10.10.2024, 16:13 ✶
Wyjaśnienie sytuacji, zadbanie o zabezpieczenie dowodów, dopełnienie formalności związanych z aresztowaniem, wstępne przesłuchanie, złożenie wniosków o zgodę na przeszukanie mieszkania i sporządzenie raportu zajęło niemal cztery godziny. A i tak tylko dlatego, że pojawił się prawnik i część formalności przesunięto na później. Wyglądało na to, że poprowadzi je ktoś inny, bo czarnoksiężnik najwyraźniej zamierzał udowadniać, że Brenna zaatakowała go bez podstawie - ale że dowody pod postacią jego worka pełnego przedmiotów, pośród których kilka okazało się przeklętych, podejrzanej zawartości kieszeni i wreszcie zapachu, na który Bones aż cofnął się od drzwi, były niepodważalne, ani trochę się nie martwiła.
Mężczyzna był spaczony, miał trafić do aresztu, potem na pewno do Azkabanu, a że to ktoś inny przeszuka jego mieszkanie w poszukiwaniu kolejnych dowodów, to nawet lepiej. Bo Brenna była zmęczona i, przede wszystkim, martwiła się o Thomasa, który udzielał wyjaśnień innemu Brygadziście. Tak jak myślała, skończył wcześniej niż ona i czekał już w atrium.
Mógł się uśmiechać, ile chciał, opowiadać żart za żartem, zachowywać jak zwykle, ale przecież doskonale wiedziała, że tak nie jest i nie będzie. Thomas rzadko był zmuszony do prawdziwej walki, nawet jeśli brał udział w misjach Zakonu, te przecież niezbyt często okazywały się wielkimi starciami ze śmierciożercami. Stracił różdżkę - a choć czasem te się uszkadzały albo czarodziej dosłownie z nich wyrastał, taka zmiana dla większości czarodziejów nie była łatwa.
I użył tej paskudniejszej nekromancji.
Brenna za często sama spychała pewne rzeczy na bok, aby teraz mógł ją zwieść. Już dawno nauczyła sobie z tym radzić, inaczej nie mogłaby ani wykonywać swojej pracy, ani działać w Zakonie - albo zamieniłaby się w jednego z tych ponurych detektywów z problemami alkoholowymi, depresją i kłopotami w rodzinie, wracających do pustych mieszkań.
Był jej przyjacielem i martwiła się o niego, a poza tym był też jednym z ludzi, o których powinna dbać, to zaś oznaczało nie tylko starania, by wyszli z akcji żywi. Domyślała się też jednak, że niekoniecznie chciał pokazać, że jest źle. I na pewno nie chciał rozmawiać o tym w atrium Ministerstwa Magii. Ona na pewno by nie chciała.
- Chodź - powiedziała więc na razie tylko, gdy do niego podeszła i wyciągnęła ku Thomasowi rękę. - Wiszę ci różdżkę. Nawet nie próbuj się kłócić, bo będę kombinowała, jak inaczej podziękować w imieniu Departamentu za pomoc w ujęciu przestępcy.
W końcu w tych czasach nie mógł chodzić po Londynie bez różdżki. Zwlekałby z tym tylko absolutny idiota. Zakupu trzeba było dokonać natychmiast, a że Figga zdecydowanie nie miała za idiotę, zakładała, że i on chce szybko iść do Ollivanderów.
Mężczyzna był spaczony, miał trafić do aresztu, potem na pewno do Azkabanu, a że to ktoś inny przeszuka jego mieszkanie w poszukiwaniu kolejnych dowodów, to nawet lepiej. Bo Brenna była zmęczona i, przede wszystkim, martwiła się o Thomasa, który udzielał wyjaśnień innemu Brygadziście. Tak jak myślała, skończył wcześniej niż ona i czekał już w atrium.
Mógł się uśmiechać, ile chciał, opowiadać żart za żartem, zachowywać jak zwykle, ale przecież doskonale wiedziała, że tak nie jest i nie będzie. Thomas rzadko był zmuszony do prawdziwej walki, nawet jeśli brał udział w misjach Zakonu, te przecież niezbyt często okazywały się wielkimi starciami ze śmierciożercami. Stracił różdżkę - a choć czasem te się uszkadzały albo czarodziej dosłownie z nich wyrastał, taka zmiana dla większości czarodziejów nie była łatwa.
I użył tej paskudniejszej nekromancji.
Brenna za często sama spychała pewne rzeczy na bok, aby teraz mógł ją zwieść. Już dawno nauczyła sobie z tym radzić, inaczej nie mogłaby ani wykonywać swojej pracy, ani działać w Zakonie - albo zamieniłaby się w jednego z tych ponurych detektywów z problemami alkoholowymi, depresją i kłopotami w rodzinie, wracających do pustych mieszkań.
Był jej przyjacielem i martwiła się o niego, a poza tym był też jednym z ludzi, o których powinna dbać, to zaś oznaczało nie tylko starania, by wyszli z akcji żywi. Domyślała się też jednak, że niekoniecznie chciał pokazać, że jest źle. I na pewno nie chciał rozmawiać o tym w atrium Ministerstwa Magii. Ona na pewno by nie chciała.
- Chodź - powiedziała więc na razie tylko, gdy do niego podeszła i wyciągnęła ku Thomasowi rękę. - Wiszę ci różdżkę. Nawet nie próbuj się kłócić, bo będę kombinowała, jak inaczej podziękować w imieniu Departamentu za pomoc w ujęciu przestępcy.
W końcu w tych czasach nie mógł chodzić po Londynie bez różdżki. Zwlekałby z tym tylko absolutny idiota. Zakupu trzeba było dokonać natychmiast, a że Figga zdecydowanie nie miała za idiotę, zakładała, że i on chce szybko iść do Ollivanderów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.