17.10.2024, 19:00 ✶
– Nie mieliście szans. Dalej nie macie – odparła Brenna, może trochę butnie, ale cóż, ludzie mieli swoje talenty. Niektórzy umieli łamać klątwy, inni oczarowywać tłumy, a ona umiała błyskawicznie dostać się na jabłonkę i zerwać najpiękniejsze jabłko. Mało imponujące, ale zawsze coś.
Przypatrywała się przez chwilę drzewom, pyszniących się na nich owocom, czekającym na zebranie. Kochała sady Doliny Godryka. Sad Longbottomów i sad Abbottów przywodziły na myśl beztroskie dzieciństwo – gdy Brenna nawet nie pojmowała, że rodzina Abbottów „podupadła”, że dziedzice Helgi Hufflepuff przez niektórych byli uznawani za gorszych, ponieważ zmieszali się z rodami półkrwi, miłość przekładając nad tradycję. Że ten sam proces zaczyna się w jej rodzinie i że niektórzy będą przez to na nich patrzyli krzywo.
Wtedy nikt z nich nie myślał o poświęceniu większym niż zapewnianiu, że to on sam zabrał ciasteczka z kuchni, których nie wolno było ruszać do obiadu.
– Tommy – powiedziała miękko, odwracając spojrzenie od drzew owocowych, zwracając ciemne oczy ku Thomasowi i na moment mocniej ściskając jego dłoń. – Między nami nie może być mowy o długach do spłacenia.
Nie w taki sposób. Mogła przyjąć pączki w ramach podziękowania w jakiejś sprawie, tak jak uważała, że nie ma niczego złego w tym, gdy płaci za odkupienie czegoś zniszczonego z jej winy, ale to było coś innego. Rachunki zysków i strat były częścią relacji – jeśli ktoś tylko wciąż dawał, dawał i dawał, niczego nie dostając w zamian, nie było to z pewnością zdrowe – ale jeśli faktycznie istniała przyjaźń, nie rozliczaliście się nawzajem z każdej zrobionej rzeczy.
– Chcesz wziąć się za ćwiczenia czy wolałabyś najpierw pogadać? – spytała, już normalnym tonem. Nie odpowiedziała na jego słowa o poświęcaniu się. Brenna miewała skłonności do podejścia pt. „mnie wolno to zrobić… nie, tobie nie, to zbyt niebezpieczne!!!”, ale w tej chwili nie było sensu wykłócać się z Thomasem. Nie w takiej sprawie.
Przypatrywała się mu, czekając, co wybierze. Mogła z nim ćwiczyć – nie była to żadna strata czasu, bo on wypróbuje nową różdżkę, ona zaś starała się i tak trenować niektóre dziedziny regularnie. Ale jeśli potrzebował pogadać, mogli rozmawiać: nie chciała jednak tego narzucać. Za dobrze wiedziała, że czasem wypowiedzenie niektórych słów było po prostu zbyt trudne.
Przypatrywała się przez chwilę drzewom, pyszniących się na nich owocom, czekającym na zebranie. Kochała sady Doliny Godryka. Sad Longbottomów i sad Abbottów przywodziły na myśl beztroskie dzieciństwo – gdy Brenna nawet nie pojmowała, że rodzina Abbottów „podupadła”, że dziedzice Helgi Hufflepuff przez niektórych byli uznawani za gorszych, ponieważ zmieszali się z rodami półkrwi, miłość przekładając nad tradycję. Że ten sam proces zaczyna się w jej rodzinie i że niektórzy będą przez to na nich patrzyli krzywo.
Wtedy nikt z nich nie myślał o poświęceniu większym niż zapewnianiu, że to on sam zabrał ciasteczka z kuchni, których nie wolno było ruszać do obiadu.
– Tommy – powiedziała miękko, odwracając spojrzenie od drzew owocowych, zwracając ciemne oczy ku Thomasowi i na moment mocniej ściskając jego dłoń. – Między nami nie może być mowy o długach do spłacenia.
Nie w taki sposób. Mogła przyjąć pączki w ramach podziękowania w jakiejś sprawie, tak jak uważała, że nie ma niczego złego w tym, gdy płaci za odkupienie czegoś zniszczonego z jej winy, ale to było coś innego. Rachunki zysków i strat były częścią relacji – jeśli ktoś tylko wciąż dawał, dawał i dawał, niczego nie dostając w zamian, nie było to z pewnością zdrowe – ale jeśli faktycznie istniała przyjaźń, nie rozliczaliście się nawzajem z każdej zrobionej rzeczy.
– Chcesz wziąć się za ćwiczenia czy wolałabyś najpierw pogadać? – spytała, już normalnym tonem. Nie odpowiedziała na jego słowa o poświęcaniu się. Brenna miewała skłonności do podejścia pt. „mnie wolno to zrobić… nie, tobie nie, to zbyt niebezpieczne!!!”, ale w tej chwili nie było sensu wykłócać się z Thomasem. Nie w takiej sprawie.
Przypatrywała się mu, czekając, co wybierze. Mogła z nim ćwiczyć – nie była to żadna strata czasu, bo on wypróbuje nową różdżkę, ona zaś starała się i tak trenować niektóre dziedziny regularnie. Ale jeśli potrzebował pogadać, mogli rozmawiać: nie chciała jednak tego narzucać. Za dobrze wiedziała, że czasem wypowiedzenie niektórych słów było po prostu zbyt trudne.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.