11.10.2024, 15:11 ✶
Charles porzucał ją po raz kolejny i gdyby nie Leonard, to zapewne zabrałby ją ze sobą. Ale co mógł zrobić, gdy rodzeństwo nie pałało do siebie miłością, a wręcz przeciwnie, Leo szukał konfliktu na każdym kroku, o ile właśnie nie ignorował siostry. Tak było od zawsze i taka była kolej rzeczy w ich domu, niezależnie od tego, co młody Mulciber chciał zrobić. Najchętniej w ogóle by się nie wyprowadzał, lecz gdy wuj postanowił, a ojciec mu przyklasnął, nie miał wyjścia. Pozostało mu jedynie porzucenie rodzinnej posiadłości i udanie się w nieznane.
Złożył na włosach Scarlett delikatny pocałunek, zupełnie tak, jakby dalej była małą dziewczynką, którą ojciec kazał się zająć, by samemu mieć chwilę oddechu. Charles wiedział, że jego rola w tym jeszcze się nie skończyła.
Magiczna zmiana miejsca nigdy nie była przyjemna. Deportacja do innego miejsca sprawiała, że Charlesowi kolacja podchodziła do gardła, szczęśliwie jednak nie zjadł zbyt wiele, bo i o dużo nie prosił skrzata, który nalegał na to, by młody panicz zjadł. Niewygodna była też sytuacja, w jakiej się znaleźli, bo o ile krawędź klifu nie była taka zła, to bezmiar wód pod nią, zupełnie nie do zaakceptowania. Charles cofnął się i usiadł w trawie, tak, by nie widzieć wody. Jej szum i tak zdradzał obecność morza, krwiożerczego w swoich głębokościach. Wyciągnął nogi przed siebie i opadł w trawę. Niebo nad głową w ciemną, ciepłą noc było o wiele lepsze od dusznego pokoiku i kołdry, której pierze dawno powinno zostać wymienione.
- Wiem, że nie tak miało być, Scarlett. - Przyznał cicho w odpowiedzi na jej słowa. - To tylko świeczki. To był żart dla widoku tylko jednej osoby. Widzisz, co z tego wyszło. - Westchnął, przesuwając spojrzeniem po jasnej smudze Drogi Mlecznej. - Obwiniałem się za to, ale teraz widzę... wiesz, Scarlett... teraz widzę, że to dobrze. Wyrwę się spod nadzoru wuja i taty, a jeśli nie dam sobie rady, wrócę do Oslo.
Plan był prosty, chociaż nie zakładał najważniejszego. Bo co Charles miałby robić w Oslo? Skąd wziąłby pieniądze na utrzymanie? Jasnym było, że nie miał już miejsca w biznesie Roberta, a i nie chciał wracać pod jego skrzydła.
Zaśmiał się cicho.
- Powinnaś zacząć szukać sobie męża, Scarlett, zanim ojciec znajdzie ci jakiegoś starszego wdowca. - Postraszył. - A ja powinienem rozglądać się za żoną. Nie wiem, jak nasi małżonkowie patrzyliby na nas oboje w łóżku. - Zażartował, bo choć przywiązanie Scarlett mogło być niezręczne, to przecież nie mógł zabronić jej bliskości, skoro znajdowała w niej ukojenie. Wychowali się bez matki i mieli siebie, dlatego powinni zostać razem.
Jęknął, gdy ciężar siostry nagle przeniósł się na jego ciało.
- Nie jesteś już małą dziewczynką, wiesz?! - Zamarudził, ale mimo to był rozbawiony. - Poza tym, jaką świeczkę? Nie wiem, jak pachnę! To niewykonalne, Scarlett. Jestem jedyny i niezastąpiony. Poza tym, jestem znany ze świeczkopenisów, miałbym zrobić dla ciebie wyjątek? - Uśmiechnął się półgębkiem. - Niby czemu?
Złożył na włosach Scarlett delikatny pocałunek, zupełnie tak, jakby dalej była małą dziewczynką, którą ojciec kazał się zająć, by samemu mieć chwilę oddechu. Charles wiedział, że jego rola w tym jeszcze się nie skończyła.
Magiczna zmiana miejsca nigdy nie była przyjemna. Deportacja do innego miejsca sprawiała, że Charlesowi kolacja podchodziła do gardła, szczęśliwie jednak nie zjadł zbyt wiele, bo i o dużo nie prosił skrzata, który nalegał na to, by młody panicz zjadł. Niewygodna była też sytuacja, w jakiej się znaleźli, bo o ile krawędź klifu nie była taka zła, to bezmiar wód pod nią, zupełnie nie do zaakceptowania. Charles cofnął się i usiadł w trawie, tak, by nie widzieć wody. Jej szum i tak zdradzał obecność morza, krwiożerczego w swoich głębokościach. Wyciągnął nogi przed siebie i opadł w trawę. Niebo nad głową w ciemną, ciepłą noc było o wiele lepsze od dusznego pokoiku i kołdry, której pierze dawno powinno zostać wymienione.
- Wiem, że nie tak miało być, Scarlett. - Przyznał cicho w odpowiedzi na jej słowa. - To tylko świeczki. To był żart dla widoku tylko jednej osoby. Widzisz, co z tego wyszło. - Westchnął, przesuwając spojrzeniem po jasnej smudze Drogi Mlecznej. - Obwiniałem się za to, ale teraz widzę... wiesz, Scarlett... teraz widzę, że to dobrze. Wyrwę się spod nadzoru wuja i taty, a jeśli nie dam sobie rady, wrócę do Oslo.
Plan był prosty, chociaż nie zakładał najważniejszego. Bo co Charles miałby robić w Oslo? Skąd wziąłby pieniądze na utrzymanie? Jasnym było, że nie miał już miejsca w biznesie Roberta, a i nie chciał wracać pod jego skrzydła.
Zaśmiał się cicho.
- Powinnaś zacząć szukać sobie męża, Scarlett, zanim ojciec znajdzie ci jakiegoś starszego wdowca. - Postraszył. - A ja powinienem rozglądać się za żoną. Nie wiem, jak nasi małżonkowie patrzyliby na nas oboje w łóżku. - Zażartował, bo choć przywiązanie Scarlett mogło być niezręczne, to przecież nie mógł zabronić jej bliskości, skoro znajdowała w niej ukojenie. Wychowali się bez matki i mieli siebie, dlatego powinni zostać razem.
Jęknął, gdy ciężar siostry nagle przeniósł się na jego ciało.
- Nie jesteś już małą dziewczynką, wiesz?! - Zamarudził, ale mimo to był rozbawiony. - Poza tym, jaką świeczkę? Nie wiem, jak pachnę! To niewykonalne, Scarlett. Jestem jedyny i niezastąpiony. Poza tym, jestem znany ze świeczkopenisów, miałbym zrobić dla ciebie wyjątek? - Uśmiechnął się półgębkiem. - Niby czemu?