16.10.2024, 09:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2024, 09:24 przez Samuel McGonagall.)
Patrzył w śliczną dziecięcą twarz i jak zawsze od razu widział w Mabel małą Norę. Jasne włosy, zawadiacki uśmiech, ciekawość i determinacja, którą tak bardzo kochał w pannie Figg. Siła walki, wola życia. Ale teraz pierwszy raz, tu na kuchennej podłodze, zaczął dostrzegać też inne cechy. Jego cechy. Teraz, w końcu, kiedy wiedział, kiedy Nora wyjawiła mu swój sekret, mógł dostrzec błękit oczu, kształt rąk, kto wie, może z czasem smykałkę do transmutacji.
– Jeśli będziesz chciała nauczę Cię tego tak, jak mnie nauczyła moja mama...– powiedział skupiony w całości na Mabel, bo to o nią chodziło tego dnia. O nich. Kiedyś jego rodzina liczyła sobie tylko trzy osoby i bardzo chciał, żeby znów tak było. Wtedy nie otaczały ich cztery ściany i londyński gwar, a ciepłe, zielone objęcie Kniei. Mieli mały dom, ale im to wystarczyło w zupełności, żeby być szczęśliwymi. A Samuel tak bardzo wierzył, że mógłby mieć to samo. Wrócić do szczęśliwych lat w bezpiecznej przestrzeni.
Oczywiście, Samuel, mały Samuel nie widział toksyczności swojego gniazda. Nie dostrzegał tego, że zaradna matka, która była ich jedynym łącznikiem ze światem, jest apodyktyczna i dominująca, pilnująca i determinująca każdy aspekt ich życia. Nie zauważył tego, że uległy ojciec pozbawiony honoru i swojego dziedzictwa zgadza się posłusznie na wszystko, co tylko zdecyduje jego małżonka, żyjąc i gasnąć w miejscu, do którego nie należało jego serce. Mały Samuel widział swoje gniazdo i tylko swoje, mając porównanie głównie z rodzinami innych gatunków. Mały Samuel kochał to miejsce i wierzył, że to co otrzymuje w zamian też jest miłością. Nawet taką, na którą bardzo trzeba było się postarać, żeby zasłużyć.
Nie chciał nazwiska od nich, nie potrzebował go, ale wiedział, że wchodząc do stada, trzeba przejąć jego zapach. Jego zwyczaje. Nie mógł znieść swojej obecności w mieście, a już w ogóle nie potrafił bez tony eliksirów zmrużyć oka w Londynie. Ilość odmiennych woni, uliczne życie, to, że cały czas wszędzie było jasno... Ale może kiedyś się nauczy. Może kiedyś zmusi się, żeby dobrze się tu czuć, bez konieczności wychodzenia nocą przez kominek Fiu do miejsca, które pachniało znajomo, swojsko i bezpiecznie. Gdzie było ciemno jak w jamie, i choć dla jednych to było straszne, to dla niego, och dla niego tak bardzo normalne. A może to on był nienormalny? Może to on musiał się w końcu ucywilizować?
