18.01.2023, 20:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.01.2023, 02:06 przez Mackenzie Greengrass.)
Prawdopodobnie Mackenzie byłaby straszliwie oburzona, gdyby usłyszała, że wszystko przyszło jej bez wysiłku. Bo owszem, miała naturalny talent do latania na miotle – i chyba tylko do tego, no, może nie licząc ręki do roślin – ale uważała, że na pozycję ciężko zapracowała. Treningami od światu do nocy, w powietrzu i na ziemi, bo poza lataniem biegała i ćwiczyła, byleby jak najlepiej utrzymywać się na miotle i jak najmocniej rzucać kaflem. Jej życie zaczynało się i kończyło na quidditchu: pozostawało w nim bardzo niewiele miejsca na inne rzeczy.
- Pasuje to do ciebie – oceniła jednak, bo na szczęście nie znała myśli Lovegooda. Ciężko było go sobie wyobrazić w Ministerstwie, jakimś instytucie badawczym czy na podobnym stanowisku. Chociaż nie mogła być stu procentowo pewna, bo w Teatrze Selwynów nie była nigdy, a jedyne przedstawienie, jakie kiedykolwiek widziała, to był spektakl dla dzieci, amatorsko wystawiony w Hogmeade, kiedy miała dziesięć lat. Nie mogła też z tego prostego powodu wiedzieć, gdzie Theodore obecnie pracował.
- Och Merlinie – westchnęła, na moment przymykając oczy, kiedy Theodore wspomniał, że „będzie musiał opowiedzieć o tym wszystkim”. Na samą myśl rozbolała ją głowa. Nie próbowała go jednak przekonać do zmiany zdania. Głównie dlatego, że przekonywanie kogokolwiek do czegokolwiek było dla Mackenzie równie trudne, jak dla innych pokonanie jej uporu, kiedy już na coś się zdecydowała. Nic nie mogła na to poradzić, postanowiła więc chwilowo o tym nie myśleć. – Tylko jedna gryzie. Nie ruszaj tej z różowymi kwiatami – powiedziała z powagą, nakrywając pudło z powrotem i ruszając ku drzwiom. Miała zamiar przez moment podziękować za pomoc, ale skoro sam się zaoferował, tak mogło pójść szybciej, a czuła się głupio, zastanawiając chodnik.
- Hm… - zastanowiła się nad jego pytaniem, już na schodach. Odpowiedź była bardzo skomplikowana. Na tyle, że do prawdziwej wersji Mackenzie nie przyznawała się chyba nawet sama przed sobą. Skupiła się, próbując sobie przypomnieć coś z przemowy Lovegooda, choć było to trudne, bo dotarło do niej tylko połowa informacji. – To świetna okolica. Zakład miotlarski niedaleko. Market w pobliżu, pub, wszędzie blisko – wyrecytowała, powtarzając parę z tych zdań, które niedawno wygłosił, posyłając mu pierwszy tego dnia uśmiech. To naprawdę była dla niej całkiem niezła okolica i zwracała na nią uwagę. – Nie potrzebuję wielkiego mieszkania. I tak jestem w nim trochę gościem – dorzuciła już od siebie, zbiegając po schodach, wprost na zewnątrz, gdzie czekała zielona dżungla i zaledwie dwie torby, w których Mackenzie upchnęła takie rzeczy, jak ubrania oraz buty. Wszystkie inne rzeczy, w rodzaju zastawy stołowej czy kocy, musiała dopiero kupić. – A ty, dlaczego mieszkasz akurat tutaj? Myślałam, że Lovegoodowie trzymają się Doliny Godryka.
Tak jak większość Greengrassów. I całe szczęście. Nie musiała ich tu oglądać.
Przykucnęła, unosząc największą i najcięższą doniczkę, w której rosło drzewo Wiggenowe. Drugą ręką wydobyła z kieszeni różdżkę i wycelowała w mniejszą doniczkę, z której wyrastał długi kwiat o błękitnych liściach. Prezentował się pięknie, chociaż ktoś obeznany w zielarstwie, mógł rozpoznać w nim tojad. A pośród innych doniczek też belladonę.
Na szczęście Mackenzie miała też lawendę, szałwię, miętę, paproć i tulipan w niedużej doniczce, więc istniała szansa, że jednak nie planuje wytruć całej ulicy.
