16.10.2024, 01:19 ✶
Eden miała bardzo dziwną definicję rodziny, nieszablonową wizję. Zawsze widziała ją jako coś więcej niż zbiór jednostek - była ona bytem samodzielnym, większym niż suma swoich części. Nosiła w sobie coś niemalże świętego, niezłomnego, nienaruszalnego. To w jej obrębie istniały wszystkie zasady, to z niej płynęły największe wartości. Jednak poszczególne osoby, które tworzyły ten święty krąg, nigdy nie miały tej samej doniosłości. Były jedynie pionkami, które można było przestawiać, zastępować, usuwać z gry - nikt z osobna nie mógł zagrozić świętości tego bytu.
Eden była oddana rodzinie, ale nie poszczególnym ludziom. Każdy, nawet najbliższy krewny, był przede wszystkim narzędziem, rolą do odegrania. Byli niezbędni, aby podtrzymywać iluzję jedności, siły, ciągłości dziedzictwa, ale jednocześnie pozostawali wymienni, nieistotni, kiedy już przestali spełniać swoją funkcję. Rodzina istniała od wieków, przewyższała swą trwałością każdego z jej członków, którzy z czasem odchodzili, zostawiając po sobie jedynie puste miejsce przy stole. W miejsce tych, którzy upadali, zawsze pojawiali się nowi, gotowi kontynuować tradycję.
Rozumowanie kryjące się za tą definicją było proste; nie ludzie tworzyli rodzinę - to rodzina kształtowała ich. Eden widziała to na każdym kroku: jej matka, Eleonora, była przecież doskonałym przykładem kogoś, kto podporządkował swoje życie wyłącznie w imię zachowania honoru rodu. Fortinbras, z pozoru dystyngowany i pełen charyzmy, nigdy nie pozwalał, by jego własne pragnienia przesłaniały to, co jest korzystne dla nazwiska. Każdy z nich był jedynie elementem, który trzeba było ułożyć we właściwym miejscu, aby cały obrazek wyglądał na kompletny. A kiedy któryś z elementów przestawał pasować, Eden wiedziała, że lepiej odsunąć go na bok, zanim zaszkodzi całości. Nawet jeśli ten kawałek pasował idealnie w miejsce głowy rodu.
Może właśnie dlatego nie połączyła twarzy Baldwina z jego nazwiskiem. Kiedy Lorraine tak bardzo starała się namalować obraz jego osoby, przywołać wspomnienia zapomniane przez czas, Eden patrzyła na nią z rosnącą konsternacją. Starała się przypomnieć sobie, kim u licha był ten podrostek, ale robiła to tylko z sentymentu wobec kuzynki, dla której ewidentnie postacią był istotną. Nie mówi się z takim detalem i uniesieniem o byle kim, pewnie znaleźli niegdyś wspólny język poprzez sztukę, czy jakieś inne genetyczne skrzywienie, które krążyło po ich familii.
- To ten dziwny, który robi sobie przerwę na oddech co drugie słowo, jakby miał przewlekłe suchoty? - Zapytała, usilnie próbując połączyć wątki. Za moment pokręciła głową. - A nie, to inny. Baldwin przecież wygłaszał monolog, ewidentnie umie się wysławiać - oceniła, robiąc przy tym średnio zadowolone miny. Nie zapamiętywała chłystków z własnej rodziny, bo z perspektywy Eden nie wnosili do niej żadnej wartości, jedynie sprawiali, że na drzewie genealogicznym było tłoczno. Wstyd pomyśleć, że to po nich oraz Elliocie będzie dziedziczone to nazwisko.
- Wybacz mi, ptaszyno, ale ja nie przywiązuje uwagi do miernych mężczyzn - wyjaśniła, łapiąc w palce i bawiąc się kosmykiem włosów Lorraine. - Nie mam na to czasu. - Uśmiechnęła się nieco pobłażliwie, ale wcale nie skłamała. Miała zbyt dużo na głowie, by jeszcze zaprzątać ją sobie spowinowaceniem z jakimś podrzędnym artystą krzyczącym do księżyca lub maziającym pijane wizje po sztaludze.
