20.10.2024, 05:14 ✶
Zaśmiał się po słowach Ambroise na temat jego narzeczonej i pokiwał głową na boki, jakby nie dowierzał w to co on mówił.
- Zapewne była już zmęczona czekanie na twój pierwszy krok, a jaki jest lepszy powód na zbliżenie się do drugiej osoby niż wyrządzenie mu krzywdy, bo potem przecież chcesz mu zadośćuczynić - powiedział z delikatnym chichotem. Ale z drugiej strony to brzmiało jakby trafił na... damską wersję samego siebie. Ciekaw był czy Greengrass zdawał sobie z tego sprawę, cóż on nie zamierzał go w tym uświadamiać, bo nie żal wszystkich faktów i mógł przecie jeszcze przestrzelić.
Westchnął wiedząc, że faktycznie, o niektórych rzeczach nie pisać w listach, szczególnie tych wysyłanych za granice, Ministerstwa lubiły sobie inwigilować takie korespondencje wysyłane sowami.
- Ale skoro teraz już jestem mogę ci z tym pomóc. Nie będę pytał o legalność wydarzeń, zapytam tylko o wygląd kuszy, bełtu i uczucie po zranieniu - wyliczył prostując trzy palce. - Aha no i oczywiście muszę zobaczyć ranę. Dlatego jak dostałeś w dupę to przykro mi, ale musisz radzić sobie sam. Nie chce oglądać twojego tyłka Greengras, bo stracę apetyt aż do Wielkanocy i Norze będzie przykro - rozciągnął usta w szerokim, bezczelnym uśmiechu. Czasami sam sobie się dziwił jakim cudem on jeszcze żył z tak niewyparzoną gębą. To chyba głownie dlatego, że słowne utarczki były chlebem powszednim jedynie z osobami, które znał i wiedział mniej więcej jak zareagują, to była forma pokazania, że jest z kimś blisko.
Zaśmiał się na odpowiedzi przyjaciela na temat jego pojawienia się na weselu i wygłoszenia przemowy. Choć nie mógłby przegapić tego dnia, to jednak wiedział, że dużo będzie zależało też od tego czy obecnie nie będzie pracował pod jakimś restrykcyjnym kontraktem magicznym. Nie zdarzało się to często, to jednak czasami tak - rok temu przecież nie mógł przez to wrócić na święta i zjawił się dopiero w lutym.
- Oh, o to się nie martw, mam tyle anegdot i uszczypliwości pod twoim adresem, że starczyłoby na trzy śluby - odpowiedział gładko, może i spędzali dużo czasu nie widząc się na oczy, ale to było jak rzucanie zaklęć, tego się nie zapominało, przekomarzać się mogli tak jakby widzieli się codziennie po kilka godzin. Nie szczędząc sobie tych złośliwości i jednocześnie nie obrażając się na siebie.
- No nie? Też mam ozdobę, jak choinka - powiedział rozbawiony i pokazał mu bardziej swoje prawe ucho, z którego zwisał prosty kolczyk. Czasami robił coś w przypływie chwili, żeby móc poczuć że żyje, jedna z tych rzeczy była właśnie ta ozdoba w uchu.
- Nie muszę, ufam swoim bliskim - odpowiedział ze wzruszeniem ramionami. Był prostym i ufnym człowiekiem, gdyby ktoś z jego najbliższych zatruł mu jedzenie lub napój to spożyłby to i tak, bo nawet by ich o coś takiego nie podejrzewał. Co prawda krąg osób, które darzył bezgranicznych zaufanie był bardzo wąski, ale to już inna kwestia.
