11.10.2024, 02:33 ✶
Nicholas rozejrzał się po wnętrzu klitki nieco dokładniej. Całość była zbudowana z kamienia; ciężkich i dużych bloczków, które składały się tak samo na ściany jak i podłogę czy sufit. Na jednej ze ścian, tej przeciwległej do drzwi, znajdowało się wmontowane w nią metalowe oczko, o które najprawdopodobniej można było coś zaczepić.
Ubranie które natomiast miał na sobie było ciężkie do zidentyfikowania. Szara koszula i spodnie w tym samym kolorze były brudne i podarte, jakby spędził w nich już nieco czasu albo nikt nie kwapił się by rzucić na nie proste zaklęcie czyszczące. Ale przynajmniej nie śmierdziało. Chyba, bo w powietrzu unosił się lekki zapach wilgotnej stęchlizny, nie ważne gdzie się obrócił.
Różdżki też nie był w stanie znaleźć. Tak samo jak i maski czy broszy, która pozwalała uaktywnić mechanizm kromlechu i dostać się do środka. Nie miał przy sobie niczego. No, może poza tatuażem śmierciożerców, pozbawionego ochronnych zaklęć maskujących.
Przysunął się do drzwi w poszukiwaniu klamki, ale ta nie istniała. Jeśli wejście dało się otworzyć to mechanizm najpewniej znajdował się tylko na zewnątrz. Nadstawiając uszu natomiast, niewiele się dowiedział. Ktoś w jakiś monotonny i cichy sposób wypowiadał słowa jednej z wielu modlitw do Matki. Ktoś inny mówił dosadnie, żeby wszyscy byli cicho. Ktoś szlochał, ktoś krzyczał. Przyjdą, znowu przyjdą. Ja nie dam rady. Nie.
- Hej, hej ty za drzwiami - usłyszał w końcu wyraźnie, chyba z naprzeciwka. Najwyraźniej ktoś dostrzegł ruch za okienkiem. - Mam dla ciebie bardzo ważne pytanie. Tylko potraktuj je poważnie. Wyszedłeś na spacer i nie masz najmniejszych trosk pod słońcem, ale nagle natrafiasz na żółwia, który przewrócił się na plecy i nie może się obrócić. Dlaczego mu nie pomagasz?
Im dłużej Rodolphus wpatrywał się w twarz martwego mężczyzny, tym ciężej było mu odsunąć od siebie myśl, że to faktycznie był Rabastan. Podobieństwo było nie do pomylenia. Czy faktycznie siedział w piwnicy rodziców, udając katarek, skoro teraz był na wyciągnięcie ręki?
Lestrange zszedł z brata, uświadamiając sobie że to jego dziwnie wykrzywione ręce musiały go uwierać w plecy. Ale jeśli chciał nie stać na ciałach... cóż, to było dość trudne do wykonania zadanie, bo kiedy wreszcie oderwał spojrzenie od Rabastana i rozejrzał się dookoła, uświadomił sobie że tu wszędzie były ciała. Walały się dookoła niego, leżąc jedno na drugim, a on stał na tym wszystkim - jedyny żywy w tym dziwnym świecie końca. Śmierdziało tu, ale był to słodkawy zapach krwi mieszający się z popielnymi nutami, a nie zgnilizna której można by się spodziewać po tym jak łatwo zapadła się czaszka jego brata. Kiedy się odwrócił, uważniej oglądając otoczenie, doszło do niego że ciała tworzą swoistą ścieżkę, która w oddali wznosi się w formę kopca.
Podchwycił też uczucie, że miał nagą twarz - maska zniknęła, podobnie z resztą jak charakterystyczne szaty, które miały sprawiać że cięzko było odróżnić jednego śmierciożercę od drugiego. Zamiast tego miał jakieś typowe dla siebie ubranie.
Ubranie które natomiast miał na sobie było ciężkie do zidentyfikowania. Szara koszula i spodnie w tym samym kolorze były brudne i podarte, jakby spędził w nich już nieco czasu albo nikt nie kwapił się by rzucić na nie proste zaklęcie czyszczące. Ale przynajmniej nie śmierdziało. Chyba, bo w powietrzu unosił się lekki zapach wilgotnej stęchlizny, nie ważne gdzie się obrócił.
Różdżki też nie był w stanie znaleźć. Tak samo jak i maski czy broszy, która pozwalała uaktywnić mechanizm kromlechu i dostać się do środka. Nie miał przy sobie niczego. No, może poza tatuażem śmierciożerców, pozbawionego ochronnych zaklęć maskujących.
Przysunął się do drzwi w poszukiwaniu klamki, ale ta nie istniała. Jeśli wejście dało się otworzyć to mechanizm najpewniej znajdował się tylko na zewnątrz. Nadstawiając uszu natomiast, niewiele się dowiedział. Ktoś w jakiś monotonny i cichy sposób wypowiadał słowa jednej z wielu modlitw do Matki. Ktoś inny mówił dosadnie, żeby wszyscy byli cicho. Ktoś szlochał, ktoś krzyczał. Przyjdą, znowu przyjdą. Ja nie dam rady. Nie.
- Hej, hej ty za drzwiami - usłyszał w końcu wyraźnie, chyba z naprzeciwka. Najwyraźniej ktoś dostrzegł ruch za okienkiem. - Mam dla ciebie bardzo ważne pytanie. Tylko potraktuj je poważnie. Wyszedłeś na spacer i nie masz najmniejszych trosk pod słońcem, ale nagle natrafiasz na żółwia, który przewrócił się na plecy i nie może się obrócić. Dlaczego mu nie pomagasz?
Im dłużej Rodolphus wpatrywał się w twarz martwego mężczyzny, tym ciężej było mu odsunąć od siebie myśl, że to faktycznie był Rabastan. Podobieństwo było nie do pomylenia. Czy faktycznie siedział w piwnicy rodziców, udając katarek, skoro teraz był na wyciągnięcie ręki?
Lestrange zszedł z brata, uświadamiając sobie że to jego dziwnie wykrzywione ręce musiały go uwierać w plecy. Ale jeśli chciał nie stać na ciałach... cóż, to było dość trudne do wykonania zadanie, bo kiedy wreszcie oderwał spojrzenie od Rabastana i rozejrzał się dookoła, uświadomił sobie że tu wszędzie były ciała. Walały się dookoła niego, leżąc jedno na drugim, a on stał na tym wszystkim - jedyny żywy w tym dziwnym świecie końca. Śmierdziało tu, ale był to słodkawy zapach krwi mieszający się z popielnymi nutami, a nie zgnilizna której można by się spodziewać po tym jak łatwo zapadła się czaszka jego brata. Kiedy się odwrócił, uważniej oglądając otoczenie, doszło do niego że ciała tworzą swoistą ścieżkę, która w oddali wznosi się w formę kopca.
Podchwycił też uczucie, że miał nagą twarz - maska zniknęła, podobnie z resztą jak charakterystyczne szaty, które miały sprawiać że cięzko było odróżnić jednego śmierciożercę od drugiego. Zamiast tego miał jakieś typowe dla siebie ubranie.