14.10.2024, 21:45 ✶
To nie było tak, że Crow nie przejmował się niczym, ale wciąż... nie miał do powiedzenia nic szczególnie błyskotliwego. Był zabójcą ludzi, a nie potworów. Nie miał pojęcia, w jaki sposób przygotowywać się do starcia z upiorami, demonami i czymkolwiek co tam mogło tkwić w głębi ciemnego i pustego przejścia poza szeregiem krętych i niebezpiecznych korytarzy, podobnych do tych, w których niejednokrotnie zgubił i zaszlachtował wroga Fontaine. Uznawał więc wyższość towarzyszącej mu Yaxley i jak posłuszny pies przysiadł na ziemi lub jednym z tych korzeni (byle siedzieć na czymś stabilnym i niezbyt wilgotnym) i milczał.
On znał się na pułapkach. On był zdolny do obrony. On też zwykle w takich sytuacjach szedł pierwszy... pozostał jednak całkowicie bierny. No bo kim oni niby kurwa byli, żeby im się zwierzał z tego, co potrafi? Zamiast dyskutować o taktyce - wybrał ciszę i odpalenie kolejnego papierosa. Zaciągnął się od razu, kątem ucha słuchając przedziwnej historii o symbolach odstraszających tego jednego potwora, ale tak naprawdę odpływając w bezkres własnej wyobraźni - tam gdzie zagrożenie nie istniało, a zamiast oślizgłych łap Thorana za udo łapała go delikatna dłoń takiej ślicznotki, jaką spotkał ostatnio na sabacie, albo perełki Prewettów. Albo (skoro to i tak była fantazja niemająca prawa się ziścić)... obojga. Tak, był obrzydliwy - na jego obronę ta obrzydliwość przynosiła mu tak głębokie uczucie komfortu, żeby nie zawrócić i nie zdecydować się na obejrzenie dzisiejszego meczu w swoim ulubionym pubie.
On znał się na pułapkach. On był zdolny do obrony. On też zwykle w takich sytuacjach szedł pierwszy... pozostał jednak całkowicie bierny. No bo kim oni niby kurwa byli, żeby im się zwierzał z tego, co potrafi? Zamiast dyskutować o taktyce - wybrał ciszę i odpalenie kolejnego papierosa. Zaciągnął się od razu, kątem ucha słuchając przedziwnej historii o symbolach odstraszających tego jednego potwora, ale tak naprawdę odpływając w bezkres własnej wyobraźni - tam gdzie zagrożenie nie istniało, a zamiast oślizgłych łap Thorana za udo łapała go delikatna dłoń takiej ślicznotki, jaką spotkał ostatnio na sabacie, albo perełki Prewettów. Albo (skoro to i tak była fantazja niemająca prawa się ziścić)... obojga. Tak, był obrzydliwy - na jego obronę ta obrzydliwość przynosiła mu tak głębokie uczucie komfortu, żeby nie zawrócić i nie zdecydować się na obejrzenie dzisiejszego meczu w swoim ulubionym pubie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.