16.10.2024, 15:00 ✶
Scylla przyglądała się Charlesowi z delikatnym, prawie nieuchwytnym uśmiechem na ustach. Jego lekkość i beztroska, choć zupełnie różne od jej własnej natury, miały w sobie coś pociągającego. Nie czuła się urażona jego żartami ani słowami, nie uważała, że wkraczał na tereny, których nie powinni przekraczać ludzie o tak krótkiej znajomości. Wręcz przeciwnie, jego swobodny sposób bycia sprawiał, że czuła się mniej napięta, choć jednocześnie nie potrafiła w pełni się zrelaksować. Jakby coś w niej nie pozwalało na to, by całkowicie odpuścić, nawet na chwilę.
- Nie masz za co przepraszać - powiedziała cicho, niemal szeptem, wpatrując się w płomień świecy, który tańczył na krawędzi miseczki z żywicą. - Twoje żarty są… przyjemną odmianą. Z chęcią cię odwiedzę. - Uniosła na niego wzrok, a w jej jasnych oczach można było dostrzec coś na kształt niepewności, jakby była zaskoczona, że to powiedziała. Próbowała brzmieć pewnie, ale jej słowa zawisły w powietrzu z lekkim drżeniem, które zdradzało więcej, niż chciała.
Zapach rozgrzanej żywicy i estragonu wypełniał pomieszczenie, otulając ich niczym ciepły, lekko duszący płaszcz. Scylla czuła się w tej atmosferze jakby zawieszona między rzeczywistością a czymś odleglejszym, trudnym do uchwycenia. Charles, z uśmiechem na twarzy i troską w głosie, wydawał się jej prawie nierealny. Mówił o darze, o wizjach, jakby to była rzecz prosta, coś, co można okiełznać i zrozumieć. Jakby życie było takie proste.
- Dar… - powtórzyła, odchylając lekko głowę w bok, jakby chciała lepiej wsłuchać się w jego słowa, a może i swoje własne. - Tak się o tym mówi, ale… - urwała na moment, zaciskając dłonie na krawędzi stołu. - Nie zawsze potrafię nad tym zapanować. Czasem mam wrażenie, że wizje same mną kierują, a nie ja nimi. Nie dają wytchnienia. - Jej głos był spokojny, ale zdradzał nutę zagubienia, jakby nie była pewna, czy to, co mówi, ma jakikolwiek sens. - Może mistrz Dolohov rzeczywiście będzie mógł mi pomóc; jak nie on, to nie wiem kto - dodała po chwili, nieco bardziej stanowczo, choć jej oczy wciąż były nieco zamglone, jakby widziały coś, czego tu nie było.
Gdy temat zszedł na jej pochodzenie, poczuła znajomy chłód ściskający jej serce. Wstyd, który próbowała ukryć, nagle wyjrzał na powierzchnię, przypominając o sobie w najbardziej nieodpowiednim momencie. Gdy Charles zaczął coś mówić, próbując ją pocieszyć, miała wrażenie, że każda jego kolejna próba wyciągnięcia jej z tego wstydu tylko bardziej eksponuje to, czego najbardziej chciała uniknąć.
- Tak, moja rodzina to czarodzieje - powiedziała z cichym westchnieniem, unikając jego wzroku. - Prawdę mówiąc, nawet nie znam nikogo, kto w mojej rodzinie by nim nie był, ale i tak, z jakiegoś powodu, nie jesteśmy krwi czystej - dodała po chwili, próbując brzmieć lekko, jakby to była rzecz błaha. Ale jej głos zdradził więcej, niż chciała. Wciąż była niepewna, czy jego reakcja będzie rzeczywiście tak neutralna, jak próbował ją zapewnić.
Słysząc jego prośbę, którą wręcz odebrała jak dobroduszne polecenie, podniosła na niego wzrok, z nutą niepewności w spojrzeniu. Jakby szukała w jego oczach odpowiedzi, której sama nie potrafiła znaleźć. - Nie, nie jestem z mugoli, brońcie bogowie. Tak naprawdę nie chcę mieć z nimi nic do czynienia, całe życie ich latorośl sprawiała mi tylko i wyłącznie przykrość. - Te słowa przyszły jej trudniej, niż się spodziewała. Tafla słonej wody zaszkliła sarnie oczy, ale nie uformowała się w ani jedną łzę, nie zwilżyła powiek. Czuła się, jakby przyznała się do jakiejś winy, jakby było to coś, co powinna była zataić. A jednak była zbyt dumna, by kłamać. Nawet jeśli Charles, z jego przyjaznym uśmiechem i dobrymi intencjami, nie był w stanie zrozumieć ciężaru, jaki niosła.
Charles wydawał się jednak niezachwiany w swoim ciepłym, przyjaznym usposobieniu, a jego próby złagodzenia sytuacji były niemal urocze. Jego słowa, mimo że miały uspokajać, dla Scylli były jak próba oswojenia czegoś, co od zawsze było dzikie i nieokiełznane. Czuła, że chciał ją zrozumieć, ale była zbyt przyzwyczajona do ukrywania prawdziwej natury swej rodziny, by w pełni pozwolić sobie na otwartość.
