11.10.2024, 23:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2024, 21:21 przez Eugenia Jenkins.)
Rozmowa między królową Tytanią, a jednym z jej elfich poddanych zniknęła, gdy tylko Bulstrode podszedł bliżej, nim jeszcze otworzył usta, by usłużnie przeprosić, za to, że przeszkadza.
Kobieta uniosła wysoko doskonale wyprofilowane czarne brwi, jej ciemne oczy błysnęły ostrzegawczo. Strój z bliska uwodził detalem - na ciemnym fiolecie atłasu, dodatkowa warstwa koronki układała się w obraz tańczących ze sobą nagich elfów, które przekazywały sobie wieńce i jabłka. Jej kołnierz lśnił srebrem, podobnie jak korona zdobiąca wysoko tapirowany kok. Zdawała się wyższa, choć może to była też kwestia obcasów skrytych pod długą i ciężką suknią. Palce dociążone diamentami powędrowały do ust w niemym pytaniu, gdy odwróciła się do zachmurzonego obecnie Alexandra Bletchey'a, któremu najwidoczniej nie było w smak - trzeci przy stole. Młodego Yaxleya pijącego za nimi oboje traktowali, jako mało istotny dodatek. Jemu też to najwidoczniej nie robiło, choć ewidentnie rozglądał się zblazowanym spojrzeniem po zebranych, nieco dłużej zawieszając oko na przemieszczających się kuzynkach Malfoy.
– Pójdę się przejść – powiedział zza ich pleców i nie czekając na odpowiedź, wsunął ręce głęboko w kieszenie i ruszył w stronę opustoszałej publiczności i brzegu jeziora, zabierając ze sobą kolejny kieliszek.
Tymczasem Szef Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów pochylił się ku Eugenii Jenkins i szepnął jej kilka słów umykających percepcji otoczenia. Jej twarz wyraziła zaskoczenie, usta ściągnęły się w milczącym "doprawdy?", by znów uwagą powrócić do intruza i podjąć lekkim tonem.
– Występy były wspaniałe. To takie cudowne, że mimo czasu niepokoju wiedźmy i czarodzieje nie zapominają o sztuce, o tym, po co walczymy o lepsze jutro. – krwisto czerwone usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu godnym okładki Proroka Codziennego. – To szczęśliwie nie sabat, a małe, kameralne przyjęcie na zaproszenie. Nikt raczej tu nie rozerwie osnowy rzeczywistości – zachichotała wyraźnie rozbawiona tym wybornym żartem. – Toć nie będziemy taką drobnostką zaprzątać głowy... aurorom...? – zawiesiła głos odwracając się ku Blechteyowi, jakby szukała u niego potwierdzenia, czy dobrze usłyszała przed chwilą, że rozmawia z aurorem, by na ledwie widoczne kiwnięcie znów uśmiechnąć się urokliwie do swego rozmówcy, mocząc usta w czerwonym winie. – A pan? Czy zdecydował już, kogo obejmie mecenatem? – wzrok na moment ześlizgnął się po skroni mężczyzny zdobionej przez złoty laur.
Kobieta uniosła wysoko doskonale wyprofilowane czarne brwi, jej ciemne oczy błysnęły ostrzegawczo. Strój z bliska uwodził detalem - na ciemnym fiolecie atłasu, dodatkowa warstwa koronki układała się w obraz tańczących ze sobą nagich elfów, które przekazywały sobie wieńce i jabłka. Jej kołnierz lśnił srebrem, podobnie jak korona zdobiąca wysoko tapirowany kok. Zdawała się wyższa, choć może to była też kwestia obcasów skrytych pod długą i ciężką suknią. Palce dociążone diamentami powędrowały do ust w niemym pytaniu, gdy odwróciła się do zachmurzonego obecnie Alexandra Bletchey'a, któremu najwidoczniej nie było w smak - trzeci przy stole. Młodego Yaxleya pijącego za nimi oboje traktowali, jako mało istotny dodatek. Jemu też to najwidoczniej nie robiło, choć ewidentnie rozglądał się zblazowanym spojrzeniem po zebranych, nieco dłużej zawieszając oko na przemieszczających się kuzynkach Malfoy.
– Pójdę się przejść – powiedział zza ich pleców i nie czekając na odpowiedź, wsunął ręce głęboko w kieszenie i ruszył w stronę opustoszałej publiczności i brzegu jeziora, zabierając ze sobą kolejny kieliszek.
Tymczasem Szef Departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów pochylił się ku Eugenii Jenkins i szepnął jej kilka słów umykających percepcji otoczenia. Jej twarz wyraziła zaskoczenie, usta ściągnęły się w milczącym "doprawdy?", by znów uwagą powrócić do intruza i podjąć lekkim tonem.
– Występy były wspaniałe. To takie cudowne, że mimo czasu niepokoju wiedźmy i czarodzieje nie zapominają o sztuce, o tym, po co walczymy o lepsze jutro. – krwisto czerwone usta wykrzywiły się w szerokim uśmiechu godnym okładki Proroka Codziennego. – To szczęśliwie nie sabat, a małe, kameralne przyjęcie na zaproszenie. Nikt raczej tu nie rozerwie osnowy rzeczywistości – zachichotała wyraźnie rozbawiona tym wybornym żartem. – Toć nie będziemy taką drobnostką zaprzątać głowy... aurorom...? – zawiesiła głos odwracając się ku Blechteyowi, jakby szukała u niego potwierdzenia, czy dobrze usłyszała przed chwilą, że rozmawia z aurorem, by na ledwie widoczne kiwnięcie znów uśmiechnąć się urokliwie do swego rozmówcy, mocząc usta w czerwonym winie. – A pan? Czy zdecydował już, kogo obejmie mecenatem? – wzrok na moment ześlizgnął się po skroni mężczyzny zdobionej przez złoty laur.
Atreus