16.10.2024, 21:47 ✶
Przelanie kwiatka nie było zbyt dużym problemem. Można było poczekać, aż ziemia wyschnie, w ostateczności nawet wyciągnąć roślinę z ziemi i osuszyć korzenie manualnie. Na ten drugi pomysł Charlie niestety nie wpadł, miał za to wiele innych, których bał się wykorzystać w praktyce przez znaczenie tego konkretnego chabazia, który zdobił okno mieszkania wynajmowanego od Rodolphosa Lestrange. Chociaż Victorii Charles nigdy nie poznał, a raczej nie pamiętał, że spotkał ją podczas Lammas, bo i nie miał możliwości poznać jej nazwiska, to wolał uszanować decyzje zainteresowanej rodziny co do opieki nad przeklętym zielstwem. Skrzaty, które pojawiły się w mieszkaniu z woli Rolpha, przeprowadziły swoje zabiegi, ale Mulciberowi wydawało się, że te nie podziałały. Roślinka była skazana na zagładę.
Pukanie do drzwi zdziwiło go, ale nie wahał się ani chwili, by ruszyć do wejścia i otworzyć. Widok Rodolphusa był spodziewany, ale Charliemu i tak serce zabiło szybciej. Kiedy widzieli się po raz ostatni, rozstawali się w nieco niezręcznych okolicznościach, przynajmniej dla Mulcibera. Czy Lestrange myślał tak samo? Charles nie znał odpowiedzi na to pytanie, nie potrafił jednak powstrzymać euforii, która narastała w jego wnętrzu.
- Rolph! - Ucieszył się na widok kolegi i odsunął się, chcąc wpuścić go do środka. Chciałby przytulić go na powitanie, ale wiedział, że nie wypada. - Przyszedłeś w sprawie kwiatka. Tak bardzo cię przepraszam... - Ukorzył się od razu. - Tam, stoi na oknie, tak jak wcześniej.
Mieszkanie nie zmieniło się zbytnio, co więcej, w ogóle nie zdradzało, że ktoś mógłby w nim mieszkać. Bracia nie mieli dość osobistych bibelotów, by zagracić nimi przestrzeń, a i obaj dbali o czystość w stopniu zakrawającym o niezdrowy. Wszystko było na swoim miejscu, bez chociażby jednej drobinki kurzu, jedynie otwarta książka, otworzona i zwrócona otwartymi stronami do blatu stolika, kłuła w oczy, nie będąc równo włożoną na swoje miejsce w regale. Okładka zdradzała, że książka była w temacie zielarstwa, a co więcej, wypożyczono ją z biblioteki. W powietrzu unosił się nikły, lecz wystarczająco przykry zapach, przez który nos się marszczył, a obiad podchodził do gardła.
Pukanie do drzwi zdziwiło go, ale nie wahał się ani chwili, by ruszyć do wejścia i otworzyć. Widok Rodolphusa był spodziewany, ale Charliemu i tak serce zabiło szybciej. Kiedy widzieli się po raz ostatni, rozstawali się w nieco niezręcznych okolicznościach, przynajmniej dla Mulcibera. Czy Lestrange myślał tak samo? Charles nie znał odpowiedzi na to pytanie, nie potrafił jednak powstrzymać euforii, która narastała w jego wnętrzu.
- Rolph! - Ucieszył się na widok kolegi i odsunął się, chcąc wpuścić go do środka. Chciałby przytulić go na powitanie, ale wiedział, że nie wypada. - Przyszedłeś w sprawie kwiatka. Tak bardzo cię przepraszam... - Ukorzył się od razu. - Tam, stoi na oknie, tak jak wcześniej.
Mieszkanie nie zmieniło się zbytnio, co więcej, w ogóle nie zdradzało, że ktoś mógłby w nim mieszkać. Bracia nie mieli dość osobistych bibelotów, by zagracić nimi przestrzeń, a i obaj dbali o czystość w stopniu zakrawającym o niezdrowy. Wszystko było na swoim miejscu, bez chociażby jednej drobinki kurzu, jedynie otwarta książka, otworzona i zwrócona otwartymi stronami do blatu stolika, kłuła w oczy, nie będąc równo włożoną na swoje miejsce w regale. Okładka zdradzała, że książka była w temacie zielarstwa, a co więcej, wypożyczono ją z biblioteki. W powietrzu unosił się nikły, lecz wystarczająco przykry zapach, przez który nos się marszczył, a obiad podchodził do gardła.