Śmierć Simone była szokująca, co do tego Erik nie miał żadnych złudzeń. Wątpił, aby ktokolwiek spodziewał się, że kobieta dokona żywota w tak młodym wieku, a już zwłaszcza mając na uwadze to, że stosunkowo niedawno doczekała się syna. Miał nadzieję, że ten nie zapamięta wiele z tego okresu. Wystarczy, że Elliott musiał nosić na swoich barkach ciężar żałoby. Nawet sobie nie wyobrażam, jak się czuje, pomyślał zmartwiony, znajdując sobie i Brennie miejsce pośród zebranych gości. Niezbyt blisko pierwszych rzędów, ale też nie na tyle w tyle, aby zniknąć w tłumie. To wydarzenie nie mogło być komfortowe, a pierwsze zalążki tejże kwestii zauważył już podczas balu charytatywnego.
Już wtedy wiele osób wiedziało o tym, że małżonki Malfoya nie było już na tym świecie, a on i tak postanowił się zjawić. W dużej mierze zapewne z obowiązku i potrzebie uczczenia pamięci żony niż chęci rozerwania się w posiadłości Longbottomów. Bądź co bądź, przeżywanie żałoby na oczach śmietanki towarzyskiej świata czarodziejów oraz mediów raczej nie było szczytem marzeń. Dodać do tego jeszcze Ostarę, która dosłownie odbyła się poprzedniego dnia, a można było wręcz odnieść wrażenie, że Simone po prostu czekała, aż inne celebracje przeminą i zostanie pożegnana po raz ostatni przez rodzinę i przyjaciół. Zarówno ona, jak i Elliott tkwili w swoistym zawieszeniu, czekając, aż świat pozwoli im się należycie pożegnać.
— Mam wrażenie, jakby minęły wieki, odkąd się dowiedzieliśmy aż do teraz — szepnął do siostry, nachylając się nad jej uchem, co by nie musieć podnosić głosu. Szczerze mówiąc, czuł lekką ulgą, nie ze względu na własne odczucia, a ze względu na wszystkich krewnych Elliotta, którzy zostali wplątani w to wszystko. Wolał nawet nie myśleć, czy prasa ich nie nachodziła w tym okresie. Gdyby tak było, to na ich miejscu miałby problem z zachowaniem zimnej krwi.
Wysłuchując przemowy pogrzebowej w wykonaniu swego przyjaciela, obserwował go bacznie, jednak jego wzrok prędzej czy później opadł na miejsce, gdzie stała urna z prochami. W ostatnich latach jego relacje z Malfoyami uległy poprawie lub raczej ponownie wróciły do życia, ale nie mógł powiedzieć, że znał Simone wyjątkowo dobrze. Nie byli jednak sobie kompletnie obcy. Z uwagi na jej zainteresowania względem pomocy charytatywnej, siłą rzeczy wiedzieli o sobie, rozmawiali parę razy.
Możliwe, że nawet wymienili kilka listów w ramach jakiegoś większego projektu, w który była zaangażowana większa ilość osób. Zawsze wydawała się... zainteresowana, przynajmniej z perspektywy Erika. Znał ludzi, którzy pomagali tylko ze względu na to, że mogli dzięki temu lepiej wypaść w towarzystwie, ale Simone się raczej do nich nie zaliczała. W jego mniemaniu Simone miała w sobie dobrotliwe odruchy i aż żal było myśleć o tym, w jaki sposób zostały ukrócone przez siły wyższe.
Z prawdziwą pasją, kochającym mężem i własnym samozaparciem mogłaby daleko zajść. Mogłaby pomóc wielu ludziom. To była strata dla ich społeczności, ale może istniała szansa, że ta tragiczna śmierć przyniesie także coś dobrego. Może ktoś kiedyś sobie o niej przypomni i uzmysłowi sobie, jak kruche jest ludzkie życie, a to z kolei sprawi, że w kluczowym momencie nie podejmie brzemiennej w skutkach decyzji? Ciężko było stwierdzić, ale potencjał zawsze istniał.
Nawet nie zauważył, kiedy Hesperia Macmillan wkroczyła na podwyższenie, aby wygłosić swoją część przemowy. W końcu parę słów od lokalnego kowenu również się liczyło, a już przede wszystkim przy pogrzebie. Głos kapłanki wybrzmiewający od strony mównicy, sprawił, że Erikowi zrobiło się lżej na sercu. Kobieta zdecydowanie miał talent do przemów i wiedziała, w jakie tony uderzyć, aby przynieść ukojenie zebranym tu czarodziejom i czarownicom. Niedługo później kapłani rozpoczęli swe śpiewy, a Longbottom opuścił spojrzenie w dół, wbijając spojrzenie w bliżej nieokreślony punkt, chłonąc każde słowo pieśni.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