12.10.2024, 13:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2024, 13:46 przez Millie Moody.)
tltr: Millie siedzi bez ruchu z kubkiem wystygniętego płynu i wewnętrznie przeżywa trudne chwile, ale na końcu mówi kilka rzeczy w ostatnim akapicie
Alastor nie przyszedł.
Chciała mu bardzo pokazać sklepienie nad którym pracowała, chciała bardzo, żeby wsiadł na jej miotłę, albo na swoją i podleciał na samą górę by zobaczył gwiazdy, które z pieczołowitością malowała punkt po punkcie złocistą farbą. Chciała zapytać co myśli o jej szkicach, chciała mu powiedzieć, jak bardzo za nim tęskni. Chciała wykrzyczeć mu, że żałuje że się obudziła. Bo wtedy miał dla niej więcej czasu niż gdy powróciła do żywych. O słodka ironio...
Nie żeby ją to dziwiło, przecież miał tak dużo pracy, a wszystko co tu padało i tak pewnie było mu wiadome. On zawsze wszystko wiedział. Zawsze przygotowany, zawsze trzy kroki przed przeciwnikiem. Poślubiony idei.
Przez myśl, przez ułamek myśli przeszło jej, że może gdyby stała po drugiej stronie barykady, jej brat poświęciłby jej zdecydowanie więcej uwagi niż w tej chwili. Nawet jeżeli nie byłaby to taka uwaga, jakiejby sobie życzyła. Nawet jeśli ostateczna konfrontacja skończyłaby się śmiercią jednego z nich. Albo obojga.
Przez chwilę pomyślała, że mogłaby umrzeć, a potem jeśli siła jej duszy byłaby dostateczna, opętać jakąś ładną blondynkę. Opętać Eden. Dwa w jednym, mieć ich oboje blisko, zawsze blisko...
Wzdrygnęła się, zaciskając dłonie mocniej na kubku, czując mdłości i obrzydzenie do samej siebie. To był chory sen, chorego umysłu, może powinna wrócić do Lecznicy? Sama siebie zamknąć, żeby nie stanowić zagrożenia dla innych? Złotymi oczyma przeskoczyła po twarzach wszystkich zebranych, wspominając ich odwiedziny, wspominając fakt, że drzwi do jej małej sali nieustannie się otwierały i zamykały, że zajmowała im czas który mogliby poświęcić na lizanie ran i tropienie wroga.
Rozpuszczone długie włosy niemal zasłoniły jej twarz, gdy patrzyła w czarną toń napoju rozmyślając o tym kim jest i jak bardzo jest z nią obecnie beznadziejnie. Rekonwalescencja, tak to nazywają. Miała dojść do siebie. Mieli plan, mieli iść do Szeptuchy, miała iść tam z Peregrinusem. A co jeśli on jest śmierciożercą? Czy gdyby ktoś z Zakonu powiedział, że ma go zabić, ma go oddać w ręce Dementorom, to czy zrobiłaby to? Już pal licho tych wszystkich czystokrwistych chujków, do których przylepiała się przez te lata. Pal licho element wyrywany na imprezach, przestępcy, na których przymykała oko, gdy w grę wchodziło tylko to by zaruchać i zapomnieć. Przestać myśleć o tym, jak puste było jej życie. Pal licho pierdolony Alexander Mulciber, wiele oddałaby, żeby nosił znak na swoim przedramieniu, żeby mogła zupełnym przypadkiem wysadzić mu ten jego parszywy łeb. Pal licho oni. Co jeśli Peregrinus pracowałby dla Voldemorta? Co jeśli Morfina pracujący w Departamencie Tajemnic, śmierdzący fajami jakby spalał paczkę przez sen, co jeśli on okazałby się zdrajcą? Czy nie zawahałaby się unosząc różdżkę? Czy wykonałaby zadanie w imię lojalności... komu? Albusowi? Kto wydaje wyrok, kto tu jest od finalnego werdyktu? Gdzie można się odwołać?
Skuliła się mocniej, przerażona własnymi myślami i świadomością trwającej wojny nie tylko z zamaskowanymi skurwielami, ale też z bliskimi, których nie było w zakonie, a którzy mogli... mogli być tymi samymi skurwielami.
Proszę, nie ściągaj maski, nie ściągaj maski, gdy będę Cię zabijać. Nie chcę wiedzieć, tak bardzo nie chcę wiedzieć kto jest pod nią
Wizja przerażała ją, szczególnie że Morfeusz opowiadał jej o niej już wcześniej z większymi detalami. Czuła się zagubiona w dostępnych opcjach, myślała głównie o sobie, o tym jak może okazać się bezużyteczna, gdy świat stanie w ogniu.
Boję się ognia.
Powinna dodać, żeby nie przydzielili jej do jakiegoś zadania, podczas tych jebanych pożarów. Erik miał rację, może to była przykrywka. Może oni planowali uderzyć gdzieś na coś, gdy inni będą biegać i ratować dobytek. Ale nie chciała decydować. Musiałaby się przyznać, że zamarła jak słup soli na Lammas, bo jakiś koleś kręcił tyłkiem podczas pokazu połykacza płomieni. Może to było jednorazowe. Może nie. Ziemia ją połknęła i nie robiło to na niej takie wrażenie, jak zbyt mocno rozpalony płomień w kominku. Nie chciała decydować, szalenie nie chciała decydować. Najbardziej to chciałaby zostać tutaj, w Księżycowym Stawie. Staw ją ochroni. Wzdrygnęła się znów na wspomnienie myśli i słów, które wypowiadała kilka dni temu, które pamiętała jak przez senną mgłę, nie będąc do końca prawdą ile było z tego w jej głowie, ile język uformował w słowa szeptane sierpniowego wieczoru. Na moment złocistymi, zastraszonymi oczami uciekła do postaci Thomasa, który siedział gdzieś tam, kawałek od niej.
Kurwa
Patrzenie na kubek było zdecydowanie lepsze. Kotwiczące.
– Bazyliszek jest naszym przyjacielem od lat i lekarzem, pomagał nam bezinteresownie nie raz, a jego siostra pracuje z mugolami.– wychrypiała ostrożnie, patrząc się w kubek, jakby chciała z niego wyczytać przyszłość wszystkich zebranych. Lęk o życie bliskich smakował gorzką neroli.