Całkiem wygodne było trzymanie się na uboczu. Czuła się tam bezpiecznie, chociaż przecież i w Londynie niczego nie musiała się bać. Wiedziała, że ludzie jej pokroju nie powinni się niczym martwić. Ona i Ambroise należeli do tej odpowiedniej części czarodziejskiego świata. Nikt raczej bez powodu by z nimi nie zadzierał, to było całkiem wygodne być takim uprzywilejowanym. Mimo wszystko budowali swój dom z dala od magicznego świata, chociaż właściwie nie do końca, bo ich dom w tym mugolskim miasteczku był całkiem mocno czarodziejski, przynajmniej w środku. Urządzili go na swoją modłę, tak jak chcieli, nie dało się pominąć tych elementów, które znajdowały się w ich życiu od zawsze, podobało jej się to nawet. Czuła, że tworzą coś swojego. Ambroise miał swój ogród, w którym hodował rośliny potrzebne do eliksirów, ona przynosiła mu zwierzęce komponenty, więc całkiem nieźle się to wszystko spinało. Właściwie to byli całkiem mocno samowystarczalni, pojawiali się w mieście tylko po tej bardziej wyjątkowe składniki, których nie byli w stanie zorganizować sobie sami. Wydawało jej się, że udało im się stworzyć razem coś niesamowitego. Może nie przypominało to do końca jej ogromnej rodzinnej rezydencji, ale kiedy myślała o domu to pierwsze co pojawiało się w jej głowie to była właśnie Piaskownica. Ich miejsce na ziemi.
Yaxleyówna nie była może aż tak wściekła, bo nie mieli do końca wpływu na to, co działo się aktualnie na ulicach magicznego Londynu, jednak nie dało się też nie zauważyć jej niezadowolenia. To komplikowało ich plany, dla niej to oni zawsze byli najważniejsi, więc nie podobało jej się to, że przez tę manifestację coś mogło nie pójść po ich myśli. Nie, żeby byli pępkiem świata, chociaż w oczach Yaxley zdecydowanie tak było.
Nie miała szansy zbyt wiele zobaczyć, bo Ambroise całkiem skutecznie przeszkodził jej w wychylaniu się. Nie była z tego powodu szczególnie szczęśliwa, bo też chciała wiedzieć co się dzieje.
- Ich akurat można się było tutaj spodziewać. - Już kiedyś ustalili, że nie przepadają za Traversami, Averych nie kojarzyła jakoś specjalnie, pewnie tylko kilka razy zostali sobie przedstawieni podczas spędów czystokrwistych.
Geraldine nawet przez myśl nie przeszło, aby się wychylać. To nie była ich sprawa. Wolałaby, aby nikt ich nie połączył ani z jedną, ani z drugą stroną, bo znaleźli się tutaj zupełnie przypadkowo. Nie potrzebowali, aby ktoś niefortunnie powiązałby ich z którąś częścią marszu, najwyraźniej bowiem aktualnie trafili też na kontrmarsz, co potwierdzała obecność pewnych czystokrwistych czarodziejów. Niedługo pewnie pojawią się neturalni, czyli ministerstwo, Yaxley była ciekawa, jak się zachowają. Nie do końca wiedziała, po której stronie powinni się postawić, ale nie był to jej interes, gardziła tym organem.
Nie zamierzała zostać bohaterką strapionych, to nie był Hogwart, tam mogła sobie pozwolić na takie wyskoki, tutaj ktoś jeszcze mógłby ją oskarżyć niekoniecznie o coś, czego by chciała. Zdecydowanie lepiej było się trzymać na uboczu. Mieli nieutralne zdanie na temat obu grup, więc zasadne było trzymanie się z daleka. Najlepiej, gdyby udało się im stąd ulotnić przed przybyciem brygadzistów, coś czuła, że już niedługo znajdą się tutaj i oni.
Kiedy Ambroise zaczął rzucać nazwiskami ponownie stanęła na palcach, tym razem jednak położyła mu na ramionach swoje dłonie, aby się o niego wesprzeć i by uniemożliwić mu tym razem odsunięcie jej do tyłu. Ona również chciała zaspokoić swoją ciekawość!
- Kurwa, to nie Rosier, to Borgin. - Rzuciła zadowolona, bo najwyraźniej również dostrzegła znajomą twarz. - Jeden z moich kuzynów. - Nie należał do tych szczególnie bystrych, ale nie wspomniała o tym na głos. - Dziewczyna to Gauntówna, pamiętam ją, mocno pierdolnięta. - Kilka razy zdarzyło jej się z nią ściąć w Hogwarcie, pamiętała, że odsiedziała przez nią kilka dni w kozie, bo trochę za mocno przywaliła jej w twarz, kiedy przyczepiła się do jakiejś pierwszorocznej.
- Dobra, tylko spadajmy stąd jak najszybciej, bo zaraz pojawią się bumowcy i aurorzy, lepiej, żeby się nami nie zainteresowali. - Nie przepadała za funkcjonariuszami i wolała trzymać się od nich z daleka, nawet jeśli nie była zamieszana w sprawę, tak było zdecydowanie bezpieczniej.
W pewnym momencie zaczęło się robić coraz głośniej, Yaxleyówna miała wrażenie, że widziała w powietrzu kilka lecących zaklęć, cóż, charłacy nie mieli się za bardzo jak bronić, chociaż może zbyt szybko ich skreśliła, bo w grę weszły również transparenty. Nie sądziła jednak, żeby poradzili sobie z magią. Nie ma się co oszukiwać, byli zdecydowanie w gorszej pozycji. Miała jednak nadzieję, że kontrmarsz szybko ruszy do przodu i będą mogli się stąd bardzo szybko ewakuować, to był chyba ostatni moment, aby zrobić to w miarę bezboleśnie.
Przymknęła na chwilę oczy, nie znosiła czekać zupełnie bezczynnie i naprawdę chciała, żeby to wszystko skończyło się jak najszybciej, w sumie to nawet nie skończyło, chciała po prostu, żeby ruszyli do przodu i zaczęli się tłuc na tyle, żeby ona i Ambroise mogli stąd odejść niezauważeni. Miała nadzieję, że za krótką chwilę znajdą się daleko stąd i będa mogli skupić na przyjemnościach - tak, nadal miała nadzieję na to, że spędzą miło ten wieczór. Nie chciała, żeby cokolwiek popsuło im plany.