14.10.2024, 12:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2024, 13:22 przez Millie Moody.)
– Wesele? Co? No... eee... nie, to nie o wesele chodzi. To trwa i już... i trwa. Po prostu jesteśmy zbyt różni, żeby się znieść w jednym pomieszczeniu. Zawsze jak przychodziłam do Alastora to musiał wiesz, jakoś to skomentować i nie to, że ja sobie cokolwiek z tego robię, ale no kurwa mać ile razy można słyszeć, że jest się pojebanym, że mogłabym mówić ciszej, albo przestać tak majtać łapami. Czy coś. – Ile razy można było widzieć tę pogardę, ile razy można było przypominać komuś, że w dalszym ciągu nie jest aurorem. Przecież kurwa wiedziała, że nim nie jest. Zasępiła się. No i Windermere. To było dziwne spotkanie.
Ostatecznie podniosła złote oczy w szarych obwódkach na Brenne, fantazjując o tym, jak Longbottomówna zakłada Atreusowi kaganiec na ryj i grubego, skórzanego pieszczoszka na szyję. Warownia w sumie wytrzymałaby jeszcze jednego psa. Nikły uśmiech pojawił się na bladej twarzy.
– Ale jakby co to wiesz, to Twoje życie. Do łóżka Ci nie będę zaglądać Brenka – dodała, nim pałeczkę rozmowy przejął Basilius, gasząc skutecznie jej dobre samopoczucie.
– Ach tak, to idziesz do pedalskiego klubu, żeby mi dla siebie znaleźć jakiś... zamiennik? To jest kurwa gorsze od swatania, co ja niby zrobiłam Ci takiego, że już nie chcesz... – urwała wyraźnie zraniona, odsuwając się od niego. – Kart się nie pyta o byle co, kart się nie pyta o to co MI sprawi frajdę bo to ma być pytanie dla Ciebie o Twoje życie. I kurwa w tej talii są takie karty, takie gówno potrafi wyjebać, że tego się dla zabawy nie układa. Ale dobrze, świetnie, sama mogę wybrać. Cudownie. W takim razie chciałabym zapytać, co ma zrobić biedny Basilius żeby wytrzymać z tą pojebaną Moody, bo najwidoczniej nie daje już sobie rady, a ja... ja nie zamierzam mieć innego kumpla geja, bez względu na to, czy się ruchasz z facetami czy kurwa nie. – Piekliła się strasznie, ale może to był właśnie milszy widok, tej dawnej Moody, która nie została przeorana przez ognie Beltane.
Tasowała zajadle, ani na moment nie patrząc na Prewetta, policzki piekły ją z wściekłości na dupka, który siedział obok, który nie potrafił jej wprost powiedzieć, że ma się odsunąć. Że jest jej za dużo. Za bardzo.
Pierwsza karta z plaśnięciem trafiła na stół. As buław, ucieleśnienie męskiej energii seksualnej, dosłownie penis w garści.
– Proszę Basilius, chcesz działać, chcesz coś zrobić, masz w sobie siłę do zmian. Fantastycznie. Przeszkadza Ci... – jeb. Druga karta. Stateczny rycerz denarów na ciężkim objuczonym koniu. – Zakuty łeb i konserwatyzm. Tkwienie w miejscu i niechęć do zmian. To się dzieje ponieważ... – I kolejna karta, kolejne "dildo" w postaci trzymanego przez lewitującą dłoń miecza. – Za dużo myślisz. Kalkulujesz. Oceniasz. Mózg przeszkadza Ci rozeznać, najwidoczniej to jest te no... overthinking. Brawo. W końcu z naszej dwójki Ty byłeś mądrzejszy i teraz jesteś za mądry żeby znaleźć mądre rozwiązanie. – Szydziła. Aż dziw, że między czarnymi włosami nie przeskakiwały iskry.
– Na Twoją decyzję wpływa z przeszłości... – Kolejna karta. Dziewięć mieczy zawieszone na ścianach i zapłakana kobieta w łóżku. Przed oczami Millie stanął ten jeden wieczór, gdy wypiła za dużo i zwierzyła mu się ze swojego "zmartwienia ze współlokatorem". Zaufanie, które wtedy mu dała, które musiała mu dać, zawierzając że nikomu nie zdradzi jej sekretu. Wciągnęła gwałtownie powietrze przez zaciśnięte nozdrza. To mogło być wczoraj, gdy płakał w nią wtulony, bojąc się wody, która ich otaczała. To mógł być ten moment, gdy znów w jego rękaw wsiąkały jej łzy osamotnienia i tęsknoty za byciem kochaną taką jaka była. Pierdolony Prewett.
Nie skomentowała tej karty, ruszyła dalej.