- Nie przejmuj się tym, wymienialiśmy tylko grzeczności - ostatnie słowo wypowiedziała z przekąsem, bo bliżej tej rozmowie z Brenną i Atreusem było do przytyków niż sympatycznych gestów. - Nie sprawiłaś mi żadnej przykrości, Lorraine, ani tego wieczoru, ani nigdy dotąd. Co masz na myśli, mówiąc, że odstraszasz ludzi? - Eden była skonsternowana. Czego młoda Malfoyówna mogła jeszcze dzisiaj chcieć? Zebrała oklaski, laur wdzięczności w postaci bukietu kwiatów, gratulacje zebranych wokół osób. Czy nie tego chciała, występując przed wszystkimi? Uwagi?
- Czemu miałabym się nie zjawić? Moja droga, spójrz na pasmo niepowodzeń, jakim są mężczyźni w naszej rodzinie. Przyjrzyj się dobrze tym pustym spojrzeniom tęskniącym za rozumem. Mając do wyboru wspieranie tych imbecyli, a wspieranie ciebie, jak miałabym nie przyjść na recital kogoś, kto jako jedyny wykazuje jakikolwiek potencjał? - Przestała bawić się kosmykiem kuzynki i teraz czule włożyła go za jej ucho, przemykając z troską po złocistych włosach. Miała sentyment do Lorraine, bo przypominała jej kogoś, kim mogła się stać, gdyby nie została przez własnego ojca pozbawiona duszy.
- Wypadłaś świetnie, dlaczego to nie miałby być twój dzień? Czy ktoś powiedział ci coś przykrego? - Zapytała, węsząc w tym drugie dno. Ktoś musiał podminować jej pewność siebie, przecież sama z siebie nie użalałaby się nad sobą bez powodu. W tej rodzinie się tak nie robi. - Który to? Powiedz tylko słowo, a z dziką chęcią też wręczę mu wiązankę, choć niezłożoną z kwiatów - zaproponowała, ewidentna gotowa do wyjaśnienia kogokolwiek, zrugania go od stóp do głów jak stał, bo jej bliskich się nie obraża. Nie na jej warcie.
Eden była oddana rodzinie, ale nie poszczególnym ludziom. Każdy, nawet najbliższy krewny, był przede wszystkim narzędziem, rolą do odegrania. Byli niezbędni, aby podtrzymywać iluzję jedności, siły, ciągłości dziedzictwa, ale jednocześnie pozostawali wymienni, nieistotni, kiedy już przestali spełniać swoją funkcję. Rodzina istniała od wieków, przewyższała swą trwałością każdego z jej członków, którzy z czasem odchodzili, zostawiając po sobie jedynie puste miejsce przy stole. W miejsce tych, którzy upadali, zawsze pojawiali się nowi, gotowi kontynuować tradycję.
Rozumowanie kryjące się za tą definicją było proste; nie ludzie tworzyli rodzinę - to rodzina kształtowała ich. Eden widziała to na każdym kroku: jej matka, Eleonora, była przecież doskonałym przykładem kogoś, kto podporządkował swoje życie wyłącznie w imię zachowania honoru rodu. Fortinbras, z pozoru dystyngowany i pełen charyzmy, nigdy nie pozwalał, by jego własne pragnienia przesłaniały to, co jest korzystne dla nazwiska. Każdy z nich był jedynie elementem, który trzeba było ułożyć we właściwym miejscu, aby cały obrazek wyglądał na kompletny. A kiedy któryś z elementów przestawał pasować, Eden wiedziała, że lepiej odsunąć go na bok, zanim zaszkodzi całości. Nawet jeśli ten kawałek pasował idealnie w miejsce głowy rodu.