McGonagall, to było nazwisko jego dziadka. Piękne i dumne, książka, którą napisał dziadek była mu przez lata lekturą do poduszki, znał jej fragmenty na wyrywki. Domyślał się, że jego ojciec również jakoś musi mieć na nazwisko i nawet raz o to zapytał, ale bardzo, bardzo tego później pożałował, bo mama nie była zadowolona z tej rozmowy i nie odzywała się potem do błagającego o przebaczenie ojca przez tydzień, jakby to była jego wina, że Samuel w ogóle zapytał. Później na rybach, kiedy byli sami, kiedy mieli czas bez czujnego oka mamy (choć kto wie, czy nie obserwowała ich jako ptak z gałęzi, Samowi zawsze wydawało się, że czuje jej wzrok na karku), wtedy ojciec delikatnie nakłuł swój opuszek palca pokazując mu czarną krew i powiedział wtedy:
Nie wszystko co czarne jest złe mały Sagitae. Pamiętaj, jeśli kiedyś nas zabraknie. Niedługo potem przestali chodzić na ryby, bo ojciec zachorował i musiał być w domu, ale Sam w tajemnicy przed mamą (jeśli można było mieć przed nią jakiekolwiek tajemnice) często nakłuwał sobie opuszek, zastanawiając się, czy i jego krew też kiedyś będzie czarna. To były smutne wspomnienia, ale mężczyzna jeszcze sobie nie zdawał sprawy, jak bardzo. Im więcej czasu spędzał wśród ludzi, tym bardziej chciał im o tym kiedyś opowiedzieć, to wiele więcej z życia, które nigdy nikogo nie interesowało. Chciałby nauczyć Mabel przemiany w wybrane przez nią zwierzę, nauczyć opieki nad hipogryfami, teraz skoro był dorosły, skoro był jej ojcem. Chciał wynagrodzić jej tak jak Norze wszystkie lata, kiedy nie był przy nich, bo fakt, że nie wiedział o jej istnieniu w żaden sposób go nie usprawiedliwiał. A tak bardzo chciał zabrać ją na ryby, jak zabierał go tata, chciał ją zabrać na ryby i liczyć na to, że nie zachoruje. Że nie umrze w przededniu jej osiemnastych urodzin.
Patrzył teraz na Mabel, na śliczną jasnowłosą psotnicę i zastanawiał się jak ubrać to w słowa. Jak jej powiedzieć. Jak wyznać prawdę zaklętą w ośmiu rubinach lśniących na palcu jego narzeczonej.
– Proszę, nie mów do mnie Pan – powiedział przez zaciśnięte gardło, rozluźniając chwyt, by nie ścisnąć drobnych ramion wzrastającej dopiero istoty, która dopiero miała rozwinąć przed nimi pełen potencjał. – Mów mi Samuel, Sam, a najlepiej, naj...najbardziej bym chciał, żebyś mówiła mi inaczej, bo... bo wiesz, bo ja.... ja i Twoja mama znaliśmy się dawno, dawno temu, jak Ciebie... – umilkł na moment, bo rozmowy się działy nad jego głową, wszędzie było pełno ludzi, ale on przecież nie mógł czekać, nie mógł czekać więcej, ani momentu dłużej skoro już i tak stracił osiem lat bycia rodziną, skoro nie widział jej pierwszych kroków, nie słyszał pierwszego śmiechu, skoro przez jej gardło nie przeszło słowo "tata" w innym kontekście, niż pytanie dlaczego go nie ma. Oczy zeszkliły mu się mocno, gdy zaciął się, nie wiedział jak dalej wybrnąć, a musiał być dorosły, musiał być dla niej, mimo klątwy, mimo własnych niedostatków i ograniczeń.
A potem świat pękł na dwoje. Finalnie okazało się, że znów coś źle zrozumiał. Że najwidoczniej nie taki był plan, żeby dzisiaj powiedzieć Mabel. Widocznie pomylił się, że mieli świętować w stadzie przyjęcie nowego członka rodziny, skoro wczoraj na plaży oświadczył jej się na prawdę, prawdziwym pierścionkiem, a nie nitką z rękawa. Widocznie nie chodziło o niego, a o porwane młode kogoś innego.Dzieci i ryby głosu nie mają tak mówiła mu mama. Nie był dzieckiem, nie umiał transmutować się w rybę, ale znów coś źle zrozumiał, znów się zapomniał, znów zakłócił porządek ustalony przez kogoś mądrzejszego. Nie powinien się w ogóle odzywać. Tak było bezpieczniej.
Zabrał ręce od Mabel, czując pętlę galopujących myśli zaciskających mu się na gardle. To nie jest jego dom. To nie są jego wybory. Może kiedy będzie miał to samo nazwisko. Może nigdy.
