14.10.2024, 19:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2024, 09:27 przez Brenna Longbottom.)
- Nie wątpię, że byłby gotów umrzeć za ciebie. Ale nie jestem pewna, czy nie byłby też gotów na to, aby któreś z nas umarło dla dobra jakiegoś innego jego przyjaciela – odparła Brenna. Lubiła Anthony'ego, ale po kilku spotkaniach widziała w nim oportunistę. Kogoś, kto lubił manipulować ludźmi w drodze do osiągnięcia swoich celów. Kogoś, kto będzie chronił swoich przyjaciół i swoich interesów, a Zakon Feniksa nigdy nie składał się z ludzi, którzy mieli dbać o swój interes. - To... jak z Victorią. Nie traktuję jej jako przeciwnika, Morpheusie, a jedynie nie jestem pewna, czy widzę ją w nielegalnym ruchu oporu, wykonującej polecenia Dumbledore’a. Nie wierzę, że jest popleczniczką Voldemorta. Walczyła z nim w Limbo. Nie wierzę, nie chcę wierzyć, że zrobiłaby mi świadomie krzywdę. Umarłabym za nią. Ale jeśli ktoś z jej najbliższej rodziny jest w to zamieszany... myślę, że zrobiłaby wiele, aby go chronić. I przede wszystkim, wątpię, by wykonywała rozkazy Albusa, w imię dobra mugolaków. Nie każdy, kto nie jest śmierciożercą, ma ochotę działać dla nielegalnej organizacji ruchu oporu. Nie każę nikomu przestać z nią rozmawiać, bo sama nie mam zamiaru się od niej odwrócić. A jeśli chodzi o Shafiqa, co tak naprawdę dałoby nam wciągnięcie go w nasze sprawy? Jakie informacje przyniesie, których nie zdobędzie Jonathan? Co dzięki wprowadzeniu go zrobi, czego nie zrobiłby na twoją prośbę?
Pewnie, mógłby coś dla nich zrobić, ale czy byłoby to cokolwiek ponad to, co już mógł robić na prośbę swojego przyjaciela? A Erik? On miał skłonności do ufania ludziom - Brenna nie wierzyła, że czegokolwiek mógłby się dopatrzeć, sprawdzając Shafiqa.
– Jeśli chodzi o sad Abbottów... to nasi sąsiedzi, krewni Nory i Thomasa. Może po prostu powinieneś umówić się z nimi na spotkanie? Przyznać, że doświadczyłeś wizji, gdy badałeś kwiat, obawiasz się ataku na sad, pożaru? Zasugerować przygotowanie jakiegoś zbiornika wodnego, zaoferować pomoc, jeżeli wskażą, co moglibyśmy dla nich zrobić?
Powinna pewnie przemyśleć to bardziej, ale to co się działo w Stawie… Przesunęła palcami po skroni, przepełniona w tej chwili zmęczeniem i z jedną myślą w głowie - absolutnie się do tego nie nadawała. Dumbledore powinien wybrać kogoś innego. Nie była w stanie być tak otwarta, jak najwyraźniej być powinna, by nie mając naprawdę dobrych argumentów „za” podawać komuś więcej informacji. Nie po śmierci Derwina, nie po śmierci Jasona. Nie po Beltane. Nie po tamtej nocy w dziurze, nie po pochylaniu się nad nieprzytomnymi ciałami Zimnych, nie po tym, jak klęczała przed duchem chłopca z Kniei Godryka. Nie po odejściu Mav. Nie nadawała się.
Wybuch Mildred tylko to wszystko potwierdzał i rozpoczął reakcję łańcuchową - Thomas, Dora i... wreszcie Brenna.