– Bieżące zmartwienia panowie piątka mieczy. – Teraźniejszość, wibrujący w przestrzeni konflikt. Zapytała o Basiliusa, ale czy pytanie nie dotyczyło ich obojga. Niesnaski, brak zaufania, nieporozumienie. Czy to coś co właśnie działo się przy stole. Wrażliwość i nieufność zranionego zwierzęcia, choć przeszłość mówiła jasno, że to zaufanie było już między nimi wypracowane. Kłamstwo. Samolubność. Narcyzm. Kogo punktowały karty? Basiliusa, czy wróżbitkę, która wściekle użyła kart po to, by sprawić mu przykrość? – bla bla bla kłócimy się i nie rozumiemy wzajemnie, nic dziwnego, że chcesz mnie porzucić. – Ostatnie słowo wymsknęło się z ust. Kto był adresatem tej w pełni realnej skargi?
Ale kiedy na stole zajaśniały cztery buławy, z nadchodzącymi biesiadnikami, coś jakby przebiło ten naelektryzowany balon. Oczy Millie zeszklilły się nieoczekiwanie, ujęła kubek by popić kawą gulę, która gwałtownie urosła jej w gardle.
– Super, szczęśliwe zakończenie już niedługo. Potrzeba... cierpliwości. Wow, nowość. To karta... rozpoznanego sukcesu. Wspólnego. Świętowania. Czegoś. Nie wiem. To przyjdzie. – Oddech miała płytki, dłoń niechętną by kontynuować, więc pospiesznie dopełniła krzyża kolejnymi czterema kartami. Od dołu siódemką buław, odwróconą parą kielichów, odwróconym Papieżem i w końcu... zwycięzcą pyszniącym się na swoim rumaku. Karta porada - duma, adaptacja, sukces. Zwieńczenie świętowania. Ostatnia z dobrych kart, które przynosił tarotowy dwór ognia. Uwolniony potencjał.
Czasem trudno było ocenić, czy Moody lepiej reagowała na karty w ogólnym rozumieniu złe, czy na te pozytywne dobre. Patrzyła na układ, który był całkiem przyjazny, łagodny, wyzbyty wielkich arkanów, mówiący o przejściowych problemach ze zrozumieniem, z dotarciem się, mówiącym o potencjale w relacji, która potrzebowała wspólnych działań i podbudowy nad już złożonymi fundamentami zaufania. To było takie proste. To było takie nierealne.
Wrażliwa na znaki zobaczyła jak wszystkie pałki zakwitają niczym palmy. Los sprzyjał Basiliusowi i temu co zamierzał. Zobaczyła w jego działaniach sukces i zapłakała nad tym gorzko, nie mogąc wytrzymać napięcia tej porannej rozmowy po nieprzespanej nocy, po wczorajszym wieczorze, dniu, miesiącu zbyt szybkim i zbyt intensywnym. Ukryła twarz w dłoniach i pochyliła się by oprzeć o blat, nie hamując już szlochu nad samą sobą i kotłem myśli rozbryzgującymi się po wewnętrznej stronie czaszki.
![[Obrazek: 7ky3rvB.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7ky3rvB.jpeg)
Ostatecznie podniosła złote oczy w szarych obwódkach na Brenne, fantazjując o tym, jak Longbottomówna zakłada Atreusowi kaganiec na ryj i grubego, skórzanego pieszczoszka na szyję. Warownia w sumie wytrzymałaby jeszcze jednego psa. Nikły uśmiech pojawił się na bladej twarzy.
– Ale jakby co to wiesz, to Twoje życie. Do łóżka Ci nie będę zaglądać Brenka – dodała, nim pałeczkę rozmowy przejął Basilius, gasząc skutecznie jej dobre samopoczucie.
– Ach tak, to idziesz do pedalskiego klubu, żeby mi dla siebie znaleźć jakiś... zamiennik? To jest kurwa gorsze od swatania, co ja niby zrobiłam Ci takiego, że już nie chcesz... – urwała wyraźnie zraniona, odsuwając się od niego. – Kart się nie pyta o byle co, kart się nie pyta o to co MI sprawi frajdę bo to ma być pytanie dla Ciebie o Twoje życie. I kurwa w tej talii są takie karty, takie gówno potrafi wyjebać, że tego się dla zabawy nie układa. Ale dobrze, świetnie, sama mogę wybrać. Cudownie. W takim razie chciałabym zapytać, co ma zrobić biedny Basilius żeby wytrzymać z tą pojebaną Moody, bo najwidoczniej nie daje już sobie rady, a ja... ja nie zamierzam mieć innego kumpla geja, bez względu na to, czy się ruchasz z facetami czy kurwa nie. – Piekliła się strasznie, ale może to był właśnie milszy widok, tej dawnej Moody, która nie została przeorana przez ognie Beltane.
Tasowała zajadle, ani na moment nie patrząc na Prewetta, policzki piekły ją z wściekłości na dupka, który siedział obok, który nie potrafił jej wprost powiedzieć, że ma się odsunąć. Że jest jej za dużo. Za bardzo.
Pierwsza karta z plaśnięciem trafiła na stół. As buław, ucieleśnienie męskiej energii seksualnej, dosłownie penis w garści.
