20.10.2024, 11:02 ✶
Czuła, że coś było nie tak. Czuła to, ale zwaliła to na karb dziwnego przeczucia, dotyczącego Kniei. Nie mogła jednak kompletnie zignorować stanu, w którym był Samuel. To nie było normalne, by zachowywał się w taki a nie inny sposób.
- Sam, wszystko w porządku? - zapytała cicho, wzmacniając uścisk na jego dłoni. Martwiła się, że być może to wszystko źle odbija się na jej przyjacielu. Być może Knieja działała na niego mocniej, niż sądziła, chociaż nie powinna, bo nie był Greengrassem. Oni nimi byli, a jednak stał tu obok nich, stali we trójkę ramię w ramię, gotowi poświęcić wszystko, nawet własne życie, by raz na zawsze rozwiązać tę zagadkę. Skoro Knieja ich wzywała, nie było nawet żadnej możliwości odwrotu. Greengrassówna uniosła dłoń i położyła ją na policzku Samuela. Jej spojrzenie było pełne troski: niemalże siostrzanej. W taki sam sposób patrzyła na Ambroise, gdy czuła, że coś było nie tak. Jej głowa jednak na moment się odwróciła, gdy brat - ten rodzony - zadał pytanie. Brwi Roselyn ściągnęły się na moment. - Tak.
Powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, zabierając dłoń. Nie musiała mu tłumaczyć, co między nimi zaszło. Ambroise wiedział, że Roselyn nie przepadała za mężczyznami. Z jakiegoś jednak powodu wybrała Samuela do tej wędrówki. Mówiła mu, że to ten dziwak z puszczy, którego kiedyś spotkała. Że to jedyna osoba, poza nim samym oczywiście, której ufa w stu procentach. Kłamała, bo przecież własnemu bratu nie ufała tak bardzo, jak Samowi. Ale nie mogła mu przecież tego powiedzieć, nie wprost, nie w twarz. Nie chciała go zranić lecz to, co było pomiędzy nią a Samuelem było... Inne. Tak jakby byli jedną duszą, ale podzieloną na dwie części, a każda część znalazła inne ciało.
- Ufam mu, Ambroise. Nie zdążyliście się poznać, ale to jest Samuel. Mówiłam ci o nim. On... Jest kimś wyjątkowym - powiedziała cicho, puszczając dłoń mężczyzny. - Jest częścią Kniei, tak jak my.
Powiedziała, robiąc krok w stronę linii drzew. Zew puszczy był silny, niemal tak silne jak jej przekonanie, że w tej chwili nic im nie groziło. I niemal tak silne jak przekonanie, że Samuel stanie na wysokości zadania.
- Jestem pewna, że Sam też to czuje. Knieja wzywa naszą trójkę, musimy iść - skinęła miękko ręką w gęstwinę. Nie zamierzała iść pierwsza, jej wzrok spoczął na Ambroise, jakby uznała, że najlepszym wyjściem będzie, jeżeli to on właśnie jako pierwszy zanurzy się w nieznanym.
- Sam, wszystko w porządku? - zapytała cicho, wzmacniając uścisk na jego dłoni. Martwiła się, że być może to wszystko źle odbija się na jej przyjacielu. Być może Knieja działała na niego mocniej, niż sądziła, chociaż nie powinna, bo nie był Greengrassem. Oni nimi byli, a jednak stał tu obok nich, stali we trójkę ramię w ramię, gotowi poświęcić wszystko, nawet własne życie, by raz na zawsze rozwiązać tę zagadkę. Skoro Knieja ich wzywała, nie było nawet żadnej możliwości odwrotu. Greengrassówna uniosła dłoń i położyła ją na policzku Samuela. Jej spojrzenie było pełne troski: niemalże siostrzanej. W taki sam sposób patrzyła na Ambroise, gdy czuła, że coś było nie tak. Jej głowa jednak na moment się odwróciła, gdy brat - ten rodzony - zadał pytanie. Brwi Roselyn ściągnęły się na moment. - Tak.
Powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, zabierając dłoń. Nie musiała mu tłumaczyć, co między nimi zaszło. Ambroise wiedział, że Roselyn nie przepadała za mężczyznami. Z jakiegoś jednak powodu wybrała Samuela do tej wędrówki. Mówiła mu, że to ten dziwak z puszczy, którego kiedyś spotkała. Że to jedyna osoba, poza nim samym oczywiście, której ufa w stu procentach. Kłamała, bo przecież własnemu bratu nie ufała tak bardzo, jak Samowi. Ale nie mogła mu przecież tego powiedzieć, nie wprost, nie w twarz. Nie chciała go zranić lecz to, co było pomiędzy nią a Samuelem było... Inne. Tak jakby byli jedną duszą, ale podzieloną na dwie części, a każda część znalazła inne ciało.
- Ufam mu, Ambroise. Nie zdążyliście się poznać, ale to jest Samuel. Mówiłam ci o nim. On... Jest kimś wyjątkowym - powiedziała cicho, puszczając dłoń mężczyzny. - Jest częścią Kniei, tak jak my.
Powiedziała, robiąc krok w stronę linii drzew. Zew puszczy był silny, niemal tak silne jak jej przekonanie, że w tej chwili nic im nie groziło. I niemal tak silne jak przekonanie, że Samuel stanie na wysokości zadania.
- Jestem pewna, że Sam też to czuje. Knieja wzywa naszą trójkę, musimy iść - skinęła miękko ręką w gęstwinę. Nie zamierzała iść pierwsza, jej wzrok spoczął na Ambroise, jakby uznała, że najlepszym wyjściem będzie, jeżeli to on właśnie jako pierwszy zanurzy się w nieznanym.