Może właśnie dlatego nie połączyła twarzy Baldwina z jego nazwiskiem. Kiedy Lorraine tak bardzo starała się namalować obraz jego osoby, przywołać wspomnienia zapomniane przez czas, Eden patrzyła na nią z rosnącą konsternacją. Starała się przypomnieć sobie, kim u licha był ten podrostek, ale robiła to tylko z sentymentu wobec kuzynki, dla której ewidentnie postacią był istotną. Nie mówi się z takim detalem i uniesieniem o byle kim, pewnie znaleźli niegdyś wspólny język poprzez sztukę, czy jakieś inne genetyczne skrzywienie, które krążyło po ich familii.
- To ten dziwny, który robi sobie przerwę na oddech co drugie słowo, jakby miał przewlekłe suchoty? - Zapytała, usilnie próbując połączyć wątki. Za moment pokręciła głową. - A nie, to inny. Baldwin przecież wygłaszał monolog, ewidentnie umie się wysławiać - oceniła, robiąc przy tym średnio zadowolone miny. Nie zapamiętywała chłystków z własnej rodziny, bo z perspektywy Eden nie wnosili do niej żadnej wartości, jedynie sprawiali, że na drzewie genealogicznym było tłoczno. Wstyd pomyśleć, że to po nich oraz Elliocie będzie dziedziczone to nazwisko.
- Wybacz mi, ptaszyno, ale ja nie przywiązuje uwagi do miernych mężczyzn - wyjaśniła, łapiąc w palce i bawiąc się kosmykiem włosów Lorraine. - Nie mam na to czasu. - Uśmiechnęła się nieco pobłażliwie, ale wcale nie skłamała. Miała zbyt dużo na głowie, by jeszcze zaprzątać ją sobie spowinowaceniem z jakimś podrzędnym artystą krzyczącym do księżyca lub maziającym pijane wizje po sztaludze.
- Nie przejmuj się tym, wymienialiśmy tylko grzeczności - ostatnie słowo wypowiedziała z przekąsem, bo bliżej tej rozmowie z Brenną i Atreusem było do przytyków niż sympatycznych gestów. - Nie sprawiłaś mi żadnej przykrości, Lorraine, ani tego wieczoru, ani nigdy dotąd. Co masz na myśli, mówiąc, że odstraszasz ludzi? - Eden była skonsternowana. Czego młoda Malfoyówna mogła jeszcze dzisiaj chcieć? Zebrała oklaski, laur wdzięczności w postaci bukietu kwiatów, gratulacje zebranych wokół osób. Czy nie tego chciała, występując przed wszystkimi? Uwagi?
- Czemu miałabym się nie zjawić? Moja droga, spójrz na pasmo niepowodzeń, jakim są mężczyźni w naszej rodzinie. Przyjrzyj się dobrze tym pustym spojrzeniom tęskniącym za rozumem. Mając do wyboru wspieranie tych imbecyli, a wspieranie ciebie, jak miałabym nie przyjść na recital kogoś, kto jako jedyny wykazuje jakikolwiek potencjał? - Przestała bawić się kosmykiem kuzynki i teraz czule włożyła go za jej ucho, przemykając z troską po złocistych włosach. Miała sentyment do Lorraine, bo przypominała jej kogoś, kim mogła się stać, gdyby nie została przez własnego ojca pozbawiona duszy.
- Wypadłaś świetnie, dlaczego to nie miałby być twój dzień? Czy ktoś powiedział ci coś przykrego? - Zapytała, węsząc w tym drugie dno. Ktoś musiał podminować jej pewność siebie, przecież sama z siebie nie użalałaby się nad sobą bez powodu. W tej rodzinie się tak nie robi. - Który to? Powiedz tylko słowo, a z dziką chęcią też wręczę mu wiązankę, choć niezłożoną z kwiatów - zaproponowała, ewidentna gotowa do wyjaśnienia kogokolwiek, zrugania go od stóp do głów jak stał, bo jej bliskich się nie obraża. Nie na jej warcie.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~