14.10.2024, 15:59 ✶
Drgnął nie bardzo wiedząc o zrobić. Czy oni jako Zakon nie powinni działać w konspiracji i nie rekrutować jak największej liczby ludzi i zamiast tego skupiać się na tych naprawdę sprawdzonych. Rozumiał zachowanie ludzi, że chcieli, aby były wtajemniczone osoby, którym ufają. Ale czy w tych czasach można było każdemu ufać w stu procentach? Czy zaufanie stało się już towarem deficytowym czy jeszcze nie? Spojrzał po twarzach przebywających tu ludzi, zatrzymując się dłużej na Morpheusie, Eriku, Norze, Brennie i Dorze - na koniec wrócił do obserwowania Millie. Miał pojęcie, że człowiek ścigany czasami męczy się nieufnością i tęskni za przyjaźnią, ale czy to znaczyło ,że nie powinni być bardziej ostrożni? każda nowa osoba niosła ze sobą niebezpieczeństwo początkowo.
Nie podobało mu się to co widział, nie dlatego, że miał w swojej głowie inne wizje czy wyobrażenia, ale dlatego, że nie wiedział co i jak ma zrobić. Wszak obiecywał jej coś tamtego wieczoru, a teraz bez słowa pozwalał jej cierpieć, bez żadnego wsparcia ze swojej strony. Ale z drugiej strony był zagubiony w wydarzeniach obecnego spotkania. Wiedział jednak że rozmowę o zegarze, o ile w ogóle zostanie poruszona, będzie musiała przejąć Brenna. Nie czekał na nic widząc jej zachowanie.
- Przepraszam - zwrócił się jeszcze do siostry w momencie, gdy Millie zsuwała się z krzesła, dopiero teraz pozwolił swoim oczom odwrócić się od niej. Jakkolwiek jednak by się nie starał nie mógł zwalczyć chęci pójścia za nią, zresztą nawet nie chciał. Nie miał pojęcia kto i jak odczyta to, że podaży jej śladem, ale nie dbał o to, wiedział, że teraz musi być w innym miejscu. Podniósł się patrząc w stronę Brenny i powiedział. - Przepraszam, ja... muszę iść - zakończył koślawo, bo tylko dwie osoby (a przynajmniej on powiedział tylko dwóm) w tym gronie wiedziały co dzieje się między nim a panną Moody. Zgarnął jeszcze swoja torbę i zgrabnie wysunął się ze swojego krzesła, aby płynnie niczym fala odpływu zniknąć z pomieszczenia z zebraniem, ruszając w ślad za kobietą, która pierwsza opuściła to miejsce.
Nie podobało mu się to co widział, nie dlatego, że miał w swojej głowie inne wizje czy wyobrażenia, ale dlatego, że nie wiedział co i jak ma zrobić. Wszak obiecywał jej coś tamtego wieczoru, a teraz bez słowa pozwalał jej cierpieć, bez żadnego wsparcia ze swojej strony. Ale z drugiej strony był zagubiony w wydarzeniach obecnego spotkania. Wiedział jednak że rozmowę o zegarze, o ile w ogóle zostanie poruszona, będzie musiała przejąć Brenna. Nie czekał na nic widząc jej zachowanie.
- Przepraszam - zwrócił się jeszcze do siostry w momencie, gdy Millie zsuwała się z krzesła, dopiero teraz pozwolił swoim oczom odwrócić się od niej. Jakkolwiek jednak by się nie starał nie mógł zwalczyć chęci pójścia za nią, zresztą nawet nie chciał. Nie miał pojęcia kto i jak odczyta to, że podaży jej śladem, ale nie dbał o to, wiedział, że teraz musi być w innym miejscu. Podniósł się patrząc w stronę Brenny i powiedział. - Przepraszam, ja... muszę iść - zakończył koślawo, bo tylko dwie osoby (a przynajmniej on powiedział tylko dwóm) w tym gronie wiedziały co dzieje się między nim a panną Moody. Zgarnął jeszcze swoja torbę i zgrabnie wysunął się ze swojego krzesła, aby płynnie niczym fala odpływu zniknąć z pomieszczenia z zebraniem, ruszając w ślad za kobietą, która pierwsza opuściła to miejsce.
Postać opuszcza sesję