– Proszę Basilius, chcesz działać, chcesz coś zrobić, masz w sobie siłę do zmian. Fantastycznie. Przeszkadza Ci... – jeb. Druga karta. Stateczny rycerz denarów na ciężkim objuczonym koniu. – Zakuty łeb i konserwatyzm. Tkwienie w miejscu i niechęć do zmian. To się dzieje ponieważ... – I kolejna karta, kolejne "dildo" w postaci trzymanego przez lewitującą dłoń miecza. – Za dużo myślisz. Kalkulujesz. Oceniasz. Mózg przeszkadza Ci rozeznać, najwidoczniej to jest te no... overthinking. Brawo. W końcu z naszej dwójki Ty byłeś mądrzejszy i teraz jesteś za mądry żeby znaleźć mądre rozwiązanie. – Szydziła. Aż dziw, że między czarnymi włosami nie przeskakiwały iskry.
– Na Twoją decyzję wpływa z przeszłości... – Kolejna karta. Dziewięć mieczy zawieszone na ścianach i zapłakana kobieta w łóżku. Przed oczami Millie stanął ten jeden wieczór, gdy wypiła za dużo i zwierzyła mu się ze swojego "zmartwienia ze współlokatorem". Zaufanie, które wtedy mu dała, które musiała mu dać, zawierzając że nikomu nie zdradzi jej sekretu. Wciągnęła gwałtownie powietrze przez zaciśnięte nozdrza. To mogło być wczoraj, gdy płakał w nią wtulony, bojąc się wody, która ich otaczała. To mógł być ten moment, gdy znów w jego rękaw wsiąkały jej łzy osamotnienia i tęsknoty za byciem kochaną taką jaka była. Pierdolony Prewett.
Nie skomentowała tej karty, ruszyła dalej.
– Bieżące zmartwienia panowie piątka mieczy. – Teraźniejszość, wibrujący w przestrzeni konflikt. Zapytała o Basiliusa, ale czy pytanie nie dotyczyło ich obojga. Niesnaski, brak zaufania, nieporozumienie. Czy to coś co właśnie działo się przy stole. Wrażliwość i nieufność zranionego zwierzęcia, choć przeszłość mówiła jasno, że to zaufanie było już między nimi wypracowane. Kłamstwo. Samolubność. Narcyzm. Kogo punktowały karty? Basiliusa, czy wróżbitkę, która wściekle użyła kart po to, by sprawić mu przykrość? – bla bla bla kłócimy się i nie rozumiemy wzajemnie, nic dziwnego, że chcesz mnie porzucić. – Ostatnie słowo wymsknęło się z ust. Kto był adresatem tej w pełni realnej skargi?
Ale kiedy na stole zajaśniały cztery buławy, z nadchodzącymi biesiadnikami, coś jakby przebiło ten naelektryzowany balon. Oczy Millie zeszklilły się nieoczekiwanie, ujęła kubek by popić kawą gulę, która gwałtownie urosła jej w gardle.
– Super, szczęśliwe zakończenie już niedługo. Potrzeba... cierpliwości. Wow, nowość. To karta... rozpoznanego sukcesu. Wspólnego. Świętowania. Czegoś. Nie wiem. To przyjdzie. – Oddech miała płytki, dłoń niechętną by kontynuować, więc pospiesznie dopełniła krzyża kolejnymi czterema kartami. Od dołu siódemką buław, odwróconą parą kielichów, odwróconym Papieżem i w końcu... zwycięzcą pyszniącym się na swoim rumaku. Karta porada - duma, adaptacja, sukces. Zwieńczenie świętowania. Ostatnia z dobrych kart, które przynosił tarotowy dwór ognia. Uwolniony potencjał.
Czasem trudno było ocenić, czy Moody lepiej reagowała na karty w ogólnym rozumieniu złe, czy na te pozytywne dobre. Patrzyła na układ, który był całkiem przyjazny, łagodny, wyzbyty wielkich arkanów, mówiący o przejściowych problemach ze zrozumieniem, z dotarciem się, mówiącym o potencjale w relacji, która potrzebowała wspólnych działań i podbudowy nad już złożonymi fundamentami zaufania. To było takie proste. To było takie nierealne.
Rzut Symbol 1d258 - 159
Palma (sukces/zaszczyty)
Palma (sukces/zaszczyty)
Wrażliwa na znaki zobaczyła jak wszystkie pałki zakwitają niczym palmy. Los sprzyjał Basiliusowi i temu co zamierzał. Zobaczyła w jego działaniach sukces i zapłakała nad tym gorzko, nie mogąc wytrzymać napięcia tej porannej rozmowy po nieprzespanej nocy, po wczorajszym wieczorze, dniu, miesiącu zbyt szybkim i zbyt intensywnym. Ukryła twarz w dłoniach i pochyliła się by oprzeć o blat, nie hamując już szlochu nad samą sobą i kotłem myśli rozbryzgującymi się po wewnętrznej stronie czaszki.
![[Obrazek: 7ky3rvB.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=7ky3rvB.jpeg)