- I mam chodzić z nimi w kieszeni? Będę wydawał z siebie dźwięki jak alkoholik próbujący ukryć swoje problemy - parsknął pod nosem, zdając sobie sprawę, że przy każdym kroku fiolki z odtrutkami by dzwonił niemiłosiernie z kieszeni. Thomas nie zamierzał jednak opuszczać swoich murów, za którymi się krył na co dzień. Dobrze wiedział, że są przyjaciółmi, ale nie chciał aby Ambroise przekazał cokolwiek jego siostrze, ale nie potrzebowała ona teraz dodatkowych zmartwień, dlatego chciał jej ich oszczędzić. Przecież to nic takiego, poradzić sobie z tym jakoś... Ostatnie czego chciał to żeby ktokolwiek się teraz o niego zamartwiał. Dlatego też uparcie ignorował badawcze spojrzenia przyjaciela, tak było prościej, niezadane pytania się przecież nie liczyły prawda? Zdecydowanie nie, bo nie było na co odpowiadać.
- Nie martw się jesteś bezpieczny posłańcze - powiedział rozbawiony, ale też dodał - Bo Nora wie, że tu byłeś i zadawałaby niewygodne pytania jeszcze - dodał z niewinnym uśmieszkiem na ustach.
Westchnął wiedząc jak ciężki temat rozmowy im przyszedł. Co prawda wolał już ten temat niż rozprawianie o samym sobie, to było zdecydowanie cięższe. A tak? Rozmowa o jego małej siostrzyczce nie byłą tak trudna jak mówienie o sobie.
Thomas nigdy nie kwestionował wyborów nory, czasami mógł ją zapytać o powód czy zapytać czy uważa to za najlepsze wyjście, jednak nigdy nie podważał jej decyzji, tylko stał za nią murem. Choć sam był wątły mentalnie i mało stabilny, to gdy przychodziło co do czego, dla siostry trwał niczym skała, będąc dla niej opoką kiedy tylko był w stanie.
Nie ma sytuacji nie do rozwiązania. Są tylko marne wymówki - powtórzył natrętny głosik w jego głowie i drgnął słysząc je ponownie, a przed oczami widział zbliżającą się ziemię, szósty rok w Hogwarcie i ten jeden majowy dzień, kiedy postanowił że już dłużej nie może. Nawet nie miał pojęcia dlaczego to tak zabolało. Opuścił powieki ciesząc się, że Mabel śpi w drugim pokoju, ale mimo to musiał zwalczyć w sobie chęć wykrzyczenia przyjacielowi jak bardzo się myli. Powoli uniósł powieki, kiedy już się opanował.
- Uwierz mi, że nie ma chyba nikogo kto chciałby, żeby byłą szczęśliwa i miała pomoc zawsze i we wszystkim, ale nie możesz tego wymusić, czasami musisz dać rzeczom toczyć się we własny, powolnym rytmie. Kijem rzeki nie przyspieszysz - powiedział spokojnie i zatopił się w kolejnym łyku cydru. Miał nadzieję, że to zakończy jednak ten temat. Nie miał pojęcia czemu Nora nie chciała powiedzieć kto jest ojcem Mabel, nigdy mu nie podała konkretnego powodu, ale nie naciskał. Ufał osądowi młodszej czarodziejki.
- Tylko nie mów jej tego, bo jeszcze zamiast na potwory to znowu zapoluje na ciebie - rzucił żartobliwie, skoro ona byłą poszukiwaczką przygód bo polowała na potwory, to raczej niech nie chwali się, że leczy głupotę takich jak ona. Mógłby znowu zarobić kuszą, a znają niewyparzoną gębę Ambroise to, gdyby jego narzeczona był porywcza to mógłby jeszcze skończyć jako jeż. Zachichotał na samo wyobrażenie: Ambroise Jeż Greengrass - puff, nagle zamiast jego przyjaciela, był jeż pigmejski. ZABAWNE.
- Cóż, pewnie nie chcą, żeby ich nazwisko trafiło do oficjalnego rejestru, skoro robili coś nielegalnego i wtedy nabawili się swoich przypadłości - stwierdził oczywistą rzecz, a raczej sparafrazował to co powiedział przyjaciel. - Kto by tak nie chciał. Idziesz do najlepszego szpitala i nikt nie zadaje niewygodnych pytań tylko leczy twoje dolegliwości. Sytuacja idealna - pokiwał głową z politowaniem, ludzie czasami naprawdę byli idiotami. Ale czy można ich było winić? Przez cały okres dojrzewania, siedem lat Hogwartu, kiedy szli to skrzydła szpitalnego nie dostawali zbyt wielu pytań. Tam dostawali pomoc, która przychodziła właśnie bez niewygodnych pytań.
