13.10.2024, 21:53 ✶
Widownia, gdzieś obok Desmonda i spółki, ale myślami zupełnie gdzie indziej, a potem stalkuję Desmonda i Calanthe przy wystawie
Choć z całych sił skupiała się na wydarzeniach na scenie - oraz od czasu do czasu na siedzącym obok niej Desmondzie - jej uwadze nie uszła obecność matki; jakiś ruch dostrzegany ledwo kątem oka, niczym rzęsa, która wpadła pod powiekę, stale piekąc. Mrugała szybko, jakby w ten sposób miała się pozbyć niechcianych wizji. W końcu jednak się poddała, ostrożnie przechyliła głowę i ujrzała ją. Beatrice Crouch, z wyuczonym uśmiechem i nienagannymi manierami, wyglądająca na znacznie mniej lat niż wskazywała jej metryka, choć nie pozbawiona dojrzałego dostojeństwa. Och, jakże dumna musiała być z Oleandra. Ciekawe, jakby się czuła, gdyby jej ukochanego syna również wyrwano z jej ramion? Gdyby zabrano jej go w zimową zawieruchę i oddano obcym ludziom? Nie mogła na nią patrzeć, a więc odwróciła wzrok, odeszła na bok i skupiła się na płatkach drgających na tafli jeziora. Och, gdyby tylko były tu same, zamknęłaby jej starannie ułożone włosy w żelaznym uścisku własnych palców, a następnie zanurzyła jej twarz pod wodą i trzymała tak długo, aż nie straciłaby sił, a jej ciało nie stało się wiotkie.
Nienawidziła jej, z całego serca nienawidziła za wszystkie upokorzenia, jakie znosiła z jej strony w ciągu minionych lat; nie tylko w kwestii wstydliwej tajemnicy, przez którą zmuszono ją do odejścia z Ministerstwa przed rokiem (żałowała, że nie mogła widzieć twarzy ojca, kiedy dowiedział się, że wróciła do pracy jako podwładna Anthony'ego Shafiqa), lecz każdego dnia, którego burzyła jej kruchą pewność siebie. Jednocześnie, co paradoksalne, to właśnie od niej oczekiwała pocieszenia.
W swych upiornych, ale jakże oczyszczających wizjach, nawet nie zarejestrowała tego, co wokół się działo. To znaczy, wydawało jej się, że gdzieś obok niej mignął Oleander i chyba Baldwin - swoją drogą, musiała zapytać tego drugiego, czy znalazł już swojego patrona. Kiedy wróciła do rzeczywistości, zorientowała się, że stoi przed sceną sama jak palec, w tym idiotycznym przebraniu elfa, który nijak do niej nie pasował, bez możliwości schowania się przed cudzymi spojrzeniami (zakładając, że ktokolwiek chciałby na nią patrzeć), dlatego rozejrzała się pośpiesznie, nieco spanikowana, dopóki jej wzrok nie spoczął na oddalających się Desmondzie i Calanthe. Pośpiesznie też ruszyła za nimi, przeklinając się za założenie tego wieczora butów na płaskim obcasie, przez które sukienka plątała się jej pod nogami, złapała za kieliszek wina z tej samej tacy, z której chwilę wcześniej częstował się Malfoy i chwilę potem znalazła się tuż za tamtą dwójką.
— Podoba wam się? — zwróciła się do Calanthe i Desmonda, gdy znaleźli się w pobliżu tryptyku Baldwina — Ciekawe, czy jest na sprzedaż? Powiesiłabym go w sypialni.