– Przepraszam, boję się, że klątwa uderzy, ostatnio gorzej sobie z nią radzę. Pójdę obok, nie chce... nie chce zrobić Wam krzywdy – powiedział, wraz z ostatnim słowem znów zamieniając się w ptaka i wyfruwając przez drzwi do pokoju obok. Był zbędny w tej ważnej rozmowie, a mógł tylko zaszkodzić tym, jak kiepsko radził sobie z magią kształtowania. Nie zamierzał ich narażać.
– Jeśli będziesz chciała nauczę Cię tego tak, jak mnie nauczyła moja mama...– powiedział skupiony w całości na Mabel, bo to o nią chodziło tego dnia. O nich. Kiedyś jego rodzina liczyła sobie tylko trzy osoby i bardzo chciał, żeby znów tak było. Wtedy nie otaczały ich cztery ściany i londyński gwar, a ciepłe, zielone objęcie Kniei. Mieli mały dom, ale im to wystarczyło w zupełności, żeby być szczęśliwymi. A Samuel tak bardzo wierzył, że mógłby mieć to samo. Wrócić do szczęśliwych lat w bezpiecznej przestrzeni.
Oczywiście, Samuel, mały Samuel nie widział toksyczności swojego gniazda. Nie dostrzegał tego, że zaradna matka, która była ich jedynym łącznikiem ze światem, jest apodyktyczna i dominująca, pilnująca i determinująca każdy aspekt ich życia. Nie zauważył tego, że uległy ojciec pozbawiony honoru i swojego dziedzictwa zgadza się posłusznie na wszystko, co tylko zdecyduje jego małżonka, żyjąc i gasnąć w miejscu, do którego nie należało jego serce. Mały Samuel widział swoje gniazdo i tylko swoje, mając porównanie głównie z rodzinami innych gatunków. Mały Samuel kochał to miejsce i wierzył, że to co otrzymuje w zamian też jest miłością. Nawet taką, na którą bardzo trzeba było się postarać, żeby zasłużyć.
Nie chciał nazwiska od nich, nie potrzebował go, ale wiedział, że wchodząc do stada, trzeba przejąć jego zapach. Jego zwyczaje. Nie mógł znieść swojej obecności w mieście, a już w ogóle nie potrafił bez tony eliksirów zmrużyć oka w Londynie. Ilość odmiennych woni, uliczne życie, to, że cały czas wszędzie było jasno... Ale może kiedyś się nauczy. Może kiedyś zmusi się, żeby dobrze się tu czuć, bez konieczności wychodzenia nocą przez kominek Fiu do miejsca, które pachniało znajomo, swojsko i bezpiecznie. Gdzie było ciemno jak w jamie, i choć dla jednych to było straszne, to dla niego, och dla niego tak bardzo normalne. A może to on był nienormalny? Może to on musiał się w końcu ucywilizować?
McGonagall, to było nazwisko jego dziadka. Piękne i dumne, książka, którą napisał dziadek była mu przez lata lekturą do poduszki, znał jej fragmenty na wyrywki. Domyślał się, że jego ojciec również jakoś musi mieć na nazwisko i nawet raz o to zapytał, ale bardzo, bardzo tego później pożałował, bo mama nie była zadowolona z tej rozmowy i nie odzywała się potem do błagającego o przebaczenie ojca przez tydzień, jakby to była jego wina, że Samuel w ogóle zapytał. Później na rybach, kiedy byli sami, kiedy mieli czas bez czujnego oka mamy (choć kto wie, czy nie obserwowała ich jako ptak z gałęzi, Samowi zawsze wydawało się, że czuje jej wzrok na karku), wtedy ojciec delikatnie nakłuł swój opuszek palca pokazując mu czarną krew i powiedział wtedy:
Nie wszystko co czarne jest złe mały Sagitae. Pamiętaj, jeśli kiedyś nas zabraknie. Niedługo potem przestali chodzić na ryby, bo ojciec zachorował i musiał być w domu, ale Sam w tajemnicy przed mamą (jeśli można było mieć przed nią jakiekolwiek tajemnice) często nakłuwał sobie opuszek, zastanawiając się, czy i jego krew też kiedyś będzie czarna. To były smutne wspomnienia, ale mężczyzna jeszcze sobie nie zdawał sprawy, jak bardzo. Im więcej czasu spędzał wśród ludzi, tym bardziej chciał im o tym kiedyś opowiedzieć, to wiele więcej z życia, które nigdy nikogo nie interesowało. Chciałby nauczyć Mabel przemiany w wybrane przez nią zwierzę, nauczyć opieki nad hipogryfami, teraz skoro był dorosły, skoro był jej ojcem. Chciał wynagrodzić jej tak jak Norze wszystkie lata, kiedy nie był przy nich, bo fakt, że nie wiedział o jej istnieniu w żaden sposób go nie usprawiedliwiał. A tak bardzo chciał zabrać ją na ryby, jak zabierał go tata, chciał ją zabrać na ryby i liczyć na to, że nie zachoruje. Że nie umrze w przededniu jej osiemnastych urodzin.
