20.10.2024, 11:19 ✶
Dalej z Eden i Eleonorą, przypatruję się ludziom.
"Dobrze wiesz, po co istnieją takie spotkania". Oczywiście, Eden o tym wiedziała – Lorraine o tym wiedziała – wszyscy o tym wiedzieli. Lorraine ściągnęła usta w uśmiechu – nie był to jednak ten sam, ciepły uśmiech, którym wcześniej obdarzyła Eden – był to uśmiech uprzejmy, ujmujący w swej poprawności, ale i perfekcyjnie wyuczony: obliczony na efekt, przydający twarzy wyniosłego blasku, uśmiech arystokratki. Posłała kuzynce przeciągłe spojrzenie: nic nie dało przyjęcie ról dobrego i złego aurora. Brew drgnęła jej jednak lekko, kiedy usłyszała, co ciotka sądzi o ewentualnym zamążpójściu Eunice: można byłoby powziąć, że jest zazdrosna o kuzynkę, ale Lorraine – zawsze wzdragająca się przed ideą małżeństwa – była po prostu zaskoczona, jak wiele krwi musiała napsuć ciotce młodsza córka, skoro ta jest gotowa ryzykować kolejnym kryzysem wizerunkowym, byleby pozbyć się Eunice z domu.
"Bogowie wiedzą, jak bardzo chciałabym, żeby tak było."
– Pozostaje nam więc modlić się o przychylność bogów. – Lorraine spuściła oczy z pokorą dewotki, tylko po to, by ukryć czający się na ich dnie błysk okrucieństwa, który czynił ją tak podobną do ojca. Oboje nie lubili, kiedy inni ludzie odbiegali od scenariusza, który zdążyli im napisać. Nie, kiedy wygłaszane przez nich kwestie okazywały się tak wybitnie niesatysfakcjonujące. Lorraine Malfoy była ucieleśnieniem łagodności, dopóki nie postanawiała być okrutną – manipulowała słowami tak, aby wypaczyć ich sens w najgorszy ze sposobów: miłości nie dało się wtedy odróżnić od nienawiści, a słowa, które miały przynieść ukojenie – sprawiały ból. Gdyby użyła legilimencji, łatwo mogłaby przedrzeć się przez barierę milczenia Eleonory, wydrzeć sekrety, nie zważając na pozostawione zniszczenia – na chaos niszczący strukturę myśli i wspomnień, chaos, tak samo piękny, jak przerażający. Ale Lorraine wybierała dobroć, życzliwość, i... Subtelność psychologicznej manipulacji.
Uważała, że jest wtedy łaskawa jak bogowie, których przywołała Eleonora.
– Kto lepiej od nich wie bowiem, co dla nas dobre? – dodała niewinnie, wiedząc, jaka odpowiedź formuje się teraz w podrażnionym alkoholem umyśle ciotki, niemalże wbrew jej woli. Kto, jak nie Fortinbras Malfoy?
Nie musiała wypowiadać imienia stryja na głos: zawisło one między nimi, prezencja mężczyzny – który nieustannie czaił się zresztą w pobliżu – wyraźnie wyczuwalna w tej niemej implikacji. Jeżeli Eleonora bała się swojego męża, należało jej subtelnie przypomnieć, że w istocie, jest czego się bać. Lorraine nie dziwiła się, że ciotka ma dosyć; że topi smutki w butelce, a samą siebie utopiłaby w pobliskim jeziorze, gdyby nie była zbyt przyzwyczajona do luksusu egzystencji. Nie dziwiła się jej – nie po tylu latach u boku Fortinbrasa Malfoya. Lorraine potrafiła być okrutna, ale nie była przecież bezduszna. Miała wrażenie, że większość tego, co mówi, i tak wymyka się percepcji ciotki, ale wiedziała, że nawet jeżeli słowa nie dotrą do jej świadomości, zrobi to prędzej czy później alkohol, którego znieczulające szybko mijało, pozostawiając po sobie dojmujące poczucie pustki – tak jak finał Ondine Ravela.
Wzorem kuzynki sięgnęła po kieliszek, choć pić nie zamierzała – wykorzystała ten moment, by omieść spojrzeniem resztę osób stojących w ich grupce: Oleandra z matką, Fortinbrasa, Laurettę, kątem oka złapała Camille i Burke'ów, których syn gdzieś zniknął, obserwując razem z Eden rozwój sytuacji.