Belladona też uniosła się, posłuszna różdżce Greengrass i obie donice pofrunęły w górę, gdy sama Kenzie niosła trzecią.
- Jeśli mógłbyś przenieść lawendę, będę wdzięczna – poprosiła, w jakiś tam resztkach dobrego wychowania uznając, że nie wypada nadużywać dobrej woli i prosić o zabranie paproci.
- Pasuje to do ciebie – oceniła jednak, bo na szczęście nie znała myśli Lovegooda. Ciężko było go sobie wyobrazić w Ministerstwie, jakimś instytucie badawczym czy na podobnym stanowisku. Chociaż nie mogła być stu procentowo pewna, bo w Teatrze Selwynów nie była nigdy, a jedyne przedstawienie, jakie kiedykolwiek widziała, to był spektakl dla dzieci, amatorsko wystawiony w Hogmeade, kiedy miała dziesięć lat. Nie mogła też z tego prostego powodu wiedzieć, gdzie Theodore obecnie pracował.
- Och Merlinie – westchnęła, na moment przymykając oczy, kiedy Theodore wspomniał, że „będzie musiał opowiedzieć o tym wszystkim”. Na samą myśl rozbolała ją głowa. Nie próbowała go jednak przekonać do zmiany zdania. Głównie dlatego, że przekonywanie kogokolwiek do czegokolwiek było dla Mackenzie równie trudne, jak dla innych pokonanie jej uporu, kiedy już na coś się zdecydowała. Nic nie mogła na to poradzić, postanowiła więc chwilowo o tym nie myśleć. – Tylko jedna gryzie. Nie ruszaj tej z różowymi kwiatami – powiedziała z powagą, nakrywając pudło z powrotem i ruszając ku drzwiom. Miała zamiar przez moment podziękować za pomoc, ale skoro sam się zaoferował, tak mogło pójść szybciej, a czuła się głupio, zastanawiając chodnik.
- Hm… - zastanowiła się nad jego pytaniem, już na schodach. Odpowiedź była bardzo skomplikowana. Na tyle, że do prawdziwej wersji Mackenzie nie przyznawała się chyba nawet sama przed sobą. Skupiła się, próbując sobie przypomnieć coś z przemowy Lovegooda, choć było to trudne, bo dotarło do niej tylko połowa informacji. – To świetna okolica. Zakład miotlarski niedaleko. Market w pobliżu, pub, wszędzie blisko – wyrecytowała, powtarzając parę z tych zdań, które niedawno wygłosił, posyłając mu pierwszy tego dnia uśmiech. To naprawdę była dla niej całkiem niezła okolica i zwracała na nią uwagę. – Nie potrzebuję wielkiego mieszkania. I tak jestem w nim trochę gościem – dorzuciła już od siebie, zbiegając po schodach, wprost na zewnątrz, gdzie czekała zielona dżungla i zaledwie dwie torby, w których Mackenzie upchnęła takie rzeczy, jak ubrania oraz buty. Wszystkie inne rzeczy, w rodzaju zastawy stołowej czy kocy, musiała dopiero kupić. – A ty, dlaczego mieszkasz akurat tutaj? Myślałam, że Lovegoodowie trzymają się Doliny Godryka.
Tak jak większość Greengrassów. I całe szczęście. Nie musiała ich tu oglądać.
Przykucnęła, unosząc największą i najcięższą doniczkę, w której rosło drzewo Wiggenowe. Drugą ręką wydobyła z kieszeni różdżkę i wycelowała w mniejszą doniczkę, z której wyrastał długi kwiat o błękitnych liściach. Prezentował się pięknie, chociaż ktoś obeznany w zielarstwie, mógł rozpoznać w nim tojad. A pośród innych doniczek też belladonę.
Na szczęście Mackenzie miała też lawendę, szałwię, miętę, paproć i tulipan w niedużej doniczce, więc istniała szansa, że jednak nie planuje wytruć całej ulicy.
Belladona też uniosła się, posłuszna różdżce Greengrass i obie donice pofrunęły w górę, gdy sama Kenzie niosła trzecią.
- Jeśli mógłbyś przenieść lawendę, będę wdzięczna – poprosiła, w jakiś tam resztkach dobrego wychowania uznając, że nie wypada nadużywać dobrej woli i prosić o zabranie paproci.