17.10.2024, 02:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.10.2024, 02:14 przez Thomas Figg.)
Dobrze wiedział, że Nora nie zauważyła, że coś się dzieje, sam o to dbał, żeby nie było po nim nic widać. Może nie do końca przemyślana zachowanie, jednak dbanie o innych pokrywało się również z ochroną ich przed martwieniem się o niego. Skrupulatnie budował swoją maskę, ubierając uśmiech i żarty niczym zbroję codziennie rano i wierząc, że to wystarczy. Nie chciał im dokładać zmartwień na barki. Co chyba niezbyt dobrze mu poszło, biorąc pod uwagę, że zamiast dawkować rewelację zrzucał je na siostrę niczym wezbrana rzeka.
- Wiem, nie dajecie mi o tym zapomnieć z Brenną - powiedział z uśmiechem, pierwszy raz tego wieczoru wyrażającym oznaki radości. To były osoby, z którymi był najbliżej, dwa jasne promyki w jego życiu, które pomogły mu rozwiąż mrok w przeszłości i nadal były dla niego drogowskazem i ostoją. Czy kiedykolwiek zdoła im za to odpłacić? Wątpił w to, choć cały czas się starał.
Pokiwał przecząco głową na jej słowa. - Muszę być, jesteście całym moim światem, bez was nic nie będzie miało znaczenia - odpowiedział, nie chciał zbawiać całego świata, nie miał o sobie tak wysokiego mniemania, żeby uważać, że zdoła zbawić cały świat, jedyne czego chciał to ocalić SWÓJ cały świat, uchronić tych kilka osób przed całą tą wojną. Ciężkie zadanie biorąc pod uwagę, że niemal wszyscy byli powiązani z Zakonem. Ale nie potrafił i nie chciał wyobrażać sobie świata bez kogokolwiek z nich, bez nich był jedynie pustą skorupą, muszą porzuconą i niezamieszkałą. To oni byli siłą dla niego, motywem do wstawania kolejnego dnia z łóżka i nie poddania się.
Chciał zaprzeczyć, powiedzieć, że przecież może robić o wiele więcej, że jest w stanie udźwignąć więcej niż to co robi, że może jej bardziej pomagać, bardziej się angażować. Ale przecież to było Nora, ona nie kłamała. Zerknął na nią pozwalając sobie nie być silnym, przy niej przecież mógł do diabła, ona nie wzgardziła nim kiedy szorował po dnie, dlaczego by więc miała, gdy ledwie się potknął. - Dziękuję, wierzę ci - powiedział posyłając jej uśmiech i przecierając oczy wierzchem dłoni. Nie oczekiwał niczego za to co robił dla niej i innych bliskich, ich radość i uśmiechy były bardziej niż wystarczające, żeby dalej trwać w tym co robił.
- Poznałem ją po powrocie do kraju, ona jest z Zakonu - dość odważne słowo "poznałem", byli wtedy ledwie znajomymi, znani z imienia, bo los tak rzucił kością, że wylądowali w tym samym miejscu - Zakonie. Szczęśliwy przypadek, a może chichot losu? Nie miał pojęcia, wiedział tylko, ze po ostatnich wydarzeniach nie był w stanie przejść obok niej obojętnie. W nerwowym ruchu wysupłał z kieszeni paczkę papierosów i już sięgał po jednego, kiedy zdał sobie sprawę, że siedzi w salonie swojej siostry, zwalczył więc chęć zapalenia i schował paczkę w dłoni. - Nie wiem. Nie mam pojęcia co ona czuje. Ale wiem, że ja nigdy nie czułem czegoś takiego - cóż za ironia losu, że właśnie w momencie takim a nie innym znalazł drugi kawałek swojej duszy? On, który całe życie nie był w żadnym związku miał poczuć coś do drugiej osoby? W tych mroczny i niebezpiecznych czasach, kiedy przyjdzie mu stawiać własne życie na szali miał znajdować dodatkowy powód by żyć? Nigdy nie stawiał swojego szczęścia na pierwszym miejscu, ani nawet na drugi, dlaczego więc teraz miałby to zrobić i spróbować sięgnąć po nie? Wziął głęboki oddech, znów miał wrażenie, że czuje ten sam zapach, który poczuł podczas przytulania panny Moody, który to już raz czuł w przeciągu ostatnich dwóch dni?
- Po oczyszczaniu Księżycowego Stawu spędziliśmy razem wieczór przy herbacie: Hardwick, Heather i ona Millie. - ostatnie imię wymienił miękko i wyraźnie się zmieszał, ale tym razem nie przerywał, koniec z tym, musiał być szczery nawet jak nie ze sobą to z Norą, był jej to winny. - Nawet nie wiem jak z poddasza znaleźliśmy się nad stawem, skończyliśmy na jego brzegu we dwójkę. Podzieliłem z nią moje lęki, moje pragnienia. Potrafiła dotrzeć do tego mnie ukrytego głęboko w środku, jak ty, jakbym znał ją długie lata... I nie mogę wyrzucić jej z umysłu - nie chcę... Cały czas wracam do niej myślami i do tamtych chwil. Do cholery nie mogę pozbyć się jej zapachu, cały czas wydaje mi się, że go czuje, chce go czuć, bo jest kojący, pozwala mi się zrelaksować. Pozwoliła mi poczuć akceptację i bezpieczeństwo, które czuje przy tobie, tak podobne, ale też inne. A trzymając ją w ramionach nie potrafiłem określić w którym miejscu istnieje granica miedzy naszymi duszami, jakbyśmy razem mogli stworzyć jedno - miał wrażenie, że bredzi jak w malignie, że to co mówi nie ma ani krzty sensu, nie potrafił pojąć tego wszystkiego, wyrzucił z siebie wszystko. Spowiadał się siostrze z tego co nie mógł rozgryźć sam. - Nora, co się ze mną dzieje, co mam robić? - zapytał żałośnie, jakby faktycznie to wszystko co powiedział przed chwilą nie dawało mu samo w sobie odpowiedzi. Po części tak było, jednak potrzebował od kogoś potwierdzenia, zapewnienia, że mimo mrocznych czasów powinni czerpać z życia, a nie poddawać się lekowi i porzucić próby nawiązania nowych relacji, że wciąż może czuć.
- Wiem, nie dajecie mi o tym zapomnieć z Brenną - powiedział z uśmiechem, pierwszy raz tego wieczoru wyrażającym oznaki radości. To były osoby, z którymi był najbliżej, dwa jasne promyki w jego życiu, które pomogły mu rozwiąż mrok w przeszłości i nadal były dla niego drogowskazem i ostoją. Czy kiedykolwiek zdoła im za to odpłacić? Wątpił w to, choć cały czas się starał.
Pokiwał przecząco głową na jej słowa. - Muszę być, jesteście całym moim światem, bez was nic nie będzie miało znaczenia - odpowiedział, nie chciał zbawiać całego świata, nie miał o sobie tak wysokiego mniemania, żeby uważać, że zdoła zbawić cały świat, jedyne czego chciał to ocalić SWÓJ cały świat, uchronić tych kilka osób przed całą tą wojną. Ciężkie zadanie biorąc pod uwagę, że niemal wszyscy byli powiązani z Zakonem. Ale nie potrafił i nie chciał wyobrażać sobie świata bez kogokolwiek z nich, bez nich był jedynie pustą skorupą, muszą porzuconą i niezamieszkałą. To oni byli siłą dla niego, motywem do wstawania kolejnego dnia z łóżka i nie poddania się.