Skoro wyrażenie wątpliwości, czy powinni rekrutować kogoś, kto owszem, jej zdaniem nie był śmierciożercą, ale też nie był oddany idei promugolskiej, nie wypełniłby pewnie jej rozkazu i zdaniem Brenny niekoniecznie chciałby być w takim Zakonie, bo skupiał się na aurorskiej karierze... wywoływała pełne urazy oskarżenia o próby zabraniania im rozmawiania z ludźmi, zakończenie tymi oskarżeniami rozmowy i wymaszerowanie w środku zebrania... to było raczej jasne. Nigdy nie prosiła, by przestawali z kimś się przyjaźnić. Nie chodziło o sprawę Anthony'ego i Victorię, ale o to, jak potoczyło się to dalej i że nie umiała tego ogarnąć. Może mogliby dojść do porozumienia, co do… sprawdzenia paru rzeczy, ale wybuch Moody sprawił, że skończyło się, jak się skończyło.
Zachowanie Millie pokazało, że Brenna generowała problemy w Zakonie, zamiast je rozwiązywać.
Uśmiechnęła się jednak do Dory na odchodne, jak gdyby nigdy nic, trochę przepraszająco, bo widziała, że Crawleyównę to przerastało. I wiedziała, że powinna iść za nią do tej biblioteki i ją pocieszyć, powinna zobaczyć, co z Millie i Thomasem, powinna zapewnić wszystkich, że wszystko w porządku i jakoś to pozbierać. W tej chwili jednak nie była w stanie. Chyba pierwszy raz w życiu, po prostu nie potrafiła. Na pewno nie od razu.
– Jeżeli jesteście gotowi powierzyć im życia członków Zakonu, to działajcie, jak uznacie za słuszne – powiedziała jeszcze bezbarwnym tonem, bo zdecydowanie ona nie powinna podejmować decyzji, gdy były wbrew woli innych. Chyba wcale nie powinna ich podejmować. - Wygląda na to, że zebranie skończone. Dziękuję wszystkim za udział, gdyby komuś o czymś się przypomniało, może podesłać sowę. Ja też muszę wpaść dziś do biura..
Skoro ludzie zaczęli wychodzić, to nie było sensu kontynuować.
Może dobrze. Nie będzie musiała siedzieć tu i udawać, że jest w porządku.
Sama również wstała, by wyjść tylnymi drzwiami i teleportować z ogródka do Londynu, i to wcale nie dlatego, że faktycznie musiała wpaść do biura. Ta rozmowa i zachowanie Millie w finale sprawiły, że ona też potrzebowała wyjść i parę rzeczy przemyśleć. Jak zareagować na te propozycje, na ile mogła i potrafiła działać w nowym Zakonie, jak odnieść się do ostatnich słów Moody. To wszystko wymagało... zastanowienia. Do Warowni i Księżycowego Stawu nie planowała póki co wracać, choćby dlatego, że nie było mowy, aby mogła z którymś z nich porozmawiać niczego nie dając po sobie poznać.
Brenna też miała granice wytrzymałości, nieważne, jak mocno próbowała tego nie pokazywać.
Zamknę sesję bardem 19.10, nie obowiązuje kolejka, wrzuciłam mój odpis wcześniej, bo pasowała, by postać teraz wyszła, ale nie skracam tym postem tury.
Pewnie, mógłby coś dla nich zrobić, ale czy byłoby to cokolwiek ponad to, co już mógł robić na prośbę swojego przyjaciela? A Erik? On miał skłonności do ufania ludziom - Brenna nie wierzyła, że czegokolwiek mógłby się dopatrzeć, sprawdzając Shafiqa.
– Jeśli chodzi o sad Abbottów... to nasi sąsiedzi, krewni Nory i Thomasa. Może po prostu powinieneś umówić się z nimi na spotkanie? Przyznać, że doświadczyłeś wizji, gdy badałeś kwiat, obawiasz się ataku na sad, pożaru? Zasugerować przygotowanie jakiegoś zbiornika wodnego, zaoferować pomoc, jeżeli wskażą, co moglibyśmy dla nich zrobić?