"Dobrze wiesz, po co istnieją takie spotkania". Oczywiście, Eden o tym wiedziała – Lorraine o tym wiedziała – wszyscy o tym wiedzieli. Lorraine ściągnęła usta w uśmiechu – nie był to jednak ten sam, ciepły uśmiech, którym wcześniej obdarzyła Eden – był to uśmiech uprzejmy, ujmujący w swej poprawności, ale i perfekcyjnie wyuczony: obliczony na efekt, przydający twarzy wyniosłego blasku, uśmiech arystokratki. Posłała kuzynce przeciągłe spojrzenie: nic nie dało przyjęcie ról dobrego i złego aurora. Brew drgnęła jej jednak lekko, kiedy usłyszała, co ciotka sądzi o ewentualnym zamążpójściu Eunice: można byłoby powziąć, że jest zazdrosna o kuzynkę, ale Lorraine – zawsze wzdragająca się przed ideą małżeństwa – była po prostu zaskoczona, jak wiele krwi musiała napsuć ciotce młodsza córka, skoro ta jest gotowa ryzykować kolejnym kryzysem wizerunkowym, byleby pozbyć się Eunice z domu.
"Bogowie wiedzą, jak bardzo chciałabym, żeby tak było."
– Pozostaje nam więc modlić się o przychylność bogów. – Lorraine spuściła oczy z pokorą dewotki, tylko po to, by ukryć czający się na ich dnie błysk okrucieństwa, który czynił ją tak podobną do ojca. Oboje nie lubili, kiedy inni ludzie odbiegali od scenariusza, który zdążyli im napisać. Nie, kiedy wygłaszane przez nich kwestie okazywały się tak wybitnie niesatysfakcjonujące. Lorraine Malfoy była ucieleśnieniem łagodności, dopóki nie postanawiała być okrutną – manipulowała słowami tak, aby wypaczyć ich sens w najgorszy ze sposobów: miłości nie dało się wtedy odróżnić od nienawiści, a słowa, które miały przynieść ukojenie – sprawiały ból. Gdyby użyła legilimencji, łatwo mogłaby przedrzeć się przez barierę milczenia Eleonory, wydrzeć sekrety, nie zważając na pozostawione zniszczenia – na chaos niszczący strukturę myśli i wspomnień, chaos, tak samo piękny, jak przerażający. Ale Lorraine wybierała dobroć, życzliwość, i... Subtelność psychologicznej manipulacji.
Uważała, że jest wtedy łaskawa jak bogowie, których przywołała Eleonora.
– Kto lepiej od nich wie bowiem, co dla nas dobre? – dodała niewinnie, wiedząc, jaka odpowiedź formuje się teraz w podrażnionym alkoholem umyśle ciotki, niemalże wbrew jej woli. Kto, jak nie Fortinbras Malfoy?
Nie musiała wypowiadać imienia stryja na głos: zawisło one między nimi, prezencja mężczyzny – który nieustannie czaił się zresztą w pobliżu – wyraźnie wyczuwalna w tej niemej implikacji. Jeżeli Eleonora bała się swojego męża, należało jej subtelnie przypomnieć, że w istocie, jest czego się bać. Lorraine nie dziwiła się, że ciotka ma dosyć; że topi smutki w butelce, a samą siebie utopiłaby w pobliskim jeziorze, gdyby nie była zbyt przyzwyczajona do luksusu egzystencji. Nie dziwiła się jej – nie po tylu latach u boku Fortinbrasa Malfoya. Lorraine potrafiła być okrutna, ale nie była przecież bezduszna. Miała wrażenie, że większość tego, co mówi, i tak wymyka się percepcji ciotki, ale wiedziała, że nawet jeżeli słowa nie dotrą do jej świadomości, zrobi to prędzej czy później alkohol, którego znieczulające szybko mijało, pozostawiając po sobie dojmujące poczucie pustki – tak jak finał Ondine Ravela.
Wzorem kuzynki sięgnęła po kieliszek, choć pić nie zamierzała – wykorzystała ten moment, by omieść spojrzeniem resztę osób stojących w ich grupce: Oleandra z matką, Fortinbrasa, Laurettę, kątem oka złapała Camille i Burke'ów, których syn gdzieś zniknął, obserwując razem z Eden rozwój sytuacji.