16.10.2024, 01:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2024, 01:34 przez Lorraine Malfoy.)
Z Eden mijamy pana Bletchleya i podchodzimy do Eleonory Malfoy.
"Ty Eusebiusie, Ty jesteś przyszłością tego narodu." Delikatna aberracja ściągniętych w lekkim zniesmaczeniu brwi rozchodząca się niczym fala po gładkiej tafli jeziora zaburzyła na chwilę spokojną harmonię twarzy półwili. Powinien kierować te słowa do swojego syna, pomyślała cierpko Lorraine, wiedząc, że słowo "syn" nigdy nie padło z ust Fortinbrasa w odniesieniu do Elliotta. To Eden była synem Fortinbrasa Malfoya. Bardziej niż kiedykolwiek był nim Elliott, stwierdziła beznamiętnie, omiatając spojrzeniem oddalające się sylwetki kuzynostwa. Tak jak szczerze współczuła Elliottowi, tak czasem odzywała się w niej głęboko skrywana pogarda, że ten nie potrafi sprostać oczekiwaniom ojca – "zaciśnij zęby", chciała mu powiedzieć, "spróbuj zasłużyć na jego uwagę", i wreszcie: "postaraj się być bardziej jak on", ale wtedy przypominała sobie, że te same słowa powtarzała w odniesieniu do własnej macochy. Odsuwała od siebie te uczucia w chłodnej racjonalizacji.
Od najmłodszych lat wyczulona na subtelne zmiany w dynamice relacji rodzinnych Malfoyów, była bezwzględna w swoich osądach. Fortinbras nigdy nie potrafił przekonać do siebie Elliotta, darząc syna niezrozumiałą nienawiścią, Paullus – choć nie był złym człowiekiem – zawiódł Desmonda, zagubionego w świecie pozbawionym według niego sensu, zaś ojciec Baldwina był skończonym głupcem, który nigdy nie próbował zrozumieć wrażliwego chłopca skrywającego uczucia pod aroganckim uśmiechem. "Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, bo środowisko samo się nie oczyści", mówili ojcowie, którzy zawiedli swoich synów, składając ciężar odpowiedzialności za rodzinę na barkach córek. Lorraine bawiło, że na tle braci Armand Malfoy jawił się jako wzór ojcowskiej miłości: wyrządził w życiu wiele złego, ale przynajmniej nie kazał jej nigdy wątpić w to, że jest kochana. Zastanawiała się, czy Eden może powiedzieć to samo o swoim ojcu – czy to niepokój, czy niechętny podziw kazał jej dzisiaj trzymać się blisko głowy rodu Malfoy?
Nie, zrozumiała, był to ten jeden uśmiech Fortinbrasa.
"Czasem wystarczy kosmyk włosów..." Ledwie zauważalne drgnięcie policzka było rysą na nieskazitelnej dotąd zbroi uprzejmości i opanowania. Wyobraziła sobie, że trzymany kieliszek wypełnia zamiast alkoholu eliksir wielosokowy. Zemdliło ją. Odstawiła drink na tacę przechodzącego obok kelnera. Nachyliła się blisko kuzynki, dłonią przysłaniając usta, tak, aby ruch warg nie mógł zdradzić treści podsłuchanej rozmowy, którą powierzała tylko i wyłącznie jej dyskrecji. Słowa stryja nie dawały Lorraine spokoju.
– Miejmy wyrozumiałość dla Raphaeli, bardzo usilnie próbowała, hm, wejść w rolę Josephine – rzuciła, pozornie bez związku: razem z Eden zaczęła powoli przesuwać się w stronę Eleonory, nie chcąc pozostawać zbyt długo w jednym miejscu; uśmiechnęła się przelotnie do mijanego Alexandra Bletchleya, zanim kontynuuowała dyskusję – wszyscy mamy chyba jakąś słabość do przebieranek. Dzisiaj jesteś elfią królową – uśmiechnęła się znacząco, poprawiając delikatnie włosy kuzynki, zakrywające szpiczaste uszy – ale gdybyś mogła być tutaj kimkolwiek – kogo byś wybrała? – Czyj to kosmyk włosów?, zastanawiała się chłodno Lorraine. Miała nadzieję, że Eden ma jakiś pomysł. A tymczasem...
– Ciociu – przywitała się ciepło z Eleonorą Malfoy – cieszę się niezmiernie, że przyjęłaś zaproszenie: czy repertuar przypadł ci do gustu? Bałam się, że Ravel wypadnie nieco upiornie w tym romantycznym otoczeniu.
"Ty Eusebiusie, Ty jesteś przyszłością tego narodu." Delikatna aberracja ściągniętych w lekkim zniesmaczeniu brwi rozchodząca się niczym fala po gładkiej tafli jeziora zaburzyła na chwilę spokojną harmonię twarzy półwili. Powinien kierować te słowa do swojego syna, pomyślała cierpko Lorraine, wiedząc, że słowo "syn" nigdy nie padło z ust Fortinbrasa w odniesieniu do Elliotta. To Eden była synem Fortinbrasa Malfoya. Bardziej niż kiedykolwiek był nim Elliott, stwierdziła beznamiętnie, omiatając spojrzeniem oddalające się sylwetki kuzynostwa. Tak jak szczerze współczuła Elliottowi, tak czasem odzywała się w niej głęboko skrywana pogarda, że ten nie potrafi sprostać oczekiwaniom ojca – "zaciśnij zęby", chciała mu powiedzieć, "spróbuj zasłużyć na jego uwagę", i wreszcie: "postaraj się być bardziej jak on", ale wtedy przypominała sobie, że te same słowa powtarzała w odniesieniu do własnej macochy. Odsuwała od siebie te uczucia w chłodnej racjonalizacji.
Od najmłodszych lat wyczulona na subtelne zmiany w dynamice relacji rodzinnych Malfoyów, była bezwzględna w swoich osądach. Fortinbras nigdy nie potrafił przekonać do siebie Elliotta, darząc syna niezrozumiałą nienawiścią, Paullus – choć nie był złym człowiekiem – zawiódł Desmonda, zagubionego w świecie pozbawionym według niego sensu, zaś ojciec Baldwina był skończonym głupcem, który nigdy nie próbował zrozumieć wrażliwego chłopca skrywającego uczucia pod aroganckim uśmiechem. "Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, bo środowisko samo się nie oczyści", mówili ojcowie, którzy zawiedli swoich synów, składając ciężar odpowiedzialności za rodzinę na barkach córek. Lorraine bawiło, że na tle braci Armand Malfoy jawił się jako wzór ojcowskiej miłości: wyrządził w życiu wiele złego, ale przynajmniej nie kazał jej nigdy wątpić w to, że jest kochana. Zastanawiała się, czy Eden może powiedzieć to samo o swoim ojcu – czy to niepokój, czy niechętny podziw kazał jej dzisiaj trzymać się blisko głowy rodu Malfoy?
Nie, zrozumiała, był to ten jeden uśmiech Fortinbrasa.
"Czasem wystarczy kosmyk włosów..." Ledwie zauważalne drgnięcie policzka było rysą na nieskazitelnej dotąd zbroi uprzejmości i opanowania. Wyobraziła sobie, że trzymany kieliszek wypełnia zamiast alkoholu eliksir wielosokowy. Zemdliło ją. Odstawiła drink na tacę przechodzącego obok kelnera. Nachyliła się blisko kuzynki, dłonią przysłaniając usta, tak, aby ruch warg nie mógł zdradzić treści podsłuchanej rozmowy, którą powierzała tylko i wyłącznie jej dyskrecji. Słowa stryja nie dawały Lorraine spokoju.
– Miejmy wyrozumiałość dla Raphaeli, bardzo usilnie próbowała, hm, wejść w rolę Josephine – rzuciła, pozornie bez związku: razem z Eden zaczęła powoli przesuwać się w stronę Eleonory, nie chcąc pozostawać zbyt długo w jednym miejscu; uśmiechnęła się przelotnie do mijanego Alexandra Bletchleya, zanim kontynuuowała dyskusję – wszyscy mamy chyba jakąś słabość do przebieranek. Dzisiaj jesteś elfią królową – uśmiechnęła się znacząco, poprawiając delikatnie włosy kuzynki, zakrywające szpiczaste uszy – ale gdybyś mogła być tutaj kimkolwiek – kogo byś wybrała? – Czyj to kosmyk włosów?, zastanawiała się chłodno Lorraine. Miała nadzieję, że Eden ma jakiś pomysł. A tymczasem...
– Ciociu – przywitała się ciepło z Eleonorą Malfoy – cieszę się niezmiernie, że przyjęłaś zaproszenie: czy repertuar przypadł ci do gustu? Bałam się, że Ravel wypadnie nieco upiornie w tym romantycznym otoczeniu.