11.10.2024, 15:23 ✶
– Wpadłeś do dołu z trupem. Jak mam się nie przejmować? – zdziwiła się. Gdyby to ona tam wpadła, to co innego, bo ona i tak ciągle wpadała do jakichś dołów, nawet jeżeli zwykle nie było w nich żadnych trupów (chociaż tak też od czasu do czasu bywało). Dla Basiliusa to jednak nie było naturalne zjawisko. To było coś, co przydarzało się… no… w piątki trzynastego. Ewentualnie szóstego września albo w jakąś inną datę, gdy spotykało się dużo szóstek lub dziewiątek.
Brenna przystanęła w pobliżu Basiliusa, i chociaż przypatrywała się mu przez większość czasu, to momentami jej wzrok uciekał w stronę lasu i dołów. To był Las Wisielców, i nie było tu bezpiecznie – poćwiartowane ciało najlepszym na to dowodem. Słychać było jednak tylko szum wiatru, poruszającego gałęziami, a w bladym świetle różdżki Brenny, widać głównie ich samym oraz tańczące pośród drzew cienie. Słońce zaszło już na dobre, i choć pora nie była aż tak późna, nadciągnęła chłodna, wczesna, listopadowa noc. Brenna zadarła na moment głowę, gdy poczuła kroplę deszcz, padającą na nos i z trudem powstrzymała chęć przeklinania. Jeśli nocna mżawka nie zmyła śladów, to jak teraz się rozpada, zniknie ich resztka.
– Hm… zapamiętałeś jakieś szczegóły wyglądu? – spytała, zwracając spojrzenie z powrotem na Basiliusa. – Może była przypadkowym przechodniem, w Little Hangleton nie brak dziwaków, ale na wszelki wypadek rozejrzyjmy się za kobietą z lelkiem.
Chociaż nie mieli jej znaleźć. Brenna wpadła na nią dopiero dobre kilka miesięcy później i nawet nie powiązała wtedy z tą „przygodą”, bo do tego spotkania winny śmierci rozczłonkowanego człowieka tkwił już od jakiegoś czasu w Azkabanie.
– Masz przy sobie eliksir? Jak tylko pojawi się reszta ekipy, odstawię cię do Londynu, resztę zeznań zbierzemy później.
Zmuszanie go do dopełniania procedur teraz, w zimnie, ciemnościach, rychłej ulewie – czy ta też była częścią piątku trzynastego? Brenna była pewna, że rano nie zanosiło się na deszcz – byłoby co najmniej wredne. Zwłaszcza, że może starała się nie pytać go co rusz, co zaraz zemdleje i nie traktować jako kaleki, ale po prostu powinien dostawać taryfę ulgową.
Brenna przystanęła w pobliżu Basiliusa, i chociaż przypatrywała się mu przez większość czasu, to momentami jej wzrok uciekał w stronę lasu i dołów. To był Las Wisielców, i nie było tu bezpiecznie – poćwiartowane ciało najlepszym na to dowodem. Słychać było jednak tylko szum wiatru, poruszającego gałęziami, a w bladym świetle różdżki Brenny, widać głównie ich samym oraz tańczące pośród drzew cienie. Słońce zaszło już na dobre, i choć pora nie była aż tak późna, nadciągnęła chłodna, wczesna, listopadowa noc. Brenna zadarła na moment głowę, gdy poczuła kroplę deszcz, padającą na nos i z trudem powstrzymała chęć przeklinania. Jeśli nocna mżawka nie zmyła śladów, to jak teraz się rozpada, zniknie ich resztka.
– Hm… zapamiętałeś jakieś szczegóły wyglądu? – spytała, zwracając spojrzenie z powrotem na Basiliusa. – Może była przypadkowym przechodniem, w Little Hangleton nie brak dziwaków, ale na wszelki wypadek rozejrzyjmy się za kobietą z lelkiem.
Chociaż nie mieli jej znaleźć. Brenna wpadła na nią dopiero dobre kilka miesięcy później i nawet nie powiązała wtedy z tą „przygodą”, bo do tego spotkania winny śmierci rozczłonkowanego człowieka tkwił już od jakiegoś czasu w Azkabanie.
– Masz przy sobie eliksir? Jak tylko pojawi się reszta ekipy, odstawię cię do Londynu, resztę zeznań zbierzemy później.
Zmuszanie go do dopełniania procedur teraz, w zimnie, ciemnościach, rychłej ulewie – czy ta też była częścią piątku trzynastego? Brenna była pewna, że rano nie zanosiło się na deszcz – byłoby co najmniej wredne. Zwłaszcza, że może starała się nie pytać go co rusz, co zaraz zemdleje i nie traktować jako kaleki, ale po prostu powinien dostawać taryfę ulgową.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.