21.10.2024, 09:24 ✶
– Nie. Po co cię pognębiać – odparła Brenna żartobliwie, dźgając go lekko palcem wolnej dłoni w ramię. W istocie jednak nie była po prostu już dzieciakiem, żeby wspinać się na drzewa na czas… teraz robiła to tylko dlatego, że czasem lubiła wejść na górę. Chociaż w sadzie Abbottów bywało to ryzykowne: czasem drzewa postanawiało cię zrzucić. Albo walnąć gałęzią po tyłku. – Nie proszę, żebyś o czymkolwiek zapominał. Po prostu to nie jest coś, co można traktować jak dług – dodała już poważniej. Gdyby patrzeć na to w ten sposób, mogłaby powiedzieć, że też miała długi do spłacenia: za każdy raz, gdy łamał dla niej jakąś klątwę albo stawiał pieczęć w ostatnich miesiącach.
– Może to robię – stwierdziła, mrużąc lekko oczy, chociaż rzecz jasna tak nie było. Nie była aurowidzem: ta gałąź magii przypadła w udziale jednej z jej kuzynek, która była człowiekiem bardziej empatycznym i ogólnie rzecz biorąc lepszym od Brenny. Brenna patrzyła wstecz. Szukała przyczyn. Tego, co może wpłynąć na tu i teraz. No i… cała jej magia była podporządkowana Brygadzie: ta w pewnym sensie też. – Jeśli go słyszysz, to nie jest dobrze i powinieneś przyjść do nas, zanim zrobi się źle. Nieważne, jak będziemy zajęte, jasne? – upewniła się, spoglądając na niego wciąż uważnie. Bo istniały sprawy ważne i ważniejsze, a upewnienie się, że Thomas nie rozpadnie się na kawałki, należało z pewnością do tych drugich. Bo jasne, był wesołym, energicznym, miłym chłopakiem, ale był też kimś, kto poświęcić podróże i sporą część kariery dla rodziny, kto żył w nieustanym poczuciu zagrożenia i czuł się odpowiedzialny za młodszą siostrę i siostrzenicę. I Brenna doskonale wiedziała, że to były rzeczy, z którymi czasem nie tak łatwo sobie poradzić.
– Nie powinieneś używać takich zaklęć – powiedziała jeszcze, nie odrywając spojrzenia od jego twarzy. – Bo to niebezpieczne dla ciebie. Ale wiem, że też byłabym w stanie użyć takiej magii, byle nie pozwolić mu kogoś skrzywdzić i przede wszystkim cieszę się, że nic ci nie jest, a on trafi w ręce dementorów.
Tak naprawdę to okropnie ją wkurzało, jak to wszystko działało. Że nawet drobna krzywda była już czarną magią i miała naruszać duszę. Że mieli walczyć z kręgami ognia i avadami za pomocą rozbrajaczy – i ten gniew już zaczynał czynić ją… podatną. Na tę całą ciemność. Ale na pewno nie chciała, by Thomasa dotknęło spaczenie. I to, że był w sytuacji, gdy poczuł, że musi po czarną magię sięgnąć, tylko wnerwiało ją jeszcze bardziej.
– Więc… to nic nie zmienia. – Nie między nimi przynajmniej. Bo w życiu Figga… być może. – Jasne – odpowiedziała mu jeszcze z uśmiechem, zanim wyciągnęła różdżkę. – To co? Zaczynamy od rozpraszania?
Przetestowanie tego, w czym był najlepszy, tak na wstępie, wydawało się jej dobrym pomysłem.
– Może to robię – stwierdziła, mrużąc lekko oczy, chociaż rzecz jasna tak nie było. Nie była aurowidzem: ta gałąź magii przypadła w udziale jednej z jej kuzynek, która była człowiekiem bardziej empatycznym i ogólnie rzecz biorąc lepszym od Brenny. Brenna patrzyła wstecz. Szukała przyczyn. Tego, co może wpłynąć na tu i teraz. No i… cała jej magia była podporządkowana Brygadzie: ta w pewnym sensie też. – Jeśli go słyszysz, to nie jest dobrze i powinieneś przyjść do nas, zanim zrobi się źle. Nieważne, jak będziemy zajęte, jasne? – upewniła się, spoglądając na niego wciąż uważnie. Bo istniały sprawy ważne i ważniejsze, a upewnienie się, że Thomas nie rozpadnie się na kawałki, należało z pewnością do tych drugich. Bo jasne, był wesołym, energicznym, miłym chłopakiem, ale był też kimś, kto poświęcić podróże i sporą część kariery dla rodziny, kto żył w nieustanym poczuciu zagrożenia i czuł się odpowiedzialny za młodszą siostrę i siostrzenicę. I Brenna doskonale wiedziała, że to były rzeczy, z którymi czasem nie tak łatwo sobie poradzić.
– Nie powinieneś używać takich zaklęć – powiedziała jeszcze, nie odrywając spojrzenia od jego twarzy. – Bo to niebezpieczne dla ciebie. Ale wiem, że też byłabym w stanie użyć takiej magii, byle nie pozwolić mu kogoś skrzywdzić i przede wszystkim cieszę się, że nic ci nie jest, a on trafi w ręce dementorów.
Tak naprawdę to okropnie ją wkurzało, jak to wszystko działało. Że nawet drobna krzywda była już czarną magią i miała naruszać duszę. Że mieli walczyć z kręgami ognia i avadami za pomocą rozbrajaczy – i ten gniew już zaczynał czynić ją… podatną. Na tę całą ciemność. Ale na pewno nie chciała, by Thomasa dotknęło spaczenie. I to, że był w sytuacji, gdy poczuł, że musi po czarną magię sięgnąć, tylko wnerwiało ją jeszcze bardziej.
– Więc… to nic nie zmienia. – Nie między nimi przynajmniej. Bo w życiu Figga… być może. – Jasne – odpowiedziała mu jeszcze z uśmiechem, zanim wyciągnęła różdżkę. – To co? Zaczynamy od rozpraszania?
Przetestowanie tego, w czym był najlepszy, tak na wstępie, wydawało się jej dobrym pomysłem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.