19.01.2023, 01:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2023, 13:20 przez Brenna Longbottom.)
Brenna nawet nie podejrzewała, jak jest szczęśliwym człowiekiem - bo krew babki nie objawiła się tak, jak u tejże babki właśnie, czyli pod postacią aurowidzenia. Tylko dzięki temu mogła zachować w życiu nieco złudzeń i nie stać się zgryźliwym, zgorzkniałym wrakiem, w jaki szybko przemieniłyby ją wydarzenia takie, jak to.
Podczas których mogłaby odkryć, że śmierć Simone nie smuci większości żałobników, w tym zapewne świeżo upieczonego wdowca. W niej samej tragiczny zgon kobiety wzbudzał szczery żal i to mimo tego, że nie znały się szczególnie dobrze. Pani Malfoy była młoda, piękna, utalentowana. Miała po co i dla kogo żyć. Zdawała się... jeśli nie szczęśliwa, to przynajmniej zadowolona ze swojego życia, a przynajmniej tak zapamiętała ją Brygadzistka, z tych nielicznych przyjęć charytatywnych, na których widywała kobietę z mężem. Brennę przepełniało też współczucie wobec Elliotta, który został sam z małym synkiem i przede wszystkim wobec tego synka, któremu przyjdzie wychowywać się bez matki - i który zapewne nie zdoła nawet zapamiętać jej twarzy. Współczucie, którego on tak bardzo nie chciał.
Na całe szczęście, nie miała szans przejrzeć masek otaczających ją ludzi.
Na słowa Erika kiwnęła tylko głową, ledwo zauważalnie, odruchowo. Nie odpowiedziała, nie chcąc zakłócać ceremonii, ciągnąc rozmowę, choćby najcichszą. Stała więc u boku brata w milczeniu. Nie mogła oprzeć się myśli, że pewnie przyjdzie im uczestniczyć w najbliższych latach jeszcze nie w jednym pogrzebie: może dlatego, że czekał ją udział w ceremoniach żałobnych młodej Brygadzistki, Christie. I że bardzo prawdopodobne, że prędzej czy później któreś z nich wystąpi… jako gość honorowy.
Jak na siebie wyglądała bardzo porządnie. Twarz Brenny wprawdzie nie nosiła choćby śladu makijażu, ale zwykle nieposłuszne włosy zostały starannie uczesane, miała na sobie swój najlepszy, czarny płaszcz, wyciągany wyłącznie na ważniejsze wyjścia, a pod nim kryła się ciemna sukienka, elegancka, ale skromna, pozbawiona dekoltu, z długimi rękawami, sięgająca za kolana. Wyraz twarzy miała może nie smutny, jednak poważny, a zwykły uśmiech Brenny nie zaigrał na wargach ani na moment, przynajmniej na razie.
Wyjątkowo też nie rozglądała się. Nie szukała twarzy znajomych, nie próbowała zapamiętywać nieznanych oblicz, sprawdzać, gdzie są wejście i wyjścia z kaplicy, którędy najłatwiej lawiarować cmentarnymi alejkami. Wsłuchiwała się najpierw w przemowę Eliotta, a potem w śpiew kapłanek. I żal z powodu śmierci Simone zaczął mieszać się w niej z ogólnym przygnębieniem, na chwilę barwiąc jaskrawą aurę odcieniami szarości.
W takich chwilach ciężko było pamiętać, że życie potrafiło być piękne.
Podczas których mogłaby odkryć, że śmierć Simone nie smuci większości żałobników, w tym zapewne świeżo upieczonego wdowca. W niej samej tragiczny zgon kobiety wzbudzał szczery żal i to mimo tego, że nie znały się szczególnie dobrze. Pani Malfoy była młoda, piękna, utalentowana. Miała po co i dla kogo żyć. Zdawała się... jeśli nie szczęśliwa, to przynajmniej zadowolona ze swojego życia, a przynajmniej tak zapamiętała ją Brygadzistka, z tych nielicznych przyjęć charytatywnych, na których widywała kobietę z mężem. Brennę przepełniało też współczucie wobec Elliotta, który został sam z małym synkiem i przede wszystkim wobec tego synka, któremu przyjdzie wychowywać się bez matki - i który zapewne nie zdoła nawet zapamiętać jej twarzy. Współczucie, którego on tak bardzo nie chciał.
Na całe szczęście, nie miała szans przejrzeć masek otaczających ją ludzi.
Na słowa Erika kiwnęła tylko głową, ledwo zauważalnie, odruchowo. Nie odpowiedziała, nie chcąc zakłócać ceremonii, ciągnąc rozmowę, choćby najcichszą. Stała więc u boku brata w milczeniu. Nie mogła oprzeć się myśli, że pewnie przyjdzie im uczestniczyć w najbliższych latach jeszcze nie w jednym pogrzebie: może dlatego, że czekał ją udział w ceremoniach żałobnych młodej Brygadzistki, Christie. I że bardzo prawdopodobne, że prędzej czy później któreś z nich wystąpi… jako gość honorowy.
Jak na siebie wyglądała bardzo porządnie. Twarz Brenny wprawdzie nie nosiła choćby śladu makijażu, ale zwykle nieposłuszne włosy zostały starannie uczesane, miała na sobie swój najlepszy, czarny płaszcz, wyciągany wyłącznie na ważniejsze wyjścia, a pod nim kryła się ciemna sukienka, elegancka, ale skromna, pozbawiona dekoltu, z długimi rękawami, sięgająca za kolana. Wyraz twarzy miała może nie smutny, jednak poważny, a zwykły uśmiech Brenny nie zaigrał na wargach ani na moment, przynajmniej na razie.
Wyjątkowo też nie rozglądała się. Nie szukała twarzy znajomych, nie próbowała zapamiętywać nieznanych oblicz, sprawdzać, gdzie są wejście i wyjścia z kaplicy, którędy najłatwiej lawiarować cmentarnymi alejkami. Wsłuchiwała się najpierw w przemowę Eliotta, a potem w śpiew kapłanek. I żal z powodu śmierci Simone zaczął mieszać się w niej z ogólnym przygnębieniem, na chwilę barwiąc jaskrawą aurę odcieniami szarości.
W takich chwilach ciężko było pamiętać, że życie potrafiło być piękne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.