10.10.2024, 09:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.10.2024, 10:15 przez Lorraine Malfoy.)
Bankiet: po krótkiej wymianie z Hrabią i Camille, opuszczam Oleandra oraz kuzynostwo (Calanthe, Baldwina i Desmonda) i podchodzę do Eden stojącej z Brenną i Atreusem
"Co dalej? Koncert na Nokturnie?"
– Powściągnij język. – Ledwie poruszyła ustami, z których spłynął szept tak cichy, że tylko kuzyni mogli go usłyszeć: rzuciła krótkie, ostre spojrzenie Baldwinowi, gdy do kółeczka dołączył Oleander. Nie broniła im zblazowanych prowokacji, pozostawała obojętna wobec moralnego rozpasania oraz lubieżnych spojrzeń, stawiała jednak granicę, kiedy przychodziło do pospolitej wulgarności – jak przystało na hipokrytkę, nawykłą do dbania o pozory. Przypatrywała się chłopięcej przepychance z uprzejmym zainteresowaniem, podsłuchając rozmowę sióstr Parkinson, do których stała odwrócona plecami.
"Tę Lorraine dawno powinni..."
Bukiet hiacyntów, nie, zamrugała, bukiet lilii trzymany w ramionach skrył zaciskającą się w pięść rękę pod osłoną kwietnych główek. Wbiła paznokcie w delikatną, niemalże przezroczystą skórę dłoni, mocno – tak, żeby zabolało.
Powinni – co? "Wydziedziczyć?"
"Czy ona w ogóle myje ręce po...?"
Przestała słuchać – wiedziała, co zaraz usłyszy. "Po trupach" – dokończyła w myślach, pedantyczna we wszystkim, nawet we własnym masochiźmie – "czy ona w ogóle myje ręce po trupach?"
Słysząc obce głosy, rozluźniła dłoń. Poczuła ostre pieczenie w miejscu, gdzie zaciekle wpijała palce. Na paznokciach miała krew. Przycisnęła wiązankę bliżej piersi, witając się z Camille i towarzyszącym jej mężczyzną.
Znienawidziła go od pierwszego wejrzenia.
Znienawidziła go za samą twarz, tak podobną do twarzy Anthony'ego – ostatniej osoby, jaką teraz chciała wiedzieć – za twarz, która przypominała jej o wszystkich prośbach Shafiqa, aby porzuciła Nokturn, o wszystkich zawoalowanych wyrzutach, że marnuje sobie życie – o tym, że Anthony zapewne myślał o niej to samo, co myślały siostry Parkinson.
– Proszę o niego dbać – rzuciła wyniośle na słowa nieznajomego, poglądając jednak czule na Oleandra: jej spojrzenie wyraźnie złagodniało, przesuwając się w niewypowiedzianej pieszczocie po twarzy dawnego ucznia – to prawdziwa perła.
Dumnie unosząc głowę, opuściła towarzystwo, pozostawiając za sobą intensywną woń słodkich perfum.
"Obstawiamy, jak obrotowe są drzwi Avery?"
Nie chciała tego słuchać. Raphaela Avery mogłaby rozkopać grób Nobby'ego Leacha i oddać się nekromanckim rozkoszom z ciałem mugolackiego ministra na środku Trafalgar Square: obeszłoby to Lorraine tyle, co nic.
Potrzebowała poczuć się znowu sobą, znowu jak Malfoy.
– Wczorajszy wieczór był tylko przedsmakiem dzisiejszego. – Roztrzepotane palce Lorraine nieśmiało musnęły dłoń Eden, kiedy zmaterializowała się u boku kuzynki z bukietem lilii. – Podobało ci się?
Zaraz, Atreus?
– Zgoliłeś wąsa? – zatrzepotała niewinnie rzęsami. Lorraine uważała, że wyglądał z nim wyjątkowo przystojnie, jakby dojrzalej – wąs stanowił doskonałe uzupełnienie wizerunku damskiego boksera, który bije kobiety na Nokturnie. Och, najchętniej zdarłaby mu z twarzy ten szelmowski uśmieszek, gdyby tylko u jego boku nie stała...
– Brenna Longbottom – rzuciła Lorraine, zaskoczona nie tyle obecnością kobiety na wydarzeniu, co raczej konfrontacją z wspomnieniami o niej, tak odległymi – Ile to lat od naszego ostatniego spotkania... – przechyliła lekko głowę, pozwalając sobie na wymowną pauzę, zanim kontynuowała z nikłym uśmiechem wykwitłym niespodzianie na wargach – ...w klubie czytelnika? Nie wiedziałam, że lubisz Szekspira.
"Co dalej? Koncert na Nokturnie?"
