18.10.2024, 12:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.11.2024, 16:19 przez Brenna Longbottom.)
Brenny nie oburzał rynsztokowy język, chociaż nie przywykła do niego jeszcze w pełni. Ale i sama, chociaż nie posługiwała się jakoś szczególnie wyrafinowanym słownictwem, przeklinała zaiste rzadko – ostatecznie wychowywała się w tak zwanym dobrym domu i dopiero teraz, już jako „dorosła” zaczynała mieć do czynienia z „elementem społecznym”. Zaiste, to o chuj wyrwało się więc jej trochę z obawy, trochę z ekscytacji, bo NAPRAWDĘ natknęła się na coś niesamowitego, we własnym mniemaniu.
– Pochylił się nad włazem. I zawołał „doktorze” – szepnęła, cicho, gorączkowo niemalże, wstając i idąc już do zejścia. Czy mógł tam dalej siedzieć? A może nie, ale tam była prawdziwa pracownia, coś ciekawego? Czy faktycznie znalazła coś, co puści śledztwo w ruch? Doktor Żywa Śmierć, to dopiero!
– Niezłe przezwisko. Ego to on ma wielkie jak… Mount Everest, on jest chyba duży, nie?
Z tego wszystkiego Brenna nawet nie zastanowiła się czy polecenie wujka jest mądre. Zresztą – czy w ogóle mogłaby wziąć pod uwagę, że się mylił? Pewnie nie. Skoro wujek kazał otwierać, znaczy się, że to był świetny pomysł. Zwłaszcza że słowo „ostrożność” było młodej Longbottomównie obce, miała się tej nauczyć dopiero po latach i to głównie z poczucia odpowiedzialności za innych. W tej chwili nie zawahała się ani na sekundę, z typowo Longbottomowskim podejściem po prostu unosząc różdżkę, by skopiować zaobserwowane podczas transu znaki. Była w końcu nieodrodną córką swojego rodu i przez życie raczej gnała niż szła, w biegu przeskakując przez przeszkody.
– Ojcu? Dziadkowi? – prychnęła jeszcze, jakby z odrobiną pogardy. – Wujku, nie możemy powiedzieć m a m i e – powiedziała z naciskiem, zanim przystąpiła do działania. Nie wierzyła, że dziadek by się nią przejął, nie była w końcu jego wspaniałym dziedzicem nazwiska, i żyła w przeświadczeniu, że dla niego z młodego pokolenia to liczyli się tylko Erik, i może młodziutki Frank, nadzieje rodu i nazwiska. Ojca by jakoś urobiła. Ale mama… Tak, nie chciała wkurzać matki. I nie chciała ściągać jej gniewu na głowę wujka Clemensa. - I cioci. cioci też bezpieczniej nie mówić...
– Pochylił się nad włazem. I zawołał „doktorze” – szepnęła, cicho, gorączkowo niemalże, wstając i idąc już do zejścia. Czy mógł tam dalej siedzieć? A może nie, ale tam była prawdziwa pracownia, coś ciekawego? Czy faktycznie znalazła coś, co puści śledztwo w ruch? Doktor Żywa Śmierć, to dopiero!
– Niezłe przezwisko. Ego to on ma wielkie jak… Mount Everest, on jest chyba duży, nie?
Z tego wszystkiego Brenna nawet nie zastanowiła się czy polecenie wujka jest mądre. Zresztą – czy w ogóle mogłaby wziąć pod uwagę, że się mylił? Pewnie nie. Skoro wujek kazał otwierać, znaczy się, że to był świetny pomysł. Zwłaszcza że słowo „ostrożność” było młodej Longbottomównie obce, miała się tej nauczyć dopiero po latach i to głównie z poczucia odpowiedzialności za innych. W tej chwili nie zawahała się ani na sekundę, z typowo Longbottomowskim podejściem po prostu unosząc różdżkę, by skopiować zaobserwowane podczas transu znaki. Była w końcu nieodrodną córką swojego rodu i przez życie raczej gnała niż szła, w biegu przeskakując przez przeszkody.
– Ojcu? Dziadkowi? – prychnęła jeszcze, jakby z odrobiną pogardy. – Wujku, nie możemy powiedzieć m a m i e – powiedziała z naciskiem, zanim przystąpiła do działania. Nie wierzyła, że dziadek by się nią przejął, nie była w końcu jego wspaniałym dziedzicem nazwiska, i żyła w przeświadczeniu, że dla niego z młodego pokolenia to liczyli się tylko Erik, i może młodziutki Frank, nadzieje rodu i nazwiska. Ojca by jakoś urobiła. Ale mama… Tak, nie chciała wkurzać matki. I nie chciała ściągać jej gniewu na głowę wujka Clemensa. - I cioci. cioci też bezpieczniej nie mówić...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.