Czy Nora Figg miała coś do powiedzenia? Nie. Nie czuła się odpowiednią osobą do komentowania czegokolwiek. Panna Figg była jedynie wytwórcą, który dbał o to, aby mieli pod dostatkiem mikstur, czy kadzideł, czy pączków, czego tylko potrzebowali. Była też gotowa ich wysłuchać, każdego po kolei, przytulić do swojego maminego serca i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze - chociaż wiedziała, że tak nie jest. Martwiła się okropnie, tym co się przed chwilą wydarzyło. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek doszło do takiego wybuchu na jakimkolwiek innym spotkaniu, to nie było w porządku, szczególnie, że Brenna wkładała całe serce w działalność Zakonu. Starała się pomagać wszystkim potrzebującym. Ona nie sypiała, prosiła ją o eliksiry, które miały ją utrzymywać świadomą, pomagać jej znajdywać więcej czasu na to, aby pomóc jak największej ilości osób.
Przerażały ją rzucane w głos nazwiska. Figgówna przecież znała Sauriela Rookwooda, był jej kolegą jeszcze z czasów Hogwartu, czy mu ufała? Trochę. Nie mogła być pewna, że kiedyś nie stanie w jej drzwiach i nie spróbuje jej zabić, szczególnie po tym, co usłyszała o Rookwoodach. To przynosiło ciężar na piersi, który jakoś musiała udźwignąć. Victoria wydawała jej się zawsze miła, nie znały się może zbyt blisko, ale każde spotkanie zaliczała raczej do tych miłych, tylko, czy bycie miłym wystarczy, aby mieć pewność iż ktoś na pewno stanie po słusznej stronie? Nie. Shafiqa poznała jako pracownika ministerstwa, wspaniale, że Morhpeus był pewien ich relacji, ale czy gdyby chodziło o kogoś innego, to faktycznie mogliby na niego liczyć? Nie jej to było oceniać.
Greengrass był przyjacielem Thomasa, jej trochę też, a przynajmniej stał się przez lata, zdziwiło ją, że brat się nie odezwał, aby choć trochę stanąć w jego imieniu. Był specyficzny, ale opiekował się nią niczym prawdziwy brat, kiedy Thomasa nie było. Nie wierzyła, że od niego mogłaby ją spotkać jakakolwiek krzywda.
Powinna chyba zacząć weryfikować swoje znajomości. Norka była miła dla wszystkich, miała całą masę znajomych z różnych rodów, nikomu oczywiście nie opowiadała o swoich dodatkowych zainteresowaniach, była życzliwa dla wszystki, od zawsze, nie miała zamiaru tego zmienić. To, że wokół toczyła się wojna nie miało mieć wpływu na to jakim była człowiekiem. Była ponad to.
Martwiły ją zbliżające się święta. Pamiętała Beltane. Morpheus wspomniał o ogniu, czyżby mieli zaliczyć powtórkę z rozrywki? Bała się tego, cholernie się bała, że znowu kogoś stracą, a ona nie będzie mogła ich pomóc. Zawsze miała do siebie wytrzuty, że siedziała w cukierni i czekała na to, aż wrócą. Nie miała wpływu na to, co działo się na polu bitwy, to nie należało do jej obowiązków, mogła im tam tylko wadzić. Ta jej nieprzydatność strasznie ją drażniła w takich sytuacjach.
Pokiwała jedynie bratu twierdząco, że wróci sama do domu. Nie wiedziała jeszcze jak, ale nie przejmowała się tym szczególnie, najwyżej skorzysta z kominków, albo ktoś ją odstawi do Londynu, nie brakowało tutaj życzliwych dusz. Podeszła w końcu do Erika i szepnęła mu do ucha. - Masz papierosa? - Nie było to wcale takie oczywiste, bo wiedziała, że palił tylko, kiedy był bardzo zdenerwowany, a ona sięgała po papierosy jeszcze rzadziej od niego. W tej chwili jednak miała ochotę zapalić.
Później Millie wybiegła, a Thomas za nią, i jeszcze Dora. Westchnęła ciężko. Rozumiała Crawleyównę, mało kogo spotkało tyle złego ze strony ich przeciwników, co ją. Zabrali jej życie, musiała żyć w ukryciu jak jakiś więzień. Nie potrafiła zrozumieć Moody, dla której najwyraźniej ważniejsze było utrzymywanie kontaktów ze swoimi znajomymi niż ich sprawa. Niczym obrażone dziecko wyszła na zewnątrz okazując wszystkim swoje niezadowolenie.
Przeniosła wzrok na Morpheusa. - Tak, kojarzę te kwiaty, badałam je z Dorą po tym, co stało się w sadzie. - Nie wydawało jej się jednak aby to było teraz istotne. Trochę zmartwiło ją to, że wspomniał o sadzie Abbottów, bo w końcu to była jej rodzina, cioci i wujkowi coś groziło?
Nie zdążyła pożegnać się z Brenną, obawiała się, że to co się tutaj wydarzyło mogło ją nieco zaniepokoić, sama Norka była strasznie rozbita.