14.10.2024, 23:15 ✶
Słuchała Louvaina z zaintrygowaniem, które malowało się w każdym jej ruchu. Nie była zupełnie pewna, dokąd zmierza ta rozmowa, ale jego słowa miały w sobie coś pociągającego. Kiedy mówił o ludziach podobnych do nich, o wspólnych działaniach, które mogą przynieść zmianę, Scylla poczuła, jakby uchyliły się przed nią drzwi do świata pełnego nowych możliwości. Od lat czuła się zagubiona, niepewna, do jakiego celu zmierza jej życie, i teraz, gdy Louvain mówił o czymś większym, jej serce zabiło szybciej.
Była młoda, a jej złość i frustracja nie miały jeszcze formy, którą można by przekuć w konkretną wizję świata. Wiedziała, że coś jej w nim przeszkadza, ale nie umiała jeszcze do końca określić, co. Nie ufała mugolom ani czarodziejom mugolskiego pochodzenia; dorastała, słysząc, jak są postrzegani jako słabsi, bardziej skażeni. Te przekonania były dla niej jak cienie w tle, coś, co było częścią jej rzeczywistości, ale czego nigdy nie analizowała zbyt głęboko. Teraz jednak, w towarzystwie Louvaina, zaczynała widzieć w tych cieniach więcej - może nie były tylko tłem, ale stanowiły coś, z czym można walczyć, coś, na co można wpłynąć.
Nie wzruszyła się słysząc zawoalowaną groźbę Louvaina, bo wiedziała, że nie ma pokrycia. Wcale nie dlatego, że uważała go za człowieka niezdolnego do tak ogromnej przemocy; w jego oczach tańczyła ta charakterystyczna iskra buty, która miała na celu jedynie przyciągać wzrok i odwracać uwagę od cienia, który odbijał się za nią głębiej, kładąc się na duszy chłopaka niczym mroczny całun. Miał spojrzenie kogoś, kto nie zawahałby się przed wymierzeniem własnej sprawiedliwości.
Nie obawiała się go jednak, bo wiedziała, co ją czeka. I wiedziała, że Louvain nie będzie miał z tym nic wspólnego.
- Wiem, w jaki sposób umrę, Louvain. I wiem, że nie przyłożysz do tego ręki - oznajmiła spokojnie, wbijając w niego świdrujące spojrzenie kogoś, kto widział najgorsze i się z tym pogodził. - Musisz znaleźć inną wymówkę, jeśli chcesz zataić przede mną prawdę. - Kolejne słowa wypowiedziała z większą lekkością, prawie jakby była żartobliwie karcącą go nauczycielką. Nie miała zamiaru go winić, że nie chce odsłaniać wszystkich kart. Pewne informacje można było zdobyć tylko i wyłącznie za pomocą zaufania, a to zaczynało dopiero między nimi nieśmiało kwitnąć.
Kiedy Louvain wspomniał o konspiracji, o ludziach takich jak oni, którzy działają razem, by zmieniać rzeczywistość, w Scylli zbudziła się dziecięca ciekawość. Miała w sobie tę naiwną wiarę, że świat da się naprawić, jeśli tylko znajdzie się właściwe metody. Prawda, którą oferował Louvain, była nieznana, niemal tajemnicza, ale to właśnie ją przyciągało. Chciała wiedzieć więcej, zobaczyć, co kryje się za tymi enigmatycznymi słowami. Być może ta grupa mogłaby dać jej to, czego zawsze pragnęła - cel, w którym mogłaby skupić swoją złość, przekształcając ją w coś, co przyniesie rzeczywistą zmianę.
- Naprawdę są tacy, którzy myślą tak jak my? - zapytała, próbując ukryć nutę niedowierzania, która przebijała się przez jej głos. Było w nim jednak coś jeszcze, coś bardziej dziecinnego - jakby była uczennicą, która właśnie odkryła sekretny klub w szkole, o którym nikt jej nie powiedział.
Louvain zdawał się czytać w jej oczach, widząc tę ciekawość, ale i gotowość do podążania za nim, do poznania tego, co ma do zaoferowania. Uniosła głowę, próbując przybrać bardziej pewną minę, ale jej spojrzenie zdradzało, że była łatwa do zmanipulowania. Chciała wierzyć, że to, co Louvain mówi, ma sens. Chciała być częścią czegoś większego niż ona sama. Scylla wpatrywała się w niego tak, jakby czekała na znak, że jej słowa były czymś więcej niż tylko dziecinnymi fantazjami. Chciała, żeby jej gniew i frustracja znalazły ujście, żeby przekształciły się w coś realnego.
Gdy Louvain wyciągnął rękę, poczuła, jakby zapraszał ją do wejścia na nową ścieżkę - jedną, na której czekała ją walka, ale i szansa na coś wielkiego. Ujęła jego dłoń, nieco niepewnie, ale z determinacją, która mimo wszystko była prawdziwa.
- Jeśli rzeczywiście istnieje sposób, żeby zmienić świat… - zaczęła niepewnie, jakby obawiała się, że zabrzmi zbyt naiwnie. - To chcę być jego częścią. Chcę wiedzieć, jak mogę zrobić coś, żeby to wszystko... - zawahała się, szukając właściwych słów, ale nie mogąc ich znaleźć, zamaszystym gestem wolnej ręki wskazała otaczający ich świat - ...żeby to wszystko nie poszło na marne. - W jej oczach widać było mieszankę ekscytacji i naiwnej wiary, że zmiana jest możliwa, że może być częścią czegoś potężniejszego.