- Mamy ukrócić twoje męki i rozpocząć swoje w Azkabanie? Tak źle nam życzysz? - zażartował ale dobrze wiedział o czym mówił Greengrass. Czas w Lecznicy Dusz, był okropny, o wiele bardziej pomogli mu przyjaciele i rodzina. Najbardziej właśnie Nora i Brenna. To wtedy też rozwinęło się w nim uczucie do młodej Longbottomówny, które początkowo mylił z zakochaniem, a zrozumiał niemal dopiero pod koniec swojej nauki w Hogwarcie, że po prostu stała mu się tak bliska, że kocha ją jak siostrę. Ale co wprawiło go dochodzenie do tego wniosku to jego.
- Wszystko zależy w którym kraju obecnie przebywam. Teraz siedziałem w Grecji, oni tam pija głownie wino, do tego wytrawne. Przez krótki czas to było nawet okej, ale nie dzień w dzień przez miesiące - choć z czasem szło przywyknąć do cierpkiego smaku wytrwanego wina, to jednak nadal za nim nie przepadał. Zdecydowanie nie był stworzony do picia takich trunków. - Dlatego dobrze jest posmakować oś znajomego i dobrego! - dodał popijając ze swojej szklanki.
- Bo widzisz, ja łamię klątwy osób, które już zazwyczaj nie żyją od długiego czasu. Tacy nie mogą się mścić i próbować mnie przekląć - wzruszył ramionami. - No i kwestia jest też taka, że trzeba wiedzieć jak i do kogo się odezwać, żeby nie oberwać zaklęciem czy pięścią w nos - dodał rozbawiony, bo w brew pozorom dogadywanie się z innymi ludźmi nie było dla niego trudne, jak już się przemógł i zaczął rozmawiać. Był jak kameleon, potrafił dostosować się do sytuacji. No i dużo w tym zasługi barier językowych, nie zawsze mógł swobodnie rozmawiać, bo choć zawsze był ktoś rozmawiający po angielsku, aby mógł ułatwić komunikację, tak tłumacz służył też za rodzaj filtra w przekazywanych wypowiedziach.
Drgnął, zdziwiony bezpośredniością przyjaciela, ale z drugiej strony, Ambroise nie był człowiekiem który owijał w bawełnę, on walił prosto z mostu. Tylko czy musiał mu zadawać to pytanie? Thomas nie chciał martwić innych, ale teraz musiał ostrożnie dobierać słowa w odpowiedzi, żeby zarówno nie wzniecać zmartwienia ale też i nie wzbudzać podejrzeń, że coś ukrywa - balansowanie na linie ze szklanką pełna wody trzymana na nosie, podczas wichury.
- Ślepcem to nie jesteś, ale zwidy masz na pewno - zażartował i od razu dodał - Stara bieda, wszystko bez zmian, wiesz jak to jest. Nowy dzień, stary ja - powiedział żartobliwie, chcąc nieco odgonić od siebie uwagę. - A nie, przepraszam, czasami zmienia się widok z zza okna i zadanie do wykonania na wykopaliskach - bo co innego miał powiedzieć? Że czuje się samotny, nawet w tłumie ludzie? Że śmiejąc się z innymi potrafi zająć go dojmujące poczucie pustki, które potrafi odebrać oddech? Nie mógł zmusić się do powiedzenia, że czuje się jakby zamiast serca miał pustkę bez dna i nie ważne jak wiele przygód, chwil spędzonych z przyjaciółmi i rodziną by tam nie upchnął to dziura nigdy nie byłą pełna. Że czasami wracając do domu czuł się jak ktoś obcy wbijający się na przyjęcie bez zaproszenia. Nie mógł tego powiedzieć, nie chciał widzieć zmartwionych twarzy. - Nic o co trzeba by był się martwić - cóż, była to prawda, nie szorował po dnie jak te kilka lat temu, ale z drugiej strony nie było też stabilnie. Czyżby jego maska nie był aż tak idealna jak sądził?
