15.10.2024, 12:10 ✶
Nigdy nie przynosiła białych kwiatów.
Żonkile dla babki, kolorowe goździki dla pani Crawley, róże dla Aurory, czerwone dalie dla Naoise, której twarz Brenna znała tylko ze snów widmowidza, i dla Derwina, nie tak dawno zmarłego. Za życia lubili kolory, dlaczego miałaby teraz przynosić im żałobną biel? Czerwień więc, czerwone kwiaty, które Derwin przynosił tu raz w miesiącu żonie przez dwadzieścia pięć lat, te same czerwone kwiaty od Brenny dla nich obojga.
Nie wiedziała, że dziś pogrzeb, nie miała pojęcia, że chowają na cmentarzu, mugolskim przecież, jednego z sąsiadów, i gdy przystanęła, z rękoma pełnymi kwiatów, by z daleka spojrzeć na żałobników, pomyślała, że powinna była o tym wiedzieć. W Dolinie Godryka ludzie się znali, nawet czarodzieje kojarzyli większość mugoli, plotki rozchodziły się szybko, a jednak nie miała pojęcia, kogo chowano – nawet jeżeli rozpoznawała kilka sylwetek w tłumie. Przez moment było jej prawie wstyd, ale nie ruszyła w ich kierunku. Została w pewnym oddaleniu, czekając aż żałobnicy przejdą od kaplicy w głąb cmentarza, tam gdzie kolejny mieszkaniec Doliny Godryka miał zostać złożony na wieczny spoczynek.
Czy umarł z przyczyn naturalnych, czy to kolejny pogrzeb z powodu czarodziejów?
W maju przybyło tu przecież świeżych grobów, i na niektórych z nich wyryto mugolskie nazwiska.
Ten nagrobek, przy którym stała Brenna, nie był jednak ani świeży, ani mugolski. To był jeden ze starszych na cmentarzu, który lubiła oglądać, odkąd była małą dziewczynką. Wąski kamień nagrobny, popękany ze starości, trójkąt, z wpisanym w niego okręgiem i kreską na górze, Ignotus Peverell, zmarły w roku 1292. Tym razem nie patrzyła ku niemu, a ku ludziom – i gdy odwróciła wzrok od konduktu żałobnego, jej wzrok padł na Anthony’ego Shafiqa.
– Panie Shafiq – powiedziała, spoglądając na niego znad kwiatów. Nie nosiła żałoby. Miała na sobie zwyczajne spodnie, i lnianą koszulę, takie, które nie powinny zwracać uwagi mugoli. – Nie spodziewałabym się pana w Dolinie Godryka.
A na pewno nie na cmentarzu st. Jeromy'ego.
Żonkile dla babki, kolorowe goździki dla pani Crawley, róże dla Aurory, czerwone dalie dla Naoise, której twarz Brenna znała tylko ze snów widmowidza, i dla Derwina, nie tak dawno zmarłego. Za życia lubili kolory, dlaczego miałaby teraz przynosić im żałobną biel? Czerwień więc, czerwone kwiaty, które Derwin przynosił tu raz w miesiącu żonie przez dwadzieścia pięć lat, te same czerwone kwiaty od Brenny dla nich obojga.
Nie wiedziała, że dziś pogrzeb, nie miała pojęcia, że chowają na cmentarzu, mugolskim przecież, jednego z sąsiadów, i gdy przystanęła, z rękoma pełnymi kwiatów, by z daleka spojrzeć na żałobników, pomyślała, że powinna była o tym wiedzieć. W Dolinie Godryka ludzie się znali, nawet czarodzieje kojarzyli większość mugoli, plotki rozchodziły się szybko, a jednak nie miała pojęcia, kogo chowano – nawet jeżeli rozpoznawała kilka sylwetek w tłumie. Przez moment było jej prawie wstyd, ale nie ruszyła w ich kierunku. Została w pewnym oddaleniu, czekając aż żałobnicy przejdą od kaplicy w głąb cmentarza, tam gdzie kolejny mieszkaniec Doliny Godryka miał zostać złożony na wieczny spoczynek.
Czy umarł z przyczyn naturalnych, czy to kolejny pogrzeb z powodu czarodziejów?
W maju przybyło tu przecież świeżych grobów, i na niektórych z nich wyryto mugolskie nazwiska.
Ten nagrobek, przy którym stała Brenna, nie był jednak ani świeży, ani mugolski. To był jeden ze starszych na cmentarzu, który lubiła oglądać, odkąd była małą dziewczynką. Wąski kamień nagrobny, popękany ze starości, trójkąt, z wpisanym w niego okręgiem i kreską na górze, Ignotus Peverell, zmarły w roku 1292. Tym razem nie patrzyła ku niemu, a ku ludziom – i gdy odwróciła wzrok od konduktu żałobnego, jej wzrok padł na Anthony’ego Shafiqa.
– Panie Shafiq – powiedziała, spoglądając na niego znad kwiatów. Nie nosiła żałoby. Miała na sobie zwyczajne spodnie, i lnianą koszulę, takie, które nie powinny zwracać uwagi mugoli. – Nie spodziewałabym się pana w Dolinie Godryka.
A na pewno nie na cmentarzu st. Jeromy'ego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.