– Powściągnij język. – Ledwie poruszyła ustami, z których spłynął szept tak cichy, że tylko kuzyni mogli go usłyszeć: rzuciła krótkie, ostre spojrzenie Baldwinowi, gdy do kółeczka dołączył Oleander. Nie broniła im zblazowanych prowokacji, pozostawała obojętna wobec moralnego rozpasania oraz lubieżnych spojrzeń, stawiała jednak granicę, kiedy przychodziło do pospolitej wulgarności – jak przystało na hipokrytkę, nawykłą do dbania o pozory. Przypatrywała się chłopięcej przepychance z uprzejmym zainteresowaniem, podsłuchając rozmowę sióstr Parkinson, do których stała odwrócona plecami.
"Tę Lorraine dawno powinni..."
Bukiet hiacyntów, nie, zamrugała, bukiet lilii trzymany w ramionach skrył zaciskającą się w pięść rękę pod osłoną kwietnych główek. Wbiła paznokcie w delikatną, niemalże przezroczystą skórę dłoni, mocno – tak, żeby zabolało.
Powinni – co? "Wydziedziczyć?"
"Czy ona w ogóle myje ręce po...?"
Przestała słuchać – wiedziała, co zaraz usłyszy. "Po trupach" – dokończyła w myślach, pedantyczna we wszystkim, nawet we własnym masochiźmie – "czy ona w ogóle myje ręce po trupach?"
Trigger Warning: gore (Odkryj)
Nie martw się, nie tknęłabym twojego truchła, pomyślała. Oczy Lorraine zalśniły niezdrowym blaskiem. Oddałabym je szczurom. Wyobraziła sobie trzy wiedźmy, ich włosy splecione ze sobą niczym ogony w zdechłym majestatacie szczurzego króla. Patrzyłabym jak skowyczecie z bólu, gdy odgryzałyby te wasze kurewskie usteczka.
Słysząc obce głosy, rozluźniła dłoń. Poczuła ostre pieczenie w miejscu, gdzie zaciekle wpijała palce. Na paznokciach miała krew. Przycisnęła wiązankę bliżej piersi, witając się z Camille i towarzyszącym jej mężczyzną.
Znienawidziła go od pierwszego wejrzenia.
Znienawidziła go za samą twarz, tak podobną do twarzy Anthony'ego – ostatniej osoby, jaką teraz chciała wiedzieć – za twarz, która przypominała jej o wszystkich prośbach Shafiqa, aby porzuciła Nokturn, o wszystkich zawoalowanych wyrzutach, że marnuje sobie życie – o tym, że Anthony zapewne myślał o niej to samo, co myślały siostry Parkinson.
– Proszę o niego dbać – rzuciła wyniośle na słowa nieznajomego, poglądając jednak czule na Oleandra: jej spojrzenie wyraźnie złagodniało, przesuwając się w niewypowiedzianej pieszczocie po twarzy dawnego ucznia – to prawdziwa perła.
Dumnie unosząc głowę, opuściła towarzystwo, pozostawiając za sobą intensywną woń słodkich perfum.
"Obstawiamy, jak obrotowe są drzwi Avery?"
Nie chciała tego słuchać. Raphaela Avery mogłaby rozkopać grób Nobby'ego Leacha i oddać się nekromanckim rozkoszom z ciałem mugolackiego ministra na środku Trafalgar Square: obeszłoby to Lorraine tyle, co nic.
Potrzebowała poczuć się znowu sobą, znowu jak Malfoy.
– Wczorajszy wieczór był tylko przedsmakiem dzisiejszego. – Roztrzepotane palce Lorraine nieśmiało musnęły dłoń Eden, kiedy zmaterializowała się u boku kuzynki z bukietem lilii. – Podobało ci się?
Zaraz, Atreus?
– Zgoliłeś wąsa? – zatrzepotała niewinnie rzęsami. Lorraine uważała, że wyglądał z nim wyjątkowo przystojnie, jakby dojrzalej – wąs stanowił doskonałe uzupełnienie wizerunku damskiego boksera, który bije kobiety na Nokturnie. Och, najchętniej zdarłaby mu z twarzy ten szelmowski uśmieszek, gdyby tylko u jego boku nie stała...
– Brenna Longbottom – rzuciła Lorraine, zaskoczona nie tyle obecnością kobiety na wydarzeniu, co raczej konfrontacją z wspomnieniami o niej, tak odległymi – Ile to lat od naszego ostatniego spotkania... – przechyliła lekko głowę, pozwalając sobie na wymowną pauzę, zanim kontynuowała z nikłym uśmiechem wykwitłym niespodzianie na wargach – ...w klubie czytelnika? Nie wiedziałam, że lubisz Szekspira.