15.10.2024, 12:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2024, 12:17 przez Millie Moody.)
To wcale nie chodziło o zebranie. O to, że było tam za dużo ludzi.
To wcale nie chodziło o napięcia związane z rekrutacją, o pytanie komu można komu nie można zaufać, ani czy w ogóle potrzebny jest ktoś więcej.
Był potrzebny? Może nie. Może tak. Dużo ich prawie zginęło kilka miesięcy temu, może gdyby było ich więcej, zdołaliby powstrzymać rozdarcie świata. Zdołaliby zrobić cokolwiek.
Może powinni rekrutować kogo popadnie.
Może powinni nikogo nie rekrutować.
Może powinni odpuścić. Poddać się i uciec.
Zawsze robiła to co mówił Alastor, a teraz go nie było. Znikał, rozpuszczał się z jej zasięgu, tak samo jak ona zniknęła po Beltane. Nie miała głosu. Nie chciała mieć głosu. Wypełniał ją tylko strach.
Może powinni zasnąć.
Może powinnam zasnąć.
Gdy tylko przekroczyła próg kuchni, zaczęła biec. Na ślepo przed siebie, przez hal swojego ulubionego miejsca, przez schody. Niemalże potykała się o własne nogi, nawet nie łapiąc się za barierkę, która niegdyś nadcięta skręciła komuś kark, a teraz lśniła nowością. Biegła, jakby gonił ją Poltergaist, tylko teraz wcale nie był to żart, nie była to zabawa, tylko strach poranionego zwierzęcia.
Biegła aż dotarła do swojego pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Od wewnętrznej strony pysznił się portret, który dostała od Erika - ona, ubrana i upozowana na tarotową arcykapłankę, władczynię intuicji i wglądu w siebie. Teraz ta portretowa Mildred spoglądała na nią i szydziła z jej słabości. Teraz...
Zwinęła się w kłębek pod drzwiami, nie mogąc już powstrzymać łez.
pukanie?
– Idź sobie...chcę... chcę być sama – kłamstwo, ostatnią rzeczą, którą powinna teraz robić to bycie samemu. Któż jednak chciał być oglądany w takim stanie?
To wcale nie chodziło o napięcia związane z rekrutacją, o pytanie komu można komu nie można zaufać, ani czy w ogóle potrzebny jest ktoś więcej.
Był potrzebny? Może nie. Może tak. Dużo ich prawie zginęło kilka miesięcy temu, może gdyby było ich więcej, zdołaliby powstrzymać rozdarcie świata. Zdołaliby zrobić cokolwiek.
Może powinni rekrutować kogo popadnie.
Może powinni nikogo nie rekrutować.
Może powinni odpuścić. Poddać się i uciec.
Zawsze robiła to co mówił Alastor, a teraz go nie było. Znikał, rozpuszczał się z jej zasięgu, tak samo jak ona zniknęła po Beltane. Nie miała głosu. Nie chciała mieć głosu. Wypełniał ją tylko strach.
Może powinni zasnąć.
Może powinnam zasnąć.
Gdy tylko przekroczyła próg kuchni, zaczęła biec. Na ślepo przed siebie, przez hal swojego ulubionego miejsca, przez schody. Niemalże potykała się o własne nogi, nawet nie łapiąc się za barierkę, która niegdyś nadcięta skręciła komuś kark, a teraz lśniła nowością. Biegła, jakby gonił ją Poltergaist, tylko teraz wcale nie był to żart, nie była to zabawa, tylko strach poranionego zwierzęcia.
Biegła aż dotarła do swojego pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Od wewnętrznej strony pysznił się portret, który dostała od Erika - ona, ubrana i upozowana na tarotową arcykapłankę, władczynię intuicji i wglądu w siebie. Teraz ta portretowa Mildred spoglądała na nią i szydziła z jej słabości. Teraz...
Zwinęła się w kłębek pod drzwiami, nie mogąc już powstrzymać łez.
pukanie?
– Idź sobie...chcę... chcę być sama – kłamstwo, ostatnią rzeczą, którą powinna teraz robić to bycie samemu. Któż jednak chciał być oglądany w takim stanie?