- Zapewne była już zmęczona czekanie na twój pierwszy krok, a jaki jest lepszy powód na zbliżenie się do drugiej osoby niż wyrządzenie mu krzywdy, bo potem przecież chcesz mu zadośćuczynić - powiedział z delikatnym chichotem. Ale z drugiej strony to brzmiało jakby trafił na... damską wersję samego siebie. Ciekaw był czy Greengrass zdawał sobie z tego sprawę, cóż on nie zamierzał go w tym uświadamiać, bo nie żal wszystkich faktów i mógł przecie jeszcze przestrzelić.
Westchnął wiedząc, że faktycznie, o niektórych rzeczach nie pisać w listach, szczególnie tych wysyłanych za granice, Ministerstwa lubiły sobie inwigilować takie korespondencje wysyłane sowami.
- Ale skoro teraz już jestem mogę ci z tym pomóc. Nie będę pytał o legalność wydarzeń, zapytam tylko o wygląd kuszy, bełtu i uczucie po zranieniu - wyliczył prostując trzy palce. - Aha no i oczywiście muszę zobaczyć ranę. Dlatego jak dostałeś w dupę to przykro mi, ale musisz radzić sobie sam. Nie chce oglądać twojego tyłka Greengras, bo stracę apetyt aż do Wielkanocy i Norze będzie przykro - rozciągnął usta w szerokim, bezczelnym uśmiechu. Czasami sam sobie się dziwił jakim cudem on jeszcze żył z tak niewyparzoną gębą. To chyba głownie dlatego, że słowne utarczki były chlebem powszednim jedynie z osobami, które znał i wiedział mniej więcej jak zareagują, to była forma pokazania, że jest z kimś blisko.
Zaśmiał się na odpowiedzi przyjaciela na temat jego pojawienia się na weselu i wygłoszenia przemowy. Choć nie mógłby przegapić tego dnia, to jednak wiedział, że dużo będzie zależało też od tego czy obecnie nie będzie pracował pod jakimś restrykcyjnym kontraktem magicznym. Nie zdarzało się to często, to jednak czasami tak - rok temu przecież nie mógł przez to wrócić na święta i zjawił się dopiero w lutym.
- Oh, o to się nie martw, mam tyle anegdot i uszczypliwości pod twoim adresem, że starczyłoby na trzy śluby - odpowiedział gładko, może i spędzali dużo czasu nie widząc się na oczy, ale to było jak rzucanie zaklęć, tego się nie zapominało, przekomarzać się mogli tak jakby widzieli się codziennie po kilka godzin. Nie szczędząc sobie tych złośliwości i jednocześnie nie obrażając się na siebie.
- No nie? Też mam ozdobę, jak choinka - powiedział rozbawiony i pokazał mu bardziej swoje prawe ucho, z którego zwisał prosty kolczyk. Czasami robił coś w przypływie chwili, żeby móc poczuć że żyje, jedna z tych rzeczy była właśnie ta ozdoba w uchu.
- Nie muszę, ufam swoim bliskim - odpowiedział ze wzruszeniem ramionami. Był prostym i ufnym człowiekiem, gdyby ktoś z jego najbliższych zatruł mu jedzenie lub napój to spożyłby to i tak, bo nawet by ich o coś takiego nie podejrzewał. Co prawda krąg osób, które darzył bezgranicznych zaufanie był bardzo wąski, ale to już inna kwestia.
- I mam chodzić z nimi w kieszeni? Będę wydawał z siebie dźwięki jak alkoholik próbujący ukryć swoje problemy - parsknął pod nosem, zdając sobie sprawę, że przy każdym kroku fiolki z odtrutkami by dzwonił niemiłosiernie z kieszeni. Thomas nie zamierzał jednak opuszczać swoich murów, za którymi się krył na co dzień. Dobrze wiedział, że są przyjaciółmi, ale nie chciał aby Ambroise przekazał cokolwiek jego siostrze, ale nie potrzebowała ona teraz dodatkowych zmartwień, dlatego chciał jej ich oszczędzić. Przecież to nic takiego, poradzić sobie z tym jakoś... Ostatnie czego chciał to żeby ktokolwiek się teraz o niego zamartwiał. Dlatego też uparcie ignorował badawcze spojrzenia przyjaciela, tak było prościej, niezadane pytania się przecież nie liczyły prawda? Zdecydowanie nie, bo nie było na co odpowiadać.