Czegoś, co sprawi, że przestanie być jedynie biernym obserwatorem przyszłości i wreszcie zacznie mieć na nią wpływ.
Była młoda, a jej złość i frustracja nie miały jeszcze formy, którą można by przekuć w konkretną wizję świata. Wiedziała, że coś jej w nim przeszkadza, ale nie umiała jeszcze do końca określić, co. Nie ufała mugolom ani czarodziejom mugolskiego pochodzenia; dorastała, słysząc, jak są postrzegani jako słabsi, bardziej skażeni. Te przekonania były dla niej jak cienie w tle, coś, co było częścią jej rzeczywistości, ale czego nigdy nie analizowała zbyt głęboko. Teraz jednak, w towarzystwie Louvaina, zaczynała widzieć w tych cieniach więcej - może nie były tylko tłem, ale stanowiły coś, z czym można walczyć, coś, na co można wpłynąć.
Nie wzruszyła się słysząc zawoalowaną groźbę Louvaina, bo wiedziała, że nie ma pokrycia. Wcale nie dlatego, że uważała go za człowieka niezdolnego do tak ogromnej przemocy; w jego oczach tańczyła ta charakterystyczna iskra buty, która miała na celu jedynie przyciągać wzrok i odwracać uwagę od cienia, który odbijał się za nią głębiej, kładąc się na duszy chłopaka niczym mroczny całun. Miał spojrzenie kogoś, kto nie zawahałby się przed wymierzeniem własnej sprawiedliwości.
Nie obawiała się go jednak, bo wiedziała, co ją czeka. I wiedziała, że Louvain nie będzie miał z tym nic wspólnego.
- Wiem, w jaki sposób umrę, Louvain. I wiem, że nie przyłożysz do tego ręki - oznajmiła spokojnie, wbijając w niego świdrujące spojrzenie kogoś, kto widział najgorsze i się z tym pogodził. - Musisz znaleźć inną wymówkę, jeśli chcesz zataić przede mną prawdę. - Kolejne słowa wypowiedziała z większą lekkością, prawie jakby była żartobliwie karcącą go nauczycielką. Nie miała zamiaru go winić, że nie chce odsłaniać wszystkich kart. Pewne informacje można było zdobyć tylko i wyłącznie za pomocą zaufania, a to zaczynało dopiero między nimi nieśmiało kwitnąć.
Kiedy Louvain wspomniał o konspiracji, o ludziach takich jak oni, którzy działają razem, by zmieniać rzeczywistość, w Scylli zbudziła się dziecięca ciekawość. Miała w sobie tę naiwną wiarę, że świat da się naprawić, jeśli tylko znajdzie się właściwe metody. Prawda, którą oferował Louvain, była nieznana, niemal tajemnicza, ale to właśnie ją przyciągało. Chciała wiedzieć więcej, zobaczyć, co kryje się za tymi enigmatycznymi słowami. Być może ta grupa mogłaby dać jej to, czego zawsze pragnęła - cel, w którym mogłaby skupić swoją złość, przekształcając ją w coś, co przyniesie rzeczywistą zmianę.
- Naprawdę są tacy, którzy myślą tak jak my? - zapytała, próbując ukryć nutę niedowierzania, która przebijała się przez jej głos. Było w nim jednak coś jeszcze, coś bardziej dziecinnego - jakby była uczennicą, która właśnie odkryła sekretny klub w szkole, o którym nikt jej nie powiedział.
Louvain zdawał się czytać w jej oczach, widząc tę ciekawość, ale i gotowość do podążania za nim, do poznania tego, co ma do zaoferowania. Uniosła głowę, próbując przybrać bardziej pewną minę, ale jej spojrzenie zdradzało, że była łatwa do zmanipulowania. Chciała wierzyć, że to, co Louvain mówi, ma sens. Chciała być częścią czegoś większego niż ona sama. Scylla wpatrywała się w niego tak, jakby czekała na znak, że jej słowa były czymś więcej niż tylko dziecinnymi fantazjami. Chciała, żeby jej gniew i frustracja znalazły ujście, żeby przekształciły się w coś realnego.
Gdy Louvain wyciągnął rękę, poczuła, jakby zapraszał ją do wejścia na nową ścieżkę - jedną, na której czekała ją walka, ale i szansa na coś wielkiego. Ujęła jego dłoń, nieco niepewnie, ale z determinacją, która mimo wszystko była prawdziwa.
- Jeśli rzeczywiście istnieje sposób, żeby zmienić świat… - zaczęła niepewnie, jakby obawiała się, że zabrzmi zbyt naiwnie. - To chcę być jego częścią. Chcę wiedzieć, jak mogę zrobić coś, żeby to wszystko... - zawahała się, szukając właściwych słów, ale nie mogąc ich znaleźć, zamaszystym gestem wolnej ręki wskazała otaczający ich świat - ...żeby to wszystko nie poszło na marne. - W jej oczach widać było mieszankę ekscytacji i naiwnej wiary, że zmiana jest możliwa, że może być częścią czegoś potężniejszego.
Czegoś, co sprawi, że przestanie być jedynie biernym obserwatorem przyszłości i wreszcie zacznie mieć na nią wpływ.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga