Dużo się działo. To fakt. Sam był ptakiem, po chwili znowu zmienił się w człowieka i stał tuż za nią. Dobrze, to by oznaczało, że poczuł się pewniej. Nadal nie do końca była w stanie wyczuć te momenty, kiedy było na tyle źle, że postanawiał się zmieniać. Zapewne kiedyś się tego nauczy i będzie w stanie przewidywać jego typowe zachowania. Istotne jednak, że wrócił do nich.
Ścisnęła delikatnie jego dłoń, aby wiedział, że ma jej wsparcie, chciała mu zwyczajnie dodać otuchy i może faktycznie nie była szczególnie wysoka, ale stojąc przed nim skutecznie oddzielała go od reszty.
- Eliksiry to moja działka. - Tak, będzie musiała uzupełnić spiżarnię, bo trochę ich jej ostatnio powychodziło, musiała mieć pewność, że będzie mieć pod ręką odpowiednie mikstury, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i co będzie mogło się przydać.
Zamrugała szybko dwa razy. Nie do końca o to jej chodziło. Wspólne nazwisko nie było jej aktualnie największym i palącym problemem. Jasne, też było istotne, ale znajdowało się na dalszym miejscu listy panny Figg. - Tak, nazwisko, to samo, trzeba będzie to załatwić. - Potwierdziła jeszcze, aczkolwiek nie skupiała się na tym zbyt szczegółowo.
- Karl, prosiłabym cię, abyś ograniczył swoje eksperymenty społeczne do minimum, szczególnie w moim domu. - Jej głos zabrzmiał dosyć szorstko, ale nie miała jeszcze czasu na to, żeby martwić się pomysłami tego szalonego kota. Musiała jakoś zapanować nad tym całym bałaganem, który wydawał się jej być coraz większy. Wdech, wydech. Będzie dobrze.
Skrzywiła się nieco, kiedy Mabel się odezwała. Nie wiedziała, czy powinna się jej z tego tłumaczyć, w ogóle nie sądziła, że wypadałoby, aby usłyszała o tym, co miała do powiedzenia. - Trochę tak, a trochę nie... - To była chyba dobra mina do złej gry, tak.
Przeniosła spojrzenie na brata, i machnęła jakby przecząco głową. Nie miała pojęcia, jak ma to z siebie wykrzesać, ale musiała to zrobić. Może najlepiej szybko? Posłala Thomasowi złośliwe spojrzenie, kiedy nazwał ją pełnym imieniem, tak się nie będą bawić. - Nie. - Chciała to mieć za sobą, przeniosła spojrzenie na Longbottomównę, ponownie.
- Brenna,
taksięskładażezThomasemwczorajukradliśmydzieckoischowaliśmyjeunaszejbabci. - Powiedziała to bardzo szybko, na jednym wdechu. W końcu odetchnęła z ulgą, miała to za sobą. Pominęła w tym role wujka, bo nie chciała, żeby oberwał przez nich rykoszetem.
- Po co miałbyś kupować coś na deser? - Spojrzała jeszcze na brata nieco rozczarowanym wzrokiem, to jakby miał zamiar przynosić drzewa do lasu, czy coś.