- Gdyby to nie było nic złego, nie czułabym się w ten sposób - mruknęła, wyraźnie podenerwowana, a potem znowu uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Wiedziała jednak jedno - jeśli chciałaby go odwiedzić przed sobotą, musiałaby najpierw przekonać samą siebie, że zasługuje na jego uśmiech, niezależnie od tego, co sądziła o sobie i swoim pochodzeniu.
- Nie masz za co przepraszać - powiedziała cicho, niemal szeptem, wpatrując się w płomień świecy, który tańczył na krawędzi miseczki z żywicą. - Twoje żarty są… przyjemną odmianą. Z chęcią cię odwiedzę. - Uniosła na niego wzrok, a w jej jasnych oczach można było dostrzec coś na kształt niepewności, jakby była zaskoczona, że to powiedziała. Próbowała brzmieć pewnie, ale jej słowa zawisły w powietrzu z lekkim drżeniem, które zdradzało więcej, niż chciała.
Zapach rozgrzanej żywicy i estragonu wypełniał pomieszczenie, otulając ich niczym ciepły, lekko duszący płaszcz. Scylla czuła się w tej atmosferze jakby zawieszona między rzeczywistością a czymś odleglejszym, trudnym do uchwycenia. Charles, z uśmiechem na twarzy i troską w głosie, wydawał się jej prawie nierealny. Mówił o darze, o wizjach, jakby to była rzecz prosta, coś, co można okiełznać i zrozumieć. Jakby życie było takie proste.
- Dar… - powtórzyła, odchylając lekko głowę w bok, jakby chciała lepiej wsłuchać się w jego słowa, a może i swoje własne. - Tak się o tym mówi, ale… - urwała na moment, zaciskając dłonie na krawędzi stołu. - Nie zawsze potrafię nad tym zapanować. Czasem mam wrażenie, że wizje same mną kierują, a nie ja nimi. Nie dają wytchnienia. - Jej głos był spokojny, ale zdradzał nutę zagubienia, jakby nie była pewna, czy to, co mówi, ma jakikolwiek sens. - Może mistrz Dolohov rzeczywiście będzie mógł mi pomóc; jak nie on, to nie wiem kto - dodała po chwili, nieco bardziej stanowczo, choć jej oczy wciąż były nieco zamglone, jakby widziały coś, czego tu nie było.
Gdy temat zszedł na jej pochodzenie, poczuła znajomy chłód ściskający jej serce. Wstyd, który próbowała ukryć, nagle wyjrzał na powierzchnię, przypominając o sobie w najbardziej nieodpowiednim momencie. Gdy Charles zaczął coś mówić, próbując ją pocieszyć, miała wrażenie, że każda jego kolejna próba wyciągnięcia jej z tego wstydu tylko bardziej eksponuje to, czego najbardziej chciała uniknąć.
- Tak, moja rodzina to czarodzieje - powiedziała z cichym westchnieniem, unikając jego wzroku. - Prawdę mówiąc, nawet nie znam nikogo, kto w mojej rodzinie by nim nie był, ale i tak, z jakiegoś powodu, nie jesteśmy krwi czystej - dodała po chwili, próbując brzmieć lekko, jakby to była rzecz błaha. Ale jej głos zdradził więcej, niż chciała. Wciąż była niepewna, czy jego reakcja będzie rzeczywiście tak neutralna, jak próbował ją zapewnić.
Słysząc jego prośbę, którą wręcz odebrała jak dobroduszne polecenie, podniosła na niego wzrok, z nutą niepewności w spojrzeniu. Jakby szukała w jego oczach odpowiedzi, której sama nie potrafiła znaleźć. - Nie, nie jestem z mugoli, brońcie bogowie. Tak naprawdę nie chcę mieć z nimi nic do czynienia, całe życie ich latorośl sprawiała mi tylko i wyłącznie przykrość. - Te słowa przyszły jej trudniej, niż się spodziewała. Tafla słonej wody zaszkliła sarnie oczy, ale nie uformowała się w ani jedną łzę, nie zwilżyła powiek. Czuła się, jakby przyznała się do jakiejś winy, jakby było to coś, co powinna była zataić. A jednak była zbyt dumna, by kłamać. Nawet jeśli Charles, z jego przyjaznym uśmiechem i dobrymi intencjami, nie był w stanie zrozumieć ciężaru, jaki niosła.
Charles wydawał się jednak niezachwiany w swoim ciepłym, przyjaznym usposobieniu, a jego próby złagodzenia sytuacji były niemal urocze. Jego słowa, mimo że miały uspokajać, dla Scylli były jak próba oswojenia czegoś, co od zawsze było dzikie i nieokiełznane. Czuła, że chciał ją zrozumieć, ale była zbyt przyzwyczajona do ukrywania prawdziwej natury swej rodziny, by w pełni pozwolić sobie na otwartość.
- Gdyby to nie było nic złego, nie czułabym się w ten sposób - mruknęła, wyraźnie podenerwowana, a potem znowu uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Wiedziała jednak jedno - jeśli chciałaby go odwiedzić przed sobotą, musiałaby najpierw przekonać samą siebie, że zasługuje na jego uśmiech, niezależnie od tego, co sądziła o sobie i swoim pochodzeniu.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga