No i pech. Maeve się spóźniła. Rózia akurat widziała jego popis umiejętności, wszak sam jej pokazał swoją jakże piękną ulotkę, która miała reklamować Głębinę i Kongres Nowej Piwnicy. Borgin dał z siebie wtedy jakieś 40%, czyli więcej niż zwykle i tyle ile miał jego trunek, który został sprzeniewierzony kilka chwil temu.
Nie zmieniało to jednak faktu, że kredki świecowe brzmiały bardzo interesująco. Mógłby wtedy narysować tę straszną Harper Moody i tą całą Brenne Longbottom jako tych złych, wszak tak przecież było. Drugi obrazek mógłby zaś przedstawiać ich jakże wspaniałą zgraję, która nazywana była również radą cesarską. Można by się zastanawiać przez kogo. Cóż... przez Stanleya. Całkiem proste czyż nie?
- Niemożliwe. Kiedyś mieliśmy pałkę do quidditcha, bo udało nam się ją zwędzić, ale trzymaliśmy ją w naszym dormitorium... To było lata temu, więc nie możliwe, aby mogła się wygiąć? Przegiąć? Cokolwiek zrobić o czym teraz mówisz - odparł - A może powinniśmy przeprowadzić jakieś śledztwo? Jako pracownik służb bezpieczeństwa Ministerstwa Magii to znam się na takich rzeczach. Wezmę Twoje słowa pod uwagę w niedalekiej przyszłości - dodał. Nie było to, aż takie głupie. Zwłaszcza, jeżeli komuś miała stać się krzywda. Służyć, chronić... coś takiego tam przysięgali. Tylko czy kogoś to obchodziło w tej chwili?
Jak mógłby zapomnieć? Ta aktywacja neuronów mogła nastąpić tylko i wyłącznie przy połączeniu tak wybitnych jednostek jak dzieci Mulciberów. To był znak od samego Merlina, że Stanley i Maeve pochodzili od wspólnego ojca. Nie mogła być to matka, ponieważ Mewka musiała skądś nabrać tych swoich chińskich cech, a Robert to nie wyglądał na jakiegoś Koreańczyka czy innego Japończyka.
- Kim jestem, aby Ci zabronić? - zapytał. Nie żartował. To było najszczersze i najprawdziwsze pytanie. Zero humoru. Pełna powaga.
Skąd pochodziła taka wersja wydarzeń? Tego nie wiedział nikt. Nawet on sam. Borgin działał w tej chwili w imię zasady - jak się kochają to chuj z nimi. Staruszek w końcu też zasługiwał na odrobinę szczęścia.
- Powiem Ci tak... Pozwalam, a co mi tam. Na zdrowie. Życzę Wam dużo zdrowia na nowej ścieżce życia - niemal uronił łzę kiedy to wypowiadał.
Don Wasyl - ten od ogórków - mówił cały czas o czystości krwi. Stanley zaś czytał, że była kiedyś taka dynastia co łączyła się tylko z własnymi krewnymi, aby mieć pewność czystości krwi. Łącząc wszystkie kropki w całości, był to plan idealny. Borgin musiał jednak trochę poczekać z przedstawieniem ewentualnych szczegółów, ponieważ Maeve nie wygląda na zbyt chętną, aby w tym momencie o tym słuchać.
Niestety musiał ratować się ucieczką i wszelkie komplementy jakie mu teraz prawiła, nie mogły zagoić tej rany, którą uczyniła jego duszy. Zabolało. Musi boleć Teatralnie przyłożył dłoń do klatki piersiowej. Powinien wzywać lekarza? Oczywiście nie dla siebie, a dla Mewki, wszak był gotów zawołać straże, aby dokonały aktu pacyfikacji tej rozbójniczki. Tej mongolskiej zdrajczyni.
Zawsze o tym wiedział. Zawsze wiedział, że musiała pochodzić z tych północnych Chin. Nie było innej opcji. Jeszcze pewnie pomagała się Czyngis Chanowi przeprawić przez ten Chiński Mur. Tragedia. Istna tragedia.
To też nie było tak, że Mewka nie chciała mieć dzieci i się teraz o tym upewniła. Nie chciała mieć tylko dlatego, że nie mogła mieć tak wspaniałego syna jak Stanley. Wcale jej się nie dziwił. W takim obrocie spraw, również by nie chciał mieć dzieci.
Zrobiła krok za daleko. Nie chodziło już nawet o zdradę, a o propozycje, którą mu przedstawiła. Musiał zadziałać. Musiał coś zrobić.
- Maeve... Ja jestem mężczyzną z klasą - uniósł palec do góry w jej kierunku - Co więcej... Ja ukończyłem klasę... - uśmiechnął się pod nosem - A nawet osiem... - rozłożył ręce w dumie na ten jakże wspaniały sukces naukowo-dydaktyczny, który udało się dokonać kadrze profesorskiej w Hogwarcie. Czy oni uważali to za sukces? Jakiś na pewno, chociaż raczej taki, że Stanley opuścił mury tej placówki. No bo nie oszukujmy się - z tak tęgim umysłem, nie mogli się równać. Nie chcieli przecież, aby sprowadził ich na swój poziom, a następnie pokonał doświadczeniem.
- Na pewno wyglądałbyś wspaniale w blondzie ale nie mogę się na to zgodzić. Kategoryczne nie - postawił sprawę jasno, kontynuując swój wywód - W życiu nie mógłbym tego zrobić swojej serdecznej przyjaciółce, a Twojej... - przeniósł wzrok w kierunku prawej dłoni. Kurwa mać. Kto nosi dżinsy w ich relacji? Zastanawiał się. Nie był pewien kto powinien się komu oświadczyć w przypadku Lorraine i Mewki, więc ciężko było mu nakreślić ich relację - Partnerce. Towarzyszce życiowej. Wspólniczce. Twojej blondynce - złożył dłonie w trójkąt, ponieważ należało tak robić, aby wyglądać na poważnego rozmówcę. Tak przynajmniej słyszał i postanowił wykorzystać na znanej mu Chince - Co by pomyślała sobie Lorraine jakby się o tym dowiedziała? - zapytał retorycznie, nie czekając na odpowiedź. Ta już pędziła, aby oświecić tę jakże przygaszoną świecę, która kryła się pod najjaśniejszym obliczem cesarza - Nie mogę z Tobą pójść. Przepraszam Maeve ale musisz pójść sama. Wierzę w głębi duszy, że dasz radę dotrzeć do łóżka w pojedynkę. Wierzę w Ciebie z głębi swojego serca... Będę za Ciebie trzymać kciuki... - zacisnął je, aby jej to udowodnić - O w ten sposób! - zrobił krok w jej stronę - Jesteś już duża, więc dasz sobie radę - zakomunikował, kładąc dłonie na jej barkach.
Tak szybko dorastała. Stanley pamiętał jak miała metr siedemdziesiąt osiem... zupełnie jakby to było wczoraj... bo w sumie to było.
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972