Krótka rozmowa z Greengrassem utwierdziła Calasa w przekonaniu, że trafił do dobrego miejsca. Konkretniej to w dobre ręce, bo w jednym szpitalu mogło się znajdować bez liku uzdrowicieli o różnych standardach leczenia. Z samolubnego punktu widzenia doszedł do wniosku, że udzielenie wszystkich informacji będzie dla niego najlepsze. Niby oczywistość, lecz czasem trzeba być uważnym w dzieleniu się prywatnymi sprawami. Niewykluczone, że trafi się na kogoś nawiedzonego i dajmy na to uzna, że czystość krwi ma podstawowy wpływ na zakres udzielonych świadczeń. Można było trafić na każdego.
- Z tego co pamiętam to buteleczka była zielona, z rysunkiem meksykańskiego herbu. Orzeł na kaktusie. - Dorzucił szczegóły. - Sama roślina pojawiła się około godziny po myciu. Chociaż poczułem ją przypadkiem, więc niewykluczone, że od razu pojawił się pączek, czy jak tam kaktusy kiełkują. - Wypowiadał się dosyć powoli, gdyż każde słowo było poszukiwane w głowie razem ze szczegółami pamięci, a tej wybitnej nie miał. Zwłaszcza do tego typu szczegółów.
- Sprzedawca niższy ode mnie. Koło pięćdziesiątki, małe czarne oczy. Kapelusz zasłaniał większość szczegółów. Poza szamponem miał, więcej specyfików w różnych butelkach. Kilka medalików, pierścionków czy innych amuletów, ale akurat te były nikczemnej jakości. - Skrzywił się do pamięci. - Wie Pan, tombak nie złoto, koślawe, jakby ktoś pijany nad nimi pracował. Osobiście bałbym się takie zaklinać pół magii wyleci uszczerbioną krawędzią, a drugie pół zadziała nie wiadomo jak. Badziewo. - Machnął ręką z niesmakiem kończąc niepotrzebnie długi wywód na temat biżuterii szarlatana.
- A nie zwiększy też efektów maści mrożącej? - Zapytał w kwestii pełni wiedziony grzeszną ciekawością. Była to jedna z jego wielu ujmujących wad i zaczynał się zastanawiać, kiedy Ambroise straci cierpliwości do jego pytań. Prawdę mówiąc gdyby ktoś pytał go co pięć minut o szczegóły robocizny to zacząłby się zastanawiać czy go sprawdza, a to już o krok do braku zaufania do produktu.
- Sprytne te kaktusy. - Kiwnął ze zrozumieniem głową. Choć i on nigdy się nie zastanawiał nad życiem intelektualnym okolicznej flory. Przypomniał mu się incydent z mandragorami na zielarstwie jeszcze w Hogwarcie. Może i paskudne z wyglądu, ale te roślinki żarzyły się jakąś prymitywnym sprytem. Może z magicznymi kaktusami było podobnie.
Dalsze zalecenia wraz z zaakcentowaniem “kwitka”, Cal kwitował spokojny potakiwaniem. Nie każda wypowiedź musiała się wiązać z potwierdzeniem słowym lub komentarzem. Wyraźnie ucieszył się z ulgą, gdy usłyszał, że roślina zostanie zaatakowana niską temperaturą tutaj. Może i by mu się udało, ale po co ryzykować. W razie czego będzie miał kogo winić. “Tą okropną służbę zdrowia.” To akurat było uniwersalnym kłopotem zarówno czarodziei i mugoli. Naturalnie sami uzdrowiciele zazwyczaj nie mieli wiele do gadania, a sam system stał na głowie, ale szary petent rzadko kiedy miał okazję wylać czarę goryczy na polityków.
- Dziękuję, skorzystam. - Potwierdził informacje o pomocy u Potterów. Miał nadzieję jednak, że wiele cebulek kaktus nie skomensalizował. Na ogół był przywiązany do swoich włosów. Dostał nauczkę, żeby dbać o nie za pomocą rekomendowanych środków, a nie byle czym. Skoro wszystko wskazywało, że zachowa głowę, to zamierzał utrzymać ją w jak najlepszym stanie.
Na wieść o litanii dokumentów brew Flitwicka powędrowała w górę. Ich sama liczba go zaskoczyła. Zdawał sobie sprawę, że większość to wariacja na temat dupochronu, ale wciąż było ich nieprawdopodobnie dużo. Pobieżnie przeczytał co podpisuje, lecz ostatecznie bez gadania podpisał co dostał do ręki. - Zawsze tyle tego? I wy tak żyjecie? - Zapytał przesuwając karty w kierunku uzdrowiciela. W tym wypadku było w jego wypowiedzi więcej współczucia niż ciekawości. On sam w większości przypadków, poza księgami, miał styczność z papierem w formie podpałki.
- Jak coś to jestem na czczo. - Powiedział przygotowując się do zmrożenia czubka głowy.