- Nie martw się jesteś bezpieczny posłańcze - powiedział rozbawiony, ale też dodał - Bo Nora wie, że tu byłeś i zadawałaby niewygodne pytania jeszcze - dodał z niewinnym uśmieszkiem na ustach.
Westchnął wiedząc jak ciężki temat rozmowy im przyszedł. Co prawda wolał już ten temat niż rozprawianie o samym sobie, to było zdecydowanie cięższe. A tak? Rozmowa o jego małej siostrzyczce nie byłą tak trudna jak mówienie o sobie.
Thomas nigdy nie kwestionował wyborów nory, czasami mógł ją zapytać o powód czy zapytać czy uważa to za najlepsze wyjście, jednak nigdy nie podważał jej decyzji, tylko stał za nią murem. Choć sam był wątły mentalnie i mało stabilny, to gdy przychodziło co do czego, dla siostry trwał niczym skała, będąc dla niej opoką kiedy tylko był w stanie.
Nie ma sytuacji nie do rozwiązania. Są tylko marne wymówki - powtórzył natrętny głosik w jego głowie i drgnął słysząc je ponownie, a przed oczami widział zbliżającą się ziemię, szósty rok w Hogwarcie i ten jeden majowy dzień, kiedy postanowił że już dłużej nie może. Nawet nie miał pojęcia dlaczego to tak zabolało. Opuścił powieki ciesząc się, że Mabel śpi w drugim pokoju, ale mimo to musiał zwalczyć w sobie chęć wykrzyczenia przyjacielowi jak bardzo się myli. Powoli uniósł powieki, kiedy już się opanował.
- Uwierz mi, że nie ma chyba nikogo kto chciałby, żeby byłą szczęśliwa i miała pomoc zawsze i we wszystkim, ale nie możesz tego wymusić, czasami musisz dać rzeczom toczyć się we własny, powolnym rytmie. Kijem rzeki nie przyspieszysz - powiedział spokojnie i zatopił się w kolejnym łyku cydru. Miał nadzieję, że to zakończy jednak ten temat. Nie miał pojęcia czemu Nora nie chciała powiedzieć kto jest ojcem Mabel, nigdy mu nie podała konkretnego powodu, ale nie naciskał. Ufał osądowi młodszej czarodziejki.
- Tylko nie mów jej tego, bo jeszcze zamiast na potwory to znowu zapoluje na ciebie - rzucił żartobliwie, skoro ona byłą poszukiwaczką przygód bo polowała na potwory, to raczej niech nie chwali się, że leczy głupotę takich jak ona. Mógłby znowu zarobić kuszą, a znają niewyparzoną gębę Ambroise to, gdyby jego narzeczona był porywcza to mógłby jeszcze skończyć jako jeż. Zachichotał na samo wyobrażenie: Ambroise Jeż Greengrass - puff, nagle zamiast jego przyjaciela, był jeż pigmejski. ZABAWNE.
- Cóż, pewnie nie chcą, żeby ich nazwisko trafiło do oficjalnego rejestru, skoro robili coś nielegalnego i wtedy nabawili się swoich przypadłości - stwierdził oczywistą rzecz, a raczej sparafrazował to co powiedział przyjaciel. - Kto by tak nie chciał. Idziesz do najlepszego szpitala i nikt nie zadaje niewygodnych pytań tylko leczy twoje dolegliwości. Sytuacja idealna - pokiwał głową z politowaniem, ludzie czasami naprawdę byli idiotami. Ale czy można ich było winić? Przez cały okres dojrzewania, siedem lat Hogwartu, kiedy szli to skrzydła szpitalnego nie dostawali zbyt wielu pytań. Tam dostawali pomoc, która przychodziła właśnie bez niewygodnych pytań.