Patrzył teraz na Mabel, na śliczną jasnowłosą psotnicę i zastanawiał się jak ubrać to w słowa. Jak jej powiedzieć. Jak wyznać prawdę zaklętą w ośmiu rubinach lśniących na palcu jego narzeczonej.
– Proszę, nie mów do mnie Pan – powiedział przez zaciśnięte gardło, rozluźniając chwyt, by nie ścisnąć drobnych ramion wzrastającej dopiero istoty, która dopiero miała rozwinąć przed nimi pełen potencjał. – Mów mi Samuel, Sam, a najlepiej, naj...najbardziej bym chciał, żebyś mówiła mi inaczej, bo... bo wiesz, bo ja.... ja i Twoja mama znaliśmy się dawno, dawno temu, jak Ciebie... – umilkł na moment, bo rozmowy się działy nad jego głową, wszędzie było pełno ludzi, ale on przecież nie mógł czekać, nie mógł czekać więcej, ani momentu dłużej skoro już i tak stracił osiem lat bycia rodziną, skoro nie widział jej pierwszych kroków, nie słyszał pierwszego śmiechu, skoro przez jej gardło nie przeszło słowo "tata" w innym kontekście, niż pytanie dlaczego go nie ma. Oczy zeszkliły mu się mocno, gdy zaciął się, nie wiedział jak dalej wybrnąć, a musiał być dorosły, musiał być dla niej, mimo klątwy, mimo własnych niedostatków i ograniczeń.
A potem świat pękł na dwoje. Finalnie okazało się, że znów coś źle zrozumiał. Że najwidoczniej nie taki był plan, żeby dzisiaj powiedzieć Mabel. Widocznie pomylił się, że mieli świętować w stadzie przyjęcie nowego członka rodziny, skoro wczoraj na plaży oświadczył jej się na prawdę, prawdziwym pierścionkiem, a nie nitką z rękawa. Widocznie nie chodziło o niego, a o porwane młode kogoś innego.Dzieci i ryby głosu nie mają tak mówiła mu mama. Nie był dzieckiem, nie umiał transmutować się w rybę, ale znów coś źle zrozumiał, znów się zapomniał, znów zakłócił porządek ustalony przez kogoś mądrzejszego. Nie powinien się w ogóle odzywać. Tak było bezpieczniej.
Zabrał ręce od Mabel, czując pętlę galopujących myśli zaciskających mu się na gardle. To nie jest jego dom. To nie są jego wybory. Może kiedy będzie miał to samo nazwisko. Może nigdy.
– Przepraszam, boję się, że klątwa uderzy, ostatnio gorzej sobie z nią radzę. Pójdę obok, nie chce... nie chce zrobić Wam krzywdy – powiedział, wraz z ostatnim słowem znów zamieniając się w ptaka i wyfruwając przez drzwi do pokoju obok. Był zbędny w tej ważnej rozmowie, a mógł tylko zaszkodzić tym, jak kiepsko radził sobie z magią kształtowania. Nie zamierzał ich narażać.