18.10.2024, 17:12 ✶
Ona ma racje co zrobisz? Nic nie jesteś w stanie zrobić głos w głowie był natarczywy i wiedział jak uderzać, żeby bolało. W sumie na co on liczył, że jedne wieczór, gdzie raczyli się dziwną herbatą zmieni wszystko i powita go dzisiaj jak stara przyjaciółka. Zacisnął mocno szczęki, można by pomysleć, że czegoś się nauczył, a jednak chwytał się każdej, najcieńszej nitki nadziei niczym mocnej i solidnej liny. Wiedział, że na to nie ma odpowiedzi. Odejdź póki jeszcze możesz, tak łatwo jest odpuścić, ona cię nie chce drgnął słysząc w głowie te słowa, to prawda, łatwiej było się poddać i odpuścić. Ale nie ruszył się ani milimetr od drzwi, wciąż oparty o nie głową i ręką.
- Nie wiem co zrobię
Idealnie, powinieneś tak częściej robić oferować pomoc bez jakiegokolwiek planu.
- Zabiorę cię by patrzeć na gwiazdy, by wśród księżyca szwendać się po wrzosowiska Haworth. Albo po prostu siądę i będę pierdolić o tym wszystkim co mi ślina na język przyniesie - wystrzelił z siebie niczym pociski z karabinu byleby tylko zagłuszyć głos w swojej głowie. - Ale będę obok, cały czas, z moją uwagą skupioną na tobie
- A to tak można? To niech smaruje lepiej dupsko, bo tak je skopie, że przez rok nie usiądzie na nim - rzucił i gdyby nie fakt, że zdawał sobie sprawę, ze to tak nie działa to już by podwijał rękawy i byłby gotów się bić i gryźć z samotnością. Ale równie dobrze mógł próbować pokonać ducha w walce na pięści. Ale wtedy znów wtrącił się jego "ulubiony przyjaciel".
Dałeś jej czuć się samotną na dole, brawo PANIE STAWIE
Zagryzł wargę mając ochotę uderzyć w ścianę. Dlaczego te słowa tak bolały, przecież on to wszystko wiedział. Czyżby bolały, bo powiedziała je ona? - Właśnie dlatego, bo JA ROZUMIEM jak to jest. Jak bardzo samotny możesz być wśród przyjaciół. Jak bardzo dojmująca jest pustka mimo śmiechów. Nie czujesz nią zmęczenia? Ją można pokonać... - dodał już ciszej, chciał wierzyć w to co mówi, chciał jej pomóc, bo nie potrafił zignorować tego co czuje, że cierpi tak samo jak on. W milczeniu czekał na rozwój wypadków, czy będzie zdolna mu zaufać? Czy wpuści go za wytyczony krąg, gdzie nikogo nie dopuszcza?
Z początku odpowiedziała jej cisza, jakby faktycznie Thomas zniknął spod jej drzwi i dał jej spokój, którego tak chciała. Tylko, że nie był on człowiekiem ,który poddawał się tak łatwo, jeżeli chodzi o pomoc innym, szczególnie takim, do których coś czuł. Co czuł do Millie? Absolutnie nie miał pojęcia, nie rozumiał swoich uczuć. Ale było to coś co sprawiało, że nie ruszyłby się ani trochę nie ważne jak bardzo raniłyby słowa, bo w życiu nie chodziło mu o wyzbycie się cierpienia, ale znalezienie tych, za których warto cierpieć.
- Widziałem, jest piękne. Przez moment chciałem mieć takie w swoim pokoju, może wtedy by łatwiej było zasnąć. - odpowiedział zgodnie z prawdą. Widział kolejne etapy jej pracy, w końcu bywał tu niemal codziennie pracując nad zabezpieczaniami posiadłości. - Pasuje tam, upiększa to miejsce. I buduje ładną metaforę, w końcu nawet po najciemniejszej nocy nastaje dzień... - co prawda wątpił, żeby wszyscy z Zakonu mieli doczekać tego poranka.
