19.01.2023, 22:01 ✶
Teoretycznie sprawa, jakich wiele. Ot, coś skradziono, więc trzeba wypytać, zrobić rozeznanie, sprawdzić, czy nie ma jakichś śladów, sporządzić stosowny raport, przeprowadzić dochodzenie i tak dalej, i tak dalej. Nie pierwsza, nie ostatnia sprawa tego rodzaju.
Tyle że spośród wszystkich, jakie przerobiła dotychczas w swojej karierze, wyróżniała się tym, iż przestępstwo miało miejsce w domenie skądinąd bogatej rodziny; jakkolwiek by nie patrzeć, Shafiqowie musieli mieć wszelkie zabezpieczenia w małym palcu, biorąc pod uwagę, z czego byli znani, czym się zajmowali. Zapewne z powodzeniem mogliby swoimi zbiorami wypełnić kilka konkretnej wielkości muzeów, stąd też nie podejrzewała ich o lekkomyślność w zakresie zabezpieczania tych wszystkich artefaktów. Przecież taka skarbnica z pewnością musiała przyciągać uwagę chociażby kolekcjonerów, którzy również cenili sobie takie rzeczy…
Stąd też cała sprawa, mimo że typowa, jednocześnie nie nadawała się do upchnięcia w szufladkę opatrzoną naklejką z napisem „pospolite złodziejstwo”. Zwłaszcza że, czego nie dało się nie zauważyć, do jej zbadania oddelegowano widmowidza i psi nos. W ten ostatni nieszczególnie pokładała teraz wiarę; być może upłynęło już zbyt wiele czasu, by dało się cokolwiek wyczuć, być może przez miejsce przestępstwa przewinęło się już zbyt wiele osób, by móc wyłowić z tygla zapachów coś konkretnego.
Cóż, nie było co gdybać, okaże się na miejscu.
Wstępne rozeznanie terenu to coś, co warto było zrobić – tak że sama dała znać Brennie, żeby chwilę na nią poczekała, po czym przeszła się wzdłuż muru, uważnie wąchając i łącząc to oczywiście z przyglądaniem się w poszukiwaniu detali sugerujących, że przekroczenie tej bariery nastąpiło w konkretnym miejscu. Nie liczyła na wiele, niemniej a nuż gdzieś pozostała jakaś nuta, którą skojarzy po ujrzeniu właściwego miejsca przestępstwa?
Z lokajem się przywitała i posłała mu lekki, krzepiący – a przynajmniej taką miała nadzieję – uśmiech. Zdążył zniknąć z twarzy kobiety, zanim stanęły przed obliczem pana domu, którego przywitała uprzejmym skinięciem głowy. Pałeczkę przejęła Brenna, toteż pozwoliła jej mówić – nie było sensu wchodzić kuzynce w słowo, zwłaszcza że w zasadzie na ten moment niewiele byłaby w stanie dodać, o ile w ogóle cokolwiek.
Pomijając pewne pytania, niemniej tak jakby nie wypadało od razu nimi zasypywać…
Tyle że spośród wszystkich, jakie przerobiła dotychczas w swojej karierze, wyróżniała się tym, iż przestępstwo miało miejsce w domenie skądinąd bogatej rodziny; jakkolwiek by nie patrzeć, Shafiqowie musieli mieć wszelkie zabezpieczenia w małym palcu, biorąc pod uwagę, z czego byli znani, czym się zajmowali. Zapewne z powodzeniem mogliby swoimi zbiorami wypełnić kilka konkretnej wielkości muzeów, stąd też nie podejrzewała ich o lekkomyślność w zakresie zabezpieczania tych wszystkich artefaktów. Przecież taka skarbnica z pewnością musiała przyciągać uwagę chociażby kolekcjonerów, którzy również cenili sobie takie rzeczy…
Stąd też cała sprawa, mimo że typowa, jednocześnie nie nadawała się do upchnięcia w szufladkę opatrzoną naklejką z napisem „pospolite złodziejstwo”. Zwłaszcza że, czego nie dało się nie zauważyć, do jej zbadania oddelegowano widmowidza i psi nos. W ten ostatni nieszczególnie pokładała teraz wiarę; być może upłynęło już zbyt wiele czasu, by dało się cokolwiek wyczuć, być może przez miejsce przestępstwa przewinęło się już zbyt wiele osób, by móc wyłowić z tygla zapachów coś konkretnego.
Cóż, nie było co gdybać, okaże się na miejscu.
Wstępne rozeznanie terenu to coś, co warto było zrobić – tak że sama dała znać Brennie, żeby chwilę na nią poczekała, po czym przeszła się wzdłuż muru, uważnie wąchając i łącząc to oczywiście z przyglądaniem się w poszukiwaniu detali sugerujących, że przekroczenie tej bariery nastąpiło w konkretnym miejscu. Nie liczyła na wiele, niemniej a nuż gdzieś pozostała jakaś nuta, którą skojarzy po ujrzeniu właściwego miejsca przestępstwa?
Z lokajem się przywitała i posłała mu lekki, krzepiący – a przynajmniej taką miała nadzieję – uśmiech. Zdążył zniknąć z twarzy kobiety, zanim stanęły przed obliczem pana domu, którego przywitała uprzejmym skinięciem głowy. Pałeczkę przejęła Brenna, toteż pozwoliła jej mówić – nie było sensu wchodzić kuzynce w słowo, zwłaszcza że w zasadzie na ten moment niewiele byłaby w stanie dodać, o ile w ogóle cokolwiek.
Pomijając pewne pytania, niemniej tak jakby nie wypadało od razu nimi zasypywać…
343