Chciał zaprzeczyć, powiedzieć, że przecież może robić o wiele więcej, że jest w stanie udźwignąć więcej niż to co robi, że może jej bardziej pomagać, bardziej się angażować. Ale przecież to było Nora, ona nie kłamała. Zerknął na nią pozwalając sobie nie być silnym, przy niej przecież mógł do diabła, ona nie wzgardziła nim kiedy szorował po dnie, dlaczego by więc miała, gdy ledwie się potknął. - Dziękuję, wierzę ci - powiedział posyłając jej uśmiech i przecierając oczy wierzchem dłoni. Nie oczekiwał niczego za to co robił dla niej i innych bliskich, ich radość i uśmiechy były bardziej niż wystarczające, żeby dalej trwać w tym co robił.
- Poznałem ją po powrocie do kraju, ona jest z Zakonu - dość odważne słowo "poznałem", byli wtedy ledwie znajomymi, znani z imienia, bo los tak rzucił kością, że wylądowali w tym samym miejscu - Zakonie. Szczęśliwy przypadek, a może chichot losu? Nie miał pojęcia, wiedział tylko, ze po ostatnich wydarzeniach nie był w stanie przejść obok niej obojętnie. W nerwowym ruchu wysupłał z kieszeni paczkę papierosów i już sięgał po jednego, kiedy zdał sobie sprawę, że siedzi w salonie swojej siostry, zwalczył więc chęć zapalenia i schował paczkę w dłoni. - Nie wiem. Nie mam pojęcia co ona czuje. Ale wiem, że ja nigdy nie czułem czegoś takiego - cóż za ironia losu, że właśnie w momencie takim a nie innym znalazł drugi kawałek swojej duszy? On, który całe życie nie był w żadnym związku miał poczuć coś do drugiej osoby? W tych mroczny i niebezpiecznych czasach, kiedy przyjdzie mu stawiać własne życie na szali miał znajdować dodatkowy powód by żyć? Nigdy nie stawiał swojego szczęścia na pierwszym miejscu, ani nawet na drugi, dlaczego więc teraz miałby to zrobić i spróbować sięgnąć po nie? Wziął głęboki oddech, znów miał wrażenie, że czuje ten sam zapach, który poczuł podczas przytulania panny Moody, który to już raz czuł w przeciągu ostatnich dwóch dni?
- Po oczyszczaniu Księżycowego Stawu spędziliśmy razem wieczór przy herbacie: Hardwick, Heather i ona Millie. - ostatnie imię wymienił miękko i wyraźnie się zmieszał, ale tym razem nie przerywał, koniec z tym, musiał być szczery nawet jak nie ze sobą to z Norą, był jej to winny. - Nawet nie wiem jak z poddasza znaleźliśmy się nad stawem, skończyliśmy na jego brzegu we dwójkę. Podzieliłem z nią moje lęki, moje pragnienia. Potrafiła dotrzeć do tego mnie ukrytego głęboko w środku, jak ty, jakbym znał ją długie lata... I nie mogę wyrzucić jej z umysłu - nie chcę... Cały czas wracam do niej myślami i do tamtych chwil. Do cholery nie mogę pozbyć się jej zapachu, cały czas wydaje mi się, że go czuje, chce go czuć, bo jest kojący, pozwala mi się zrelaksować. Pozwoliła mi poczuć akceptację i bezpieczeństwo, które czuje przy tobie, tak podobne, ale też inne. A trzymając ją w ramionach nie potrafiłem określić w którym miejscu istnieje granica miedzy naszymi duszami, jakbyśmy razem mogli stworzyć jedno - miał wrażenie, że bredzi jak w malignie, że to co mówi nie ma ani krzty sensu, nie potrafił pojąć tego wszystkiego, wyrzucił z siebie wszystko. Spowiadał się siostrze z tego co nie mógł rozgryźć sam. - Nora, co się ze mną dzieje, co mam robić? - zapytał żałośnie, jakby faktycznie to wszystko co powiedział przed chwilą nie dawało mu samo w sobie odpowiedzi. Po części tak było, jednak potrzebował od kogoś potwierdzenia, zapewnienia, że mimo mrocznych czasów powinni czerpać z życia, a nie poddawać się lekowi i porzucić próby nawiązania nowych relacji, że wciąż może czuć.