14.10.2024, 11:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2024, 11:53 przez Millie Moody.)
Wspomnienie Louviana podziałało na nią jak płachta na byka. Zawsze była dobra w kłamaniu, zawsze była dobra w udawaniu, ale akurat okrzyki Heather w wyraźny sposób zamknęły i tak zaciśniętą w sobie dziewczynę. Nigdy nie uważała, że jest "w związku" z buńczycznym miotlarzem, bawiło ją kiedyś jak zdeklarowany rasista płaszczy się pod jej butem, jak w narkotycznym szale sprzedaje dusze komuś, kim sam powinien przecierać podłogi. Nie widziała go od wydarzeń z Beltane, ale dowiedziała się od pielęgniarek, o dziwnym wytatuowanym gościu, który płakał nad jej uśpionym ciałem i nie przyszedł nigdy więcej.
...i Eden...
nie zdejmujcie masek
Gryzła się po ustach tak mocno, żeby nic nie powiedzieć, odłożyła kubek i ukryła palce w zbyt długich rękawach swetra. Za dużo ludzi, za dużo strachu, zbyt ciężkie chmury koszmaru unosiły się nad nią. Słowa dochodziły jak przez mgłę, napinała całe ciało by drgawkami nie zdradzić, że wcale nie jest z nią dobrze. Nie powinna tu przychodzić. To było zbyt wiele. Mogła ukryć się pod sufitem, pośród malowanych przez siebie gwiazd. I tak była zbyt głupia by im w czymkolwiek pomóc. Zbyt słaba. Złamana dusza w wątłym, karmionym na siłę ciele.
Potrzebowała snu. Dobrego snu. Sen. Ciepło spełnionego marzenia. Tęskna mara, która po przebudzeniu rozrywa serce na dwoje. Owiał ją zapach świeżego białego mydła, zapach soku ze świeżo obieranych pomarańczy na wielkich, twardo ciosanych dłoniach. Odwaga wtłoczona w serce.
– Nawet ja nie jestem tak pojebana, żeby włazić do Limbo i dać się prawie zabić kumplom w maskach w imię dobrej przykrywki. Ona walczy z tymi dupkami tak jak my, całkiem na legalu. Alek powiedz im... – podniosła głowę w kierunku drzwi, gdzie spodziewała się zobaczyć spóźnionego brata.
Przełknęła ślinę, zamierając w bezruchu. Tylko palce drobiły, kompulsywnie rozszarpując dziergany mankiet.
– Alek może powiedzieć co i jak. Pracuje z nią. Jemu nic nie umknie, jak już chwyci trop, prześwietli ją na wylot. On będzie wiedział. Albo lista. Czarna lista. Tak. Dajcie mi znać z kim nie mogę już gadać – wydusiła ostatkiem sił, po czym zsunęła się z krzesła. – Przepraszam, źle się czuje, pójdę do siebie i tak... i tak...– głos jej się zatrząsł, fasada odpadała z twarzy kawałek po kawałku, pozostawiając okruchy białego tynku na ziemi. – i tak się Wam na nic na razie nie przydam. – wymamrotała wychodząc z kuchni.
...i Eden...
nie zdejmujcie masek
Gryzła się po ustach tak mocno, żeby nic nie powiedzieć, odłożyła kubek i ukryła palce w zbyt długich rękawach swetra. Za dużo ludzi, za dużo strachu, zbyt ciężkie chmury koszmaru unosiły się nad nią. Słowa dochodziły jak przez mgłę, napinała całe ciało by drgawkami nie zdradzić, że wcale nie jest z nią dobrze. Nie powinna tu przychodzić. To było zbyt wiele. Mogła ukryć się pod sufitem, pośród malowanych przez siebie gwiazd. I tak była zbyt głupia by im w czymkolwiek pomóc. Zbyt słaba. Złamana dusza w wątłym, karmionym na siłę ciele.
Potrzebowała snu. Dobrego snu. Sen. Ciepło spełnionego marzenia. Tęskna mara, która po przebudzeniu rozrywa serce na dwoje. Owiał ją zapach świeżego białego mydła, zapach soku ze świeżo obieranych pomarańczy na wielkich, twardo ciosanych dłoniach. Odwaga wtłoczona w serce.
– Nawet ja nie jestem tak pojebana, żeby włazić do Limbo i dać się prawie zabić kumplom w maskach w imię dobrej przykrywki. Ona walczy z tymi dupkami tak jak my, całkiem na legalu. Alek powiedz im... – podniosła głowę w kierunku drzwi, gdzie spodziewała się zobaczyć spóźnionego brata.
Przełknęła ślinę, zamierając w bezruchu. Tylko palce drobiły, kompulsywnie rozszarpując dziergany mankiet.
– Alek może powiedzieć co i jak. Pracuje z nią. Jemu nic nie umknie, jak już chwyci trop, prześwietli ją na wylot. On będzie wiedział. Albo lista. Czarna lista. Tak. Dajcie mi znać z kim nie mogę już gadać – wydusiła ostatkiem sił, po czym zsunęła się z krzesła. – Przepraszam, źle się czuje, pójdę do siebie i tak... i tak...– głos jej się zatrząsł, fasada odpadała z twarzy kawałek po kawałku, pozostawiając okruchy białego tynku na ziemi. – i tak się Wam na nic na razie nie przydam. – wymamrotała wychodząc z kuchni.
Postać opuszcza sesję