Geraldine wolała nie wchodzić do apteki, bo nieco ją przerażały te miejsca, wzbudzały w niej podobne obawy, co szpitale, chociaż nieco mniejsze. Nie do końca lubiła w nich przebywać, a wiedziała, że Ambroise pewnie spędzi tam dłuższą chwilę, dlatego też wolała zostać przed i spalić sobie peta. Słońce przyjemnie muskało jej skórę, nawet nie przeszkadzał jej przesadnie ten gorąc, na pewno było to lepsze od błota, i deszczu, który był bardziej typowy dla Londynu. Niewiele zdarzało się dni takich pięknych jak ten, oczywiście, że wolałaby go wykorzystać spędzając czas na przydomowej plaży.
Niektóre rzeczy jednak nie mogły zostać odłożone w czasie, szczególnie, że nigdy nie wiadomo, kiedy trafi się jakieś zlecenie, a jak zlecenie to i możliwe niepowodzenie, więc akurat oni musieli mieć pewność, że mają w domu odpowiednie składniki. Może ona nie znała się na tym jakoś specjalnie, miała to szczęście, że jej ukochany znał się na tym bardzo dobrze. Nie musieli więc nawet jakoś specjalnie zaopatrywać się w eliksiry, bo był im w stanie je wyczarować, to były naprawdę niesamowite umiejętności, często go podziwiała przy pracy nad miksturami. Sama zaś nigdy się tego nie dotykała, miała uraz jeszcze po tym, kiedy chodziła do szkoły. Tak samo i od kuchni starała się trzymać z daleka.
- Ciekawe z czego on wynika. Nie za bardzo jestem na biężąco z tym, co się dzieje w Londynie, aczkolwiek moi klienci też ostatnio składają coraz większe zamówienia. - Tak, jakby szykowali się na to, że coś może się wydarzyć. Wiedziała, że nastroje wśród czarodziejów były różne, szczególnie po tym jak Leach został ministrem. Wzbudzało to kontrowersje, bo kto to widział mugolaka na stanowisku ministra magii, ludziom nie do końca się to podobało. Nie orientowała się jednak za bardzo w teamcie, raczej docierały do niej ogóły, kiedy pojawiali się na przyjęciach wśród innych czystokrwistych. Co tu dużo mówić, ich chatka całkiem skutecznie odcięła ich od problemów zwyczajnego świata. Ambroise pewnie wiedział więcej od niej, bo częściej wychodził między ludzi, w końcu pracował w Mungu, Yaxley jak gdzieś łaziła to do lasu, więc raczej średnio orientowała się w temacie.
- Tak, oby poszło jak najszybciej, chętnie spędziłabym tę noc na plaży. - Miała nadzieję, że dotrą do domu odpowiednio wcześniej, dokończą porządkowanie swoich rzeczy i będą mogli znaleźć czas na przyjemności. To brzmiało jak całkiem niezły plan.
Bardzo szybko pożałowała tego, że postanowiła jeszcze zaciągnąć go do sklepu miotlarskiego. Wolała jednak zrobić to od razu, żeby nie musieć szybko wracać do Londynu. Najlepiej było za jednym zamachem odwiedzić wszystkie te miejsca, które potrzebowali. Mogliby się na dłużej zaszyć w Piaskownicy, a lubiła to robić szczególnie latem, chociaż czy faktycznie? Tak naprawdę doceniała urok tego miejsca podczas każdej pory roku, zawsze można było znaleźć tam coś ciekawego do roboty.
Robiło się coraz głośniej. Miała wrażenie, że ci ludzie są coraz bardziej zirytowani. Nie do końca wiedziała, co ich tutaj sprowadziło, na szczęście Ambroise okazał się być bystrzejrzy od niej i całkiem szybko ustalił o co właściwie chodzi w tym marszu. Dobrze było wiedzieć, między kim się znajdują, skoro zostali już w niego wciągnięci. Poczuła wbijający jej się w żebra łokieć, skrzywiła się nieco, ale dosyć szybko sprawca przesunął się do przodu, więc nie miała nawet szansy powiedzieć mu, żeby uważał, jak łazi.
- Charłaki? - Powtórzyła za Greengrassem. Zdecydowanie wolałaby się stąd wydostać, bo może i nic nie miała do charłaków, jednak nie wydawało jej się, żeby powinna biegać między nimi i z nimi skandować, nie czuła takiej potrzeby.
Z tyłu zaczeło się robić większe zamieszanie i zauważyła kilka osób, które zaczęły atakować ten tłum. Powinna się spodziewać, że dojdzie do zamieszek. Nie wszystkim podobało się takie manifestowanie swojego podejścia. - Roise, musimy stąd spadać, bo zaczyna się robić nerwowo. - Próbowała mu pokazać spojrzeniem tych ludzi, którzy zaczęli się przepychać.
Łatwo było mówić, zdecydowanie gorzej zrealizować, bo tłum ciągle przesuwał się do przodu i nie tak łatwo było się z niego wyrwać. Zresztą nie bardzo miała pomysł, w którą stronę powinni się ruszyć, bo wszędzie dookoła byli ludzie. Dobrze, że znajdowała się nad głowami większości z nich, bo dzięki temu przynajmniej mogła oddychać, ci niżsi nie mieli tyle szczęścia. Robiło się coraz bardziej nerwowo, albo jej się wydawało, albo ktoś właśnie przypierdolił komuś transparentem w łeb.