21.10.2024, 16:04 ✶
Nie spodziewałaby się, czyjego odbicia mógł szukać w jej oczach, jakich podobieństw dopatrywać się w rysach czy uśmiechu. Dlaczego by miała? Wiedziała, że Anthony znał Morpheusa, ale jego wszelkie relacje z Erikiem były tajemnicą – tą sferą swojego życia Longbottom nigdy nie dzielił się z siostrą, a ona to uszanowała.
Gdyby miała go zresztą o kogokolwiek podejrzewać, pewnie nie wpadłaby na to, że mógł to być Anthony. Różnili się jak dzień i noc, słoneczny chłopiec o jasnych włosach, czarującym uśmiechu i odrobinie naiwnej naturze, bladolicy lord, który miłował poezje i każdy krok czynił w drodze ku upatrzonemu celu.
– Myślę, że tutaj człowiek raczej spodziewa się głównie towarzystwa umarłych – powiedziała, obserwując Shafiqa, jak zwykle bardzo gładkiego w słowach. Czasem przywodził jej na myśl aktora, wiecznie biorącego udział w sztuce, którą sam reżyserował. – Co jest takiego w tym dniu, że sprowadza na pana tego typu myśli, panie Shafiq? – spytała, może trochę bezczelnie: może była to rocznica śmierci kogoś mu bliskiego, może zaszedł na ten cmentarz nie bez powodu, ale przecież sam rzucił tę uwagę, dlaczego więc Brenna miałaby jej nie pociągnąć?
W pierwszej sekundzie nie zrozumiała, o jakiej pelerynie mówił: dopiero drugie zdanie sprawiło, że odruchowo zerknęła na nagrobek, na znak, który umieszczono na starym wydaniu Baśni Barda Beedle’a, stojącym na półce w Warowni. Baśń o Insygniach Śmierci zawsze była najulubieńszą baśnią jej dziadka Pottera.
– Biorąc pod uwagę, że trzeci brat oddał ją przed śmiercią synowi, nie odcinała go chyba od żywych – odparła, na ustach zaigrał jej przez moment uśmiech, ale wygasł zaraz, może dlatego, że cmentarz narzucał jednak odrobinę powagi. – Raczej wykorzystywał ją, żeby osiągnąć swoje cele. Według bajki… ukryć się przed śmiercią. Może zakładał pelerynę tylko, gdy ta niebezpiecznie się zbliżyła?
Peleryna zresztą zawsze zdawała się Brennie najciekawszym z Darów Śmierci: różdżka stworzona była do walki, a kamień wskrzeszeń przywoływał zaledwie cień.
Gdyby miała go zresztą o kogokolwiek podejrzewać, pewnie nie wpadłaby na to, że mógł to być Anthony. Różnili się jak dzień i noc, słoneczny chłopiec o jasnych włosach, czarującym uśmiechu i odrobinie naiwnej naturze, bladolicy lord, który miłował poezje i każdy krok czynił w drodze ku upatrzonemu celu.
– Myślę, że tutaj człowiek raczej spodziewa się głównie towarzystwa umarłych – powiedziała, obserwując Shafiqa, jak zwykle bardzo gładkiego w słowach. Czasem przywodził jej na myśl aktora, wiecznie biorącego udział w sztuce, którą sam reżyserował. – Co jest takiego w tym dniu, że sprowadza na pana tego typu myśli, panie Shafiq? – spytała, może trochę bezczelnie: może była to rocznica śmierci kogoś mu bliskiego, może zaszedł na ten cmentarz nie bez powodu, ale przecież sam rzucił tę uwagę, dlaczego więc Brenna miałaby jej nie pociągnąć?
W pierwszej sekundzie nie zrozumiała, o jakiej pelerynie mówił: dopiero drugie zdanie sprawiło, że odruchowo zerknęła na nagrobek, na znak, który umieszczono na starym wydaniu Baśni Barda Beedle’a, stojącym na półce w Warowni. Baśń o Insygniach Śmierci zawsze była najulubieńszą baśnią jej dziadka Pottera.
– Biorąc pod uwagę, że trzeci brat oddał ją przed śmiercią synowi, nie odcinała go chyba od żywych – odparła, na ustach zaigrał jej przez moment uśmiech, ale wygasł zaraz, może dlatego, że cmentarz narzucał jednak odrobinę powagi. – Raczej wykorzystywał ją, żeby osiągnąć swoje cele. Według bajki… ukryć się przed śmiercią. Może zakładał pelerynę tylko, gdy ta niebezpiecznie się zbliżyła?
Peleryna zresztą zawsze zdawała się Brennie najciekawszym z Darów Śmierci: różdżka stworzona była do walki, a kamień wskrzeszeń przywoływał zaledwie cień.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.