Powinna pewnie przemyśleć to bardziej, ale to co się działo w Stawie… Przesunęła palcami po skroni, przepełniona w tej chwili zmęczeniem i z jedną myślą w głowie - absolutnie się do tego nie nadawała. Dumbledore powinien wybrać kogoś innego. Nie była w stanie być tak otwarta, jak najwyraźniej być powinna, by nie mając naprawdę dobrych argumentów „za” podawać komuś więcej informacji. Nie po śmierci Derwina, nie po śmierci Jasona. Nie po Beltane. Nie po tamtej nocy w dziurze, nie po pochylaniu się nad nieprzytomnymi ciałami Zimnych, nie po tym, jak klęczała przed duchem chłopca z Kniei Godryka. Nie po odejściu Mav. Nie nadawała się.
Wybuch Mildred tylko to wszystko potwierdzał i rozpoczął reakcję łańcuchową - Thomas, Dora i... wreszcie Brenna.
Skoro wyrażenie wątpliwości, czy powinni rekrutować kogoś, kto owszem, jej zdaniem nie był śmierciożercą, ale też nie był oddany idei promugolskiej, nie wypełniłby pewnie jej rozkazu i zdaniem Brenny niekoniecznie chciałby być w takim Zakonie, bo skupiał się na aurorskiej karierze... wywoływała pełne urazy oskarżenia o próby zabraniania im rozmawiania z ludźmi, zakończenie tymi oskarżeniami rozmowy i wymaszerowanie w środku zebrania... to było raczej jasne. Nigdy nie prosiła, by przestawali z kimś się przyjaźnić. Nie chodziło o sprawę Anthony'ego i Victorię, ale o to, jak potoczyło się to dalej i że nie umiała tego ogarnąć. Może mogliby dojść do porozumienia, co do… sprawdzenia paru rzeczy, ale wybuch Moody sprawił, że skończyło się, jak się skończyło.
Zachowanie Millie pokazało, że Brenna generowała problemy w Zakonie, zamiast je rozwiązywać.
Uśmiechnęła się jednak do Dory na odchodne, jak gdyby nigdy nic, trochę przepraszająco, bo widziała, że Crawleyównę to przerastało. I wiedziała, że powinna iść za nią do tej biblioteki i ją pocieszyć, powinna zobaczyć, co z Millie i Thomasem, powinna zapewnić wszystkich, że wszystko w porządku i jakoś to pozbierać. W tej chwili jednak nie była w stanie. Chyba pierwszy raz w życiu, po prostu nie potrafiła. Na pewno nie od razu.
– Jeżeli jesteście gotowi powierzyć im życia członków Zakonu, to działajcie, jak uznacie za słuszne – powiedziała jeszcze bezbarwnym tonem, bo zdecydowanie ona nie powinna podejmować decyzji, gdy były wbrew woli innych. Chyba wcale nie powinna ich podejmować. - Wygląda na to, że zebranie skończone. Dziękuję wszystkim za udział, gdyby komuś o czymś się przypomniało, może podesłać sowę. Ja też muszę wpaść dziś do biura..
Skoro ludzie zaczęli wychodzić, to nie było sensu kontynuować.
Może dobrze. Nie będzie musiała siedzieć tu i udawać, że jest w porządku.
Sama również wstała, by wyjść tylnymi drzwiami i teleportować z ogródka do Londynu, i to wcale nie dlatego, że faktycznie musiała wpaść do biura. Ta rozmowa i zachowanie Millie w finale sprawiły, że ona też potrzebowała wyjść i parę rzeczy przemyśleć. Jak zareagować na te propozycje, na ile mogła i potrafiła działać w nowym Zakonie, jak odnieść się do ostatnich słów Moody. To wszystko wymagało... zastanowienia. Do Warowni i Księżycowego Stawu nie planowała póki co wracać, choćby dlatego, że nie było mowy, aby mogła z którymś z nich porozmawiać niczego nie dając po sobie poznać.
Brenna też miała granice wytrzymałości, nieważne, jak mocno próbowała tego nie pokazywać.
Postać opuszcza sesję
Zamknę sesję bardem 19.10, nie obowiązuje kolejka, wrzuciłam mój odpis wcześniej, bo pasowała, by postać teraz wyszła, ale nie skracam tym postem tury.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.