Parsknął pod nosem z tego pytania, to było tak surrealistyczne. - Ahhh, czemu o tym nie pomyślałem, następnym razem się poprawię - odpowiedział z delikatnym uśmiechem na twarzy, choć sam dobre wiedział, że żartowanie wcale nie oznacza, że ktoś poczuł się lepiej. - A ja je zabezpieczyłem i w torbie przytargałem, jak jakiś ostatni puchon - cóż, to akurat była prawda, że był puchonem.
- Nie wiem co zrobię
Idealnie, powinieneś tak częściej robić oferować pomoc bez jakiegokolwiek planu.
- Zabiorę cię by patrzeć na gwiazdy, by wśród księżyca szwendać się po wrzosowiska Haworth. Albo po prostu siądę i będę pierdolić o tym wszystkim co mi ślina na język przyniesie - wystrzelił z siebie niczym pociski z karabinu byleby tylko zagłuszyć głos w swojej głowie. - Ale będę obok, cały czas, z moją uwagą skupioną na tobie
- A to tak można? To niech smaruje lepiej dupsko, bo tak je skopie, że przez rok nie usiądzie na nim - rzucił i gdyby nie fakt, że zdawał sobie sprawę, ze to tak nie działa to już by podwijał rękawy i byłby gotów się bić i gryźć z samotnością. Ale równie dobrze mógł próbować pokonać ducha w walce na pięści. Ale wtedy znów wtrącił się jego "ulubiony przyjaciel".
Dałeś jej czuć się samotną na dole, brawo PANIE STAWIE
Zagryzł wargę mając ochotę uderzyć w ścianę. Dlaczego te słowa tak bolały, przecież on to wszystko wiedział. Czyżby bolały, bo powiedziała je ona? - Właśnie dlatego, bo JA ROZUMIEM jak to jest. Jak bardzo samotny możesz być wśród przyjaciół. Jak bardzo dojmująca jest pustka mimo śmiechów. Nie czujesz nią zmęczenia? Ją można pokonać... - dodał już ciszej, chciał wierzyć w to co mówi, chciał jej pomóc, bo nie potrafił zignorować tego co czuje, że cierpi tak samo jak on. W milczeniu czekał na rozwój wypadków, czy będzie zdolna mu zaufać? Czy wpuści go za wytyczony krąg, gdzie nikogo nie dopuszcza?
Z początku odpowiedziała jej cisza, jakby faktycznie Thomas zniknął spod jej drzwi i dał jej spokój, którego tak chciała. Tylko, że nie był on człowiekiem ,który poddawał się tak łatwo, jeżeli chodzi o pomoc innym, szczególnie takim, do których coś czuł. Co czuł do Millie? Absolutnie nie miał pojęcia, nie rozumiał swoich uczuć. Ale było to coś co sprawiało, że nie ruszyłby się ani trochę nie ważne jak bardzo raniłyby słowa, bo w życiu nie chodziło mu o wyzbycie się cierpienia, ale znalezienie tych, za których warto cierpieć.
- Widziałem, jest piękne. Przez moment chciałem mieć takie w swoim pokoju, może wtedy by łatwiej było zasnąć. - odpowiedział zgodnie z prawdą. Widział kolejne etapy jej pracy, w końcu bywał tu niemal codziennie pracując nad zabezpieczaniami posiadłości. - Pasuje tam, upiększa to miejsce. I buduje ładną metaforę, w końcu nawet po najciemniejszej nocy nastaje dzień... - co prawda wątpił, żeby wszyscy z Zakonu mieli doczekać tego poranka.
Parsknął pod nosem z tego pytania, to było tak surrealistyczne. - Ahhh, czemu o tym nie pomyślałem, następnym razem się poprawię - odpowiedział z delikatnym uśmiechem na twarzy, choć sam dobre wiedział, że żartowanie wcale nie oznacza, że ktoś poczuł się lepiej. - A ja je zabezpieczyłem i w torbie przytargałem, jak jakiś ostatni puchon - cóż, to akurat była prawda, że był puchonem.