Wahał się, nie mogąc znaleźć słów. Poprzednie zniechęcenie zdawało się odejść w niebyt. - Ja też chciałem być aurorem. - Duknął wreszcie, nie mogąc znaleźć bardziej odpowiednich słów. Czy to nie wspaniale, że obaj mieli takie cele, choć w obu przypadkach niespełnione? Byli do siebie podobni mimo dzielących ich gałęzi rodzinnego drzewa. - Jesteś Alexander Mulciber. - Pomógł mu w końcu znaleźć odpowiedź na jego wahania. - Ten Alexander Mulciber.
Ni mniej, ni więcej. Alexander nie musiał być niczym więcej. Był istotą z opowiadań, cieniem, który zapisał się we wspomnieniach z dzieciństwa. Był przywódcą, który dotąd go nie prowadził, aż do teraz.
Serce szybko uderzało w klatce piersiowej młodego Charlesa, gdy na nowo opuścił spojrzenie na karty, teraz widząc je w zupełnie innym świetle. Karty nie były już tylko głupią talią pełną obrazków, bo miały znaczenie, które mógł nadać im kuzyn. Charlie odetchnął głębiej, zabierając się do tasowania, tym bardziej ponownie tak, jak było mu wygodniej, jak naturalnie układały się jego dłonie, choć być może dla innych wydawało się to na odwrót. Być może była to nie jedyna rzecz, którą robił na opak ku niezadowoleniu innych. Odwrócił Trójkę Mieczy, schował ją między inne wróżby, był wolny.
Przyszłość.
- Nie wiem, czy umiem skupić się na przyszłości. - Wyjaśnił się, tasując talię powoli, metodycznie, lecz skutecznie. - Nie wiem, co mnie czeka, a skoro ja tego nie wiem, co mogą wiedzieć karty? To... to trudne, wuju. - Poskarżył się, skupiając zupełnie na wróżbach w dłoniach. - Czeka mnie przyszłość w rodzinie, skoro nie chcesz mnie wyrzucić? Pomożesz mi, wuju, jeśli będę tego potrzebował? - Pytał kart, nie Alexandra. - Liczyłem na pomoc rodziny, ale nie potrafiłem z tego korzystać. Będę musiał... poradzić sobie samodzielnie. Muszę dorosnąć.
Z tymi słowami, zaprzestał tasowania i odwrócił kartę, która była u góry talii.
Rzut Tarot 1d78 - 47
Królowa Buław
Królowa Buław