15.10.2024, 14:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2024, 15:01 przez Brenna Longbottom.)
– Mam chwilę – zapewniła Brenna, splatając ich palce. Jakby nie miała, to by ją znalazła: w najgorszym razie mogła wyciągnąć z kieszeni kartę „Władca Snów” i iść błagać wujka, żeby ją ratował, wciskając parę dodatkowych godzin do doby ich obojga. Nie robiła tego zwykle, nie chciała nadużywać uprzejmości Morpheusa, ale istniały chwile, gdy następowała wyższa konieczność. Taką zdaniem Brenny nie byłoby „nie spałam od 48 godzin”, ale już obecna sytuacja – owszem. – Hm… co powiesz na aportowanie się za sadem Abbottów? – zaproponowała po chwili zastanowienia. Sad Longbottomów albo ruiny na wrzosowiskach były lepsze do ćwiczeń, jej zdaniem przynajmniej, ale nie chciała chyba zabierać teraz Thomasa pod Warownię, gdzie mogło do nich wyjść nawet kilka osób. A już na pewno nie pod ruiny, gdzie stoczyli walkę, skąd pewnie dopiero zebrali się Brygadziści, sprawdzający teren.
Sad Abbottów był zabezpieczony przed mugolami – za samym terenem powinni być bezpieczni od natarczywych spojrzeń niemagicznych, móc czarować, a też wątpliwe, by pojawił się tam ktoś znajomy. Tam mogliby poćwiczyć. Mogliby porozmawiać. Albo mogliby pomilczeć, sama Brenna nie była jeszcze pewna, ani czego Thomas potrzebował bardziej, ani co ona powinna wybrać.
– Nie ma za co, Tommy – odparła, kiedy wychodzili, posyłając mu uśmiech, chociaż w oczach miała w tej chwili powagę. – Nie chciałabym, żebyś się za kogoś poświęcał.
Gotowi do poświęceń i oddania życia w chwili próby, co? Brennie nie podobała się ta… może nie przepowiednia – różdżki nie przewidywały przyszłości – ale możliwość.
– To co? Może na początek ja nas teleportuję, zanim przetestujesz, na ile kapryśna jest twoja nowa różdżka? – spytała, już znacznie lżejszym tonem, bo w tym ponurym dniu ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowali, była szybka wizyta w Mungu, z racji na to, że różdżka Thomasa jeszcze się z nim nie zgrała i gdzieś po drodze zgubiłby kawałki ciała.
Chwilę później oboje znikli z cichym trzaskiem.
Sad Abbottów był zabezpieczony przed mugolami – za samym terenem powinni być bezpieczni od natarczywych spojrzeń niemagicznych, móc czarować, a też wątpliwe, by pojawił się tam ktoś znajomy. Tam mogliby poćwiczyć. Mogliby porozmawiać. Albo mogliby pomilczeć, sama Brenna nie była jeszcze pewna, ani czego Thomas potrzebował bardziej, ani co ona powinna wybrać.
– Nie ma za co, Tommy – odparła, kiedy wychodzili, posyłając mu uśmiech, chociaż w oczach miała w tej chwili powagę. – Nie chciałabym, żebyś się za kogoś poświęcał.
Gotowi do poświęceń i oddania życia w chwili próby, co? Brennie nie podobała się ta… może nie przepowiednia – różdżki nie przewidywały przyszłości – ale możliwość.
– To co? Może na początek ja nas teleportuję, zanim przetestujesz, na ile kapryśna jest twoja nowa różdżka? – spytała, już znacznie lżejszym tonem, bo w tym ponurym dniu ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowali, była szybka wizyta w Mungu, z racji na to, że różdżka Thomasa jeszcze się z nim nie zgrała i gdzieś po drodze zgubiłby kawałki ciała.
Chwilę później oboje znikli z cichym trzaskiem.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.