- Mamy ukrócić twoje męki i rozpocząć swoje w Azkabanie? Tak źle nam życzysz? - zażartował ale dobrze wiedział o czym mówił Greengrass. Czas w Lecznicy Dusz, był okropny, o wiele bardziej pomogli mu przyjaciele i rodzina. Najbardziej właśnie Nora i Brenna. To wtedy też rozwinęło się w nim uczucie do młodej Longbottomówny, które początkowo mylił z zakochaniem, a zrozumiał niemal dopiero pod koniec swojej nauki w Hogwarcie, że po prostu stała mu się tak bliska, że kocha ją jak siostrę. Ale co wprawiło go dochodzenie do tego wniosku to jego.
- Wszystko zależy w którym kraju obecnie przebywam. Teraz siedziałem w Grecji, oni tam pija głownie wino, do tego wytrawne. Przez krótki czas to było nawet okej, ale nie dzień w dzień przez miesiące - choć z czasem szło przywyknąć do cierpkiego smaku wytrwanego wina, to jednak nadal za nim nie przepadał. Zdecydowanie nie był stworzony do picia takich trunków. - Dlatego dobrze jest posmakować oś znajomego i dobrego! - dodał popijając ze swojej szklanki.
- Bo widzisz, ja łamię klątwy osób, które już zazwyczaj nie żyją od długiego czasu. Tacy nie mogą się mścić i próbować mnie przekląć - wzruszył ramionami. - No i kwestia jest też taka, że trzeba wiedzieć jak i do kogo się odezwać, żeby nie oberwać zaklęciem czy pięścią w nos - dodał rozbawiony, bo w brew pozorom dogadywanie się z innymi ludźmi nie było dla niego trudne, jak już się przemógł i zaczął rozmawiać. Był jak kameleon, potrafił dostosować się do sytuacji. No i dużo w tym zasługi barier językowych, nie zawsze mógł swobodnie rozmawiać, bo choć zawsze był ktoś rozmawiający po angielsku, aby mógł ułatwić komunikację, tak tłumacz służył też za rodzaj filtra w przekazywanych wypowiedziach.
Drgnął, zdziwiony bezpośredniością przyjaciela, ale z drugiej strony, Ambroise nie był człowiekiem który owijał w bawełnę, on walił prosto z mostu. Tylko czy musiał mu zadawać to pytanie? Thomas nie chciał martwić innych, ale teraz musiał ostrożnie dobierać słowa w odpowiedzi, żeby zarówno nie wzniecać zmartwienia ale też i nie wzbudzać podejrzeń, że coś ukrywa - balansowanie na linie ze szklanką pełna wody trzymana na nosie, podczas wichury.
- Ślepcem to nie jesteś, ale zwidy masz na pewno - zażartował i od razu dodał - Stara bieda, wszystko bez zmian, wiesz jak to jest. Nowy dzień, stary ja - powiedział żartobliwie, chcąc nieco odgonić od siebie uwagę. - A nie, przepraszam, czasami zmienia się widok z zza okna i zadanie do wykonania na wykopaliskach - bo co innego miał powiedzieć? Że czuje się samotny, nawet w tłumie ludzie? Że śmiejąc się z innymi potrafi zająć go dojmujące poczucie pustki, które potrafi odebrać oddech? Nie mógł zmusić się do powiedzenia, że czuje się jakby zamiast serca miał pustkę bez dna i nie ważne jak wiele przygód, chwil spędzonych z przyjaciółmi i rodziną by tam nie upchnął to dziura nigdy nie byłą pełna. Że czasami wracając do domu czuł się jak ktoś obcy wbijający się na przyjęcie bez zaproszenia. Nie mógł tego powiedzieć, nie chciał widzieć zmartwionych twarzy. - Nic o co trzeba by był się martwić - cóż, była to prawda, nie szorował po dnie jak te kilka lat temu, ale z drugiej strony nie było też stabilnie. Czyżby jego maska nie był aż tak idealna jak sądził?