18.10.2024, 08:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.11.2024, 10:02 przez Brenna Longbottom.)
28 sierpnia, druga linia czasowa.
Jej dłonie wypełniły się piaskiem i szkłem.
Przypatrywała się złotym drobinkom, sypiącym się z rąk na podłogę, bez cienia zdziwienia, może tylko z odrobiną żalu – wiedziała, że cofa się za daleko i że prawdopodobnie zmieniacz się rozpadnie. Właściwie jego zniszczenie i tak było łagodną opcją, bo mogło być gorzej, znacznie gorzej. Nie była dokładnie pewna „jak”, ale zdawała sobie sprawę z tego, że zabawy czasem nigdy nie były w pełni bezpieczne.
W tym spojrzeniu był też pewien namysł, bardziej nad samą sobą niż nad pękniętym zmieniaczem, czy nad tym, że będzie trzeba przyznać wujkowi Slughornowi, że znowu spierdoliła i zniszczyła jeden z jego cennych mechanizmów.
Nie była jasnowidzem.
Skąd myśl, że Tessa umrze, na tyle mocno zakorzeniona w głowie, że bez namysłu użyła zmieniacza w taki sposób?
Może po prostu oszalała wreszcie kompletnie. Chyba tym też nie byłaby zaskoczona.
Nie musiała na razie szczególnie przejmować się unikaniem samej siebie. Wiedziała, że widząc drugą Brennę, zareagowałaby nerwowo, ale tego dnia przez większość czasu nie było jej w domu – a na pewno nie było jej w domu Tessy. Zajmowała się pracą. Jutro też cały dzień spędzi w Stawie. Potem będzie gorzej, ale nad tym zastanowi się później, gdzie spędzić dodatkowe godziny, parę nowych dni lata, przypadkiem jej ofiarowanych. Za trzy dni ta Brenna, która teraz tkwiła w Biurze, zniknie, cofając się w czasie, a ona będzie mogła wrócić. Nie chciała się nad tym zastanawiać: tylko rozbolałaby ją głowa.
Owinęła resztki szkła, srebrzystych, delikatnych części, złotego piasku, w chusteczkę i wsunęła tę do kieszeni Nie mogła ich tutaj zostawić. Wyciągnęła z szafy torbę, wrzuciła do niej parę rzeczy, których nieobecności nie powinna zauważyć - nie zauważyła przecież – a które mogły być jej potrzebne, jeśli miała przez trzy dni trzymać się z dala od wszystkich miejsc, w których bywała zwykle i od ludzi, którzy mogliby zauważyć, że coś jest nie tak. Na korytarzu pogłaskała psa, bo on nie mógł się zdziwić, że ledwo co odprowadził ją do drzwi wyjściowych, a oto znowu wychodziła ze swojej sypialni.
Nie była pewna, co miało się stać i czy cokolwiek, ale faktycznie nie widziała w ostatnich dniach Tessy. Ta nie przyszła nie tylko do Stawu, ale i nie pojawiła się na obiedzie w Warowni. Zerkała z niepokojem na Knieję, a w Kniei działy się dziwne rzeczy, znikali ludzie, podążający za wezwaniem lasu. I jeśli już w głowie Brenny wciąż dźwięczało ostrzeżenie, że Tessa umrze: że coś przegapiła, że było źle, że ciotce groziło niebezpieczeństwo, jeżeli przegapiła, że Knieja ją wzywała, przyciągała do siebie – musiała to sprawdzić.
Jej dłonie wypełniły się piaskiem i szkłem.
Przypatrywała się złotym drobinkom, sypiącym się z rąk na podłogę, bez cienia zdziwienia, może tylko z odrobiną żalu – wiedziała, że cofa się za daleko i że prawdopodobnie zmieniacz się rozpadnie. Właściwie jego zniszczenie i tak było łagodną opcją, bo mogło być gorzej, znacznie gorzej. Nie była dokładnie pewna „jak”, ale zdawała sobie sprawę z tego, że zabawy czasem nigdy nie były w pełni bezpieczne.
W tym spojrzeniu był też pewien namysł, bardziej nad samą sobą niż nad pękniętym zmieniaczem, czy nad tym, że będzie trzeba przyznać wujkowi Slughornowi, że znowu spierdoliła i zniszczyła jeden z jego cennych mechanizmów.
Nie była jasnowidzem.
Skąd myśl, że Tessa umrze, na tyle mocno zakorzeniona w głowie, że bez namysłu użyła zmieniacza w taki sposób?
Może po prostu oszalała wreszcie kompletnie. Chyba tym też nie byłaby zaskoczona.
Nie musiała na razie szczególnie przejmować się unikaniem samej siebie. Wiedziała, że widząc drugą Brennę, zareagowałaby nerwowo, ale tego dnia przez większość czasu nie było jej w domu – a na pewno nie było jej w domu Tessy. Zajmowała się pracą. Jutro też cały dzień spędzi w Stawie. Potem będzie gorzej, ale nad tym zastanowi się później, gdzie spędzić dodatkowe godziny, parę nowych dni lata, przypadkiem jej ofiarowanych. Za trzy dni ta Brenna, która teraz tkwiła w Biurze, zniknie, cofając się w czasie, a ona będzie mogła wrócić. Nie chciała się nad tym zastanawiać: tylko rozbolałaby ją głowa.
Owinęła resztki szkła, srebrzystych, delikatnych części, złotego piasku, w chusteczkę i wsunęła tę do kieszeni Nie mogła ich tutaj zostawić. Wyciągnęła z szafy torbę, wrzuciła do niej parę rzeczy, których nieobecności nie powinna zauważyć - nie zauważyła przecież – a które mogły być jej potrzebne, jeśli miała przez trzy dni trzymać się z dala od wszystkich miejsc, w których bywała zwykle i od ludzi, którzy mogliby zauważyć, że coś jest nie tak. Na korytarzu pogłaskała psa, bo on nie mógł się zdziwić, że ledwo co odprowadził ją do drzwi wyjściowych, a oto znowu wychodziła ze swojej sypialni.
Nie była pewna, co miało się stać i czy cokolwiek, ale faktycznie nie widziała w ostatnich dniach Tessy. Ta nie przyszła nie tylko do Stawu, ale i nie pojawiła się na obiedzie w Warowni. Zerkała z niepokojem na Knieję, a w Kniei działy się dziwne rzeczy, znikali ludzie, podążający za wezwaniem lasu. I jeśli już w głowie Brenny wciąż dźwięczało ostrzeżenie, że Tessa umrze: że coś przegapiła, że było źle, że ciotce groziło niebezpieczeństwo, jeżeli przegapiła, że Knieja ją wzywała, przyciągała do siebie – musiała to sprawdzić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.