Yaxleyówna trzymała się z niektórymi czystokrwistymi. Miała kilka ulubionych rodzin, z których pochodzili jej znajomi, ci z którymi często pojawiała się na przyjęciach. Nie były to jednak kontrowersyjne osoby, raczej miała wrażenie, że to ona była uznawana za najmniej ułożoną z nich. Nie ma się co oszukiwać, ale Yaxleyowie też byli specyficzni, znani ze swoich nieokrzesanych charakterów i nie do końca racjonalnych decyzji. Tyle, że nie dotyczyły one polityki, w to się praktycznie wcale nie angażowali. Byli ludźmi z lasu, nie ma sie im więc co dziwić, szczególnie teraz, kiedy ojciec wrócił do Snowdonii już na dobre i nie siedział w Londynie, do którego zresztą pasował jak pięść do nosa.
Wyczuwała, że Ambroise był wkurwiony, nie mogła z tym nic zrobić, nie tutaj.
Może nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo drażniło go to, że trzymali się z boku. Nie miała pojęcia o tym, jak bardzo nie przepada za tymi ludźmi, gdyby jej o tym powiedział, zapewne sama bardzo chętnie wyciągnełaby różdżkę i utarła im nosa. Nie miała problemu z angażowaniem się w konflikty, nawet jeśli nie były jej. Od czasu do czasu lubiła bez powodu komuś wpierdolić, czy to pięścią, czy niezbyt przyjemnym zaklęciem. To nie było dla niej nic nowego. Tutaj znajdowało się kilka osób, które kiedyś ją zirytowały, ta Gauntówna od lat prosiła się o to, aby ktoś dał jej nauczkę. Wystarczyło tylko słowo, a by to zrobiła. Wybrali dzisiaj jednak bardziej cywilizowane zachowanie. Kiedy byli razem zachowywali się nieco bardziej zapobiegawczo, wynikało to pewnie z tego, że nie chcieli ryzykować tego, że bliskim mogłaby się stać krzywda. Pewna była, że gdyby znajdowali się tutaj osobno, to tak łatwo nie odpuściliby skorzystania z okazji.
Nie uważała za nic złego rzucenia kilku zaklęć w plecy tych furiatów. Uważała to za sprytne posunięcie, nigdy nie przywiązywała wagi do honoru, no może tylko i wyłącznie na spotkaniach klubu pojedynków, chociaż tam również walczyli w różny sposób, aby przygotować się do walki na prawdziwym polu bitwy, gdzie rzadko kiedy przeciwnicy byli faktycznie honorowi. Na pewno ci, którzy przed chwilą ich minęli nie martwiliby się takimi cnotami, wręcz przeciwnie raczej skłaniali się ku podstępom.
- Wolałam w to nie wnikać aż tak bardzo. - Skrzywiła się nieco słysząc kolejne słowa Ambroisa. Nie byłaby zdziwiona, gdyby faktycznie to była prawda. Wiedziała, że niektórzy ludzie mieli naprawdę różne upodobania, nie wszystkie z nich była w stanie pojąć.
Geraldine nie miała problemu z ucieczką. Mało kto byłyby w stanie ją dogonić, była ponadprzeciętnie sprawna fizycznie i chętnie korzystała z tych udogodnień. Nie oglądała się za siebie, nie przejmowała się lecącymi w jej stronę zaklęciami, wiedziała, że im umknie. Nie miała pewności, czy Ambroise zdoła ją dogonić, jasne, też był całkiem zwinny, ale nie oszukujmy się - do niej na pewno nieco mu brakowało. Cieszyła się, że są takie dziedziny, w których była chociaż nieco lepsza od niego. On zdecydowanie był bystrzejszy od niej, tak się jej przynajmniej wydawało, nie mogła się nadziwić, jaką ma ogromną wiedzę, jeśli chodzi o rośliny, eliksiry, czy medycynę. Nie rozumiała z teog praktycznie nic.
Trafili na Nokturn, zabawne, że przez chwilę wydawał się być bezpieczniejszym miejscem od Pokątnej, nie sądziła, że kiedykolwiek do tego dojdzie.
Próbowała uspokoić oddech, wiedziała jednak, że nie mają zbyt wiele czasu, bo zamieszki mogły przenieść się na kolejne dzielnice. Była rozgrzana od wysiłku fizycznego, to uczucie tylko potęgował żar lejący się z nieba.
- Chodźmy do domu, po prostu. - Nie zamierzała zostać dłużej w Londynie. To zdecydowanie nie był dobry pomysł. Na całe szczęście mieli swoje małe miejsce na ziemi, do którego mogli wrócić.
Złapała Ambroisa za rękę i aportowała się z